86. Don’t fall down when it’s time to arise. No-one else can heal your wounds

Tytuł pochodzi stąd:

Pokój skąpany jest w mroku. Okna zasłonięte, pozamykane. Telewizor wyłączony. Tylko jego palce bębniące o blat stołu przebijają się przez ciszę, która doprowadza go do szaleństwa. Ileż to już razy w przeciągu tych kilku godzin wstawał i nawet wychodził z mieszkania. Za każdym razem jednak wracał, wiedząc, że tylko straci czas. Obmyślał jednocześnie plan niewybrednych tortur, którym podda informatyka, jeśli ten nie wypełni jego zadania. I to kolejny powód, dla którego czuł się tak parszywie. Mógł tylko siedzieć, licząc na osobę, która być może zaszywa się właśnie w mysiej dziurze. A przecież to on powinien jakoś to rozgryźć. On sam dojść krok po kroku do tego martwego już w gruncie rzeczy popaprańca i wyrwać ją z jego rąk. Bo przecież ona już powinna tu być, obok niego. Bo przecież to on jest pieprzony Robert Pol. Gówno warta legenda, która po dwudziestu latach nie może nawet wykorzystać tych wszystkich zdolności, gdy naprawdę tego potrzebuje. To zaś z kolei po raz kolejny daje mu aż nazbyt wyraźnie do zrozumienia, że jest nikim. I do diabła nawet w małej części procenta nie zasługuje na nią i jej uczucia. Ale jest w stanie kląć się na wszystko, że więcej jej nie zostawi. Będzie jak ten pieprzony kundel przywiązany do niej, zawsze przy niej, gotów rozerwać gardło każdemu, kto ośmieli się kiedykolwiek jeszcze choćby źle na nią spojrzeć.

Jego dłoń gwałtownie wyciąga się w kierunku telefonu, któremu zaświecił się wyświetlacz. Subtelny dźwięk informuje o przyjściu wiadomości, a jemu zamierają na moment wszystkie funkcje życiowe. Odbiera. Otrzymuje dokładnie to, czego oczekiwał. Zdjęcia ciemnozielonego Forda, chwila po chwili, tworząc łatwą do odtworzenia mapę, której początkiem jest wrocławskie lotnisko. Wybiega z mieszkania, zapominając o drzwiach. Ma gdzieś, czy ktoś nie zechciałby go okraść. Teraz liczy się tylko to miejsce z ostatniej fotografii. Teraz złamie wszystkie przepisy, by dotrzeć tam najszybciej jak się da.

Małgorzata Ceglarek jest coraz bardziej osłabiona. Ręce zdają się już być nieczułe na ten ból i drętwienie od ciągłego uniesienia do góry i od zimnych, ostrych krawędzi kajdan, które na pewno porobiły już na jej nadgarstkach krwawiące rany. Co chwilę przymyka oczy walcząc ze łzami, które pchają się na zewnątrz gdy tylko przez jej wykończony umysł przemknie mniej lub bardziej świadoma myśl o nim. Popełniła wiele błędów i jest tego świadoma. Jednak pomijając wszystko inne najbardziej żałuje, że nie pozwoliła mu na tą cholerną rozmowę o którą żebrał przez tak długi czas. Zaciska zęby i czuje wstyd i ból na wspomnienie tych wszystkich ostrych słów wypowiedzianych przecież z premedytacją, by w końcu zabolało go tak, żeby odszedł. To nie tak, że nie pamięta tego wszystkiego, za co jeszcze niedawno miała ochotę rozerwać go na strzępy. Ale przecież na tym polega miłość, by wybaczać. Poza tym, jak może mieć pretensje do niego o coś, co sama robiła? Bo przecież zabiła i to nie raz. Tak naprawdę nie ma ochoty roztrząsać już niczego. Chce tylko ujrzeć przed śmiercią raz jeszcze jego twarz. Bo umrze z całą pewnością. Aleks zaczął wykazywać się coraz większą kreatywnością. Poza głodzeniem jej, zaczął bić ją i torturować w sposób póki co nie zagrażający jej życiu, ale wcale przez to nie mniej bolesny. Więc jej śmierć to kwestia dni… I coraz częściej zaczynała skłaniać się do słów Aleksa, że tym razem jej nie ocali, że tym razem nie będzie szczęśliwego zakończenia.

Drzwi otwierają się ze zgrzytem i zostaje zapalone rażące ją światło pojedynczej, nagiej żarówki, zwieszającej się z sufitu. Brunet bez słowa siada naprzeciw niej przy ścianie. Nie odzywa się. Opiera łokcie na kolanach i patrzy napawając się zapewne jej bólem i żałosnym wyglądem.

- I gdzie jest teraz twój bohater? – spluwa z pogardą na drewnianą wilgotną podłogę. – Jeśli w ogóle można go określić takim mianem.

Dziewczyna milczy, patrząc uparcie w bok.

- Już nie pamiętasz, jak wyrżnął wszystkie twoje ocalone owieczki?- pyta kpiącym tonem, prześmiewając się przy tym odrobinę. – No powiedz, nie czujesz już zawodu? Nie masz ochoty żeby cierpiał tak, jak ty wtedy?

Nie wiedzieć kiedy jego palce zaciskają się boleśnie na jej szczęce i odwracają ku sobie.

- Odpowiedz – spokojny ton jego głosu tak bardzo kontrastuje z gniewem w oczach.

- Nie.

Puszcza ją i odsuwa się na krok.

- Bo jesteś głupią, nawiną małolatą, która wierzy w wielką ekranową miłość i inne głupoty. – śmieje się nagle w głos, aż po jej plecach przechodzą ciarki. – Wiesz, że do niedawna sam w to wierzyłem? I może wierzyłbym dalej, gdyby ktoś tego nie zniszczył.

Odwraca się do niej gwałtownie i uderza ją w twarz.

- Dlaczego mam pozwolić na jego pieprzone szczęście, skoro jego gówno obchodziło jej..moje. . . zniszczył ją, traktował jak podrzędną dziwkę, a teraz nagle został cudownie odmieniony, a ja mam zapomnieć o każdej krzywdzie?! Alicja nie żyje!

Dziewczynie w oczach gromadzą się łzy strachu. Agresja w czynach i tonie głosu Aleksa z każdą minutą przybiera na sile. Więc to teraz, za moment.

Robert… Robert…

- Ty też zginąłeś – zaczyna pierwszy temat, który przychodzi jej do głowy, by choć na moment odwlec to, co nieuchronne.

Rysy twarzy Aleksa jakby łagodnieją odrobinę. Uśmiecha się nawet przebiegle do siebie.

- Nie tylko wy macie wspólników. Nie tylko wy wiecie, to czego służy środek nasenny.

Dziewczyna przez moment analizuje jego wypowiedź. Unosi lekko głowę, gdy dociera do niej jakże oczywista prawda.

- Fabian..

Aleks macha ku niej wskazującym palcem.

- Może nie jesteś aż tak głupia, jak wszyscy mówią.

- Ale widziałam krew…

Brunet wzrusza ramionami.

- Ot woreczek schowany w marynarce.

Dziewczyna nieznacznie kręci głową. Na energiczny ruch zdecydowanie brakuje jej sił.

- Dlaczego Fabian ci pomógł? Przecież to mogło go kosztować życie, gdyby Karski..

- On już nie żyje – ucina i zaraz wywraca oczami, widząc jej pełne niedowierzania spojrzenie. – Oh daj spokój, przecież śmierć nie jest ci obca. Był niewygodnym świadkiem, który w przypływie niepotrzebnych uczuć mógłby zniszczyć cały mój plan. – urywa na moment, a w pomieszczeniu zapada gęsta cisza. – A dlaczego? Nie wiem, czy wiesz, ale był gejem. Pozostali członkowie organizacji nie byli w stanie zostawić tego bez komentarza lub czasem kilkuset komentarzy. Młody miał na liście wielu, którym życzył śmierci, a twój cudowny kochanek był jedną z tych osób. – uśmiecha się do niej nieprzyjemnie, jednak nie mówi już nic więcej. Okrąża pomieszczenie dookoła, chodząc od ściany do ściany, dotykając z jakąś nienaturalną delikatnością ich powierzchni.

- Traktował Alę, jak szmatę – kontynuuje, ponownie zaciskając dłonie w pięści a jego głos zaczyna drżeć niebezpiecznie. – Jak nic nie wartą dziwkę, którą może pieprzyć dla obrony swoich gównianych interesów. A ty myślisz, że ciebie zawsze będzie traktował jak księżniczkę? – w jednym skoku dopada do niej zaciskając palce na jej policzkach. Zbliża twarz do jej twarzy, tak, że dziewczyna czuje jego oddech na ustach i nosie. – Prędzej czy później zrobi z ciebie taką samą zdzirę, jak z innych. Choć może nie – kolejny nieoczekiwany uśmiech i przekrzywienie głowy – Bo przecież już nigdy się nie spotkacie.

Dziewczynę ogarnia coraz intensywniejsze uczucie paniki. Przecież to wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej! Ot, jaką cenę musi płacić, za swoją chorą dumę i głupie fochy, które ciągnęła w nieskończoność! Gdzieś w zakamarkach umysłu tli się nadzieja, że może w następnej minucie, sekundzie po prostu wpadnie tu ze swoim czarnym pistoletem i odbije ją, jak na tych wszystkich pokręconych filmach, które jakby ostatnio zaczęły się stawać nazbyt rzeczywiste. A przynajmniej do pewnego stopnia, bo przecież to, co najważniejsze, czyli zakończenie nigdy nie wygląda jak z ekranów, czy z ostatnich stronic porywających powieści. Dlatego czując jego krótkie paznokcie wbijające się jej w twarz, patrzy wykończonym wzrokiem w jego pełne niekrytej żądzy zemsty oczy i …odpuszcza. Dość ma już walki, która ciągnie się już tak długo. Walki, która od początku była nie warta świeczki i skazana na porażkę. Chciała wznieść się ponad mrok i ukarać złych ludzi. Robert zawsze miał rację. Była głupia i dziecinnie naiwna. I teraz przyjdzie jej zapłacić za to największą cenę. Umrze w samotności, przedwcześnie. Choć może nie do końca w samotności a w towarzystwie, jeśli nie właśnie z ręki człowieka, który nią gardzi i w stosunku do którego ona sama jest w stanie czuć tylko odrazę pomieszaną z nienawiścią.

Nie czuje już nawet bólu, zmęczenie upośledza jej zmysły. Nie czuje pieczenia, spowodowanego płytkimi ranami, z których nieznacznie sączy się krew, która zaczyna właśnie delikatnie krzepnąć. Nie czuje już strachu, bo wie, że umrze. A czas, miejsce i sposób owej śmierci lezy poza jej decyzjami.

Dlatego, gdy palce Aleksa z twarzy suną w dół na jej szyję i dekolt, przymyka tylko oczy, modląc się w ciszy, by to wszystko przebiegło szybko.

- Traktował ją jak zwykłą kurwę i ty też tak umrzesz.

Jego spocona dłoń przesuwa się dalej, w kierunku pleców i zapinania jej białego biustonosza.

- Z tego co pamiętam, ostatnim razem w czymś nam przeszkodzono. – mruczy jej do ucha, a ona mimowolnie się wzdryga, zaciskając powieki jeszcze bardziej.

Biustonosz opada na podłogę. Do jej uszu dociera cichy odgłos rozpinanego rozporka. Pod powiekami czuje łzy. Pomyśleć, że kiedyś otrzymała ampułkę cyjanku, którą miała strzec, jak oka w głowie i nosić zawsze przy sobie. Gdyby tylko mogła…było by już po wszystkim. Umarłaby z godnością. Choć przecież i tak pójdzie do piekła. Więc może to jej rodzaj kary, która rozpoczyna się już za życia?

Następne wydarzenia dzieją się tak szybko, że jeszcze przez wiele dni Robert zmuszony będzie opowiadać jej to wszystko, gdyż nie będzie wierzyć, że to miało miejsce naprawdę.

Spróchniały zamek rozsypuje się a drzwi rozwierają się z hukiem, pod wpływem mocnego kopnięcia. Robert Pol wkracza do pomieszczenia niczym mroczny doprowadzony do ostateczności demon. Zastyga na ułamek sekundy w bezruchu patrząc na zaskoczoną i lekko pobladłą twarz osobnika, który przecież nie ma prawa tu być. Zaraz jednak dostrzec można szybki ruch jego prawej ręki a przez pomieszczenie przelatuje ostry jak brzytwa sztylet, zatapiając się po chwil w ramieniu Aleksa. Gosia patrzy na napięte rysy twarzy tego diabła, który należy tylko do niej i nie wierzy własnym oczom. Jej spierzchnięte usta, zdają się szeptać jego imię, jednak nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.

Oniemiały Aleks chwyta się za miejsce ugodzenia noża i zatacza się lekko, upadając. Robert niczym wściekły pitbul dopada do niego i siada na nim okrakiem, zaczynając bić na oślep. Jest jak w transie, a oczy przesłania mu mglista żądza mordu. Jego pięści pokrywają się krwią, która brudzi niesie się wokół nich. Nic to niego nie dociera. Żaden dźwięk ani bodziec. Umysł zawładnięty jest przez jedną myśl. Zabić.

- Robert! Wystarczy, on już nie żyje! – błagalny, słaby krzyk sprawia, że nieruchomieje.

Spogląda na swoje dłonie, całe w lepkiej, gęstej cieczy. Zerka w dół, na ciało, które w górnej swojej części przestało już przypominać istotę ludzką. Jego oddech jest ciężki i nierówny. Wstaje powoli i wyciąga zza paska broń. Strzela kilka razy, tak dla pewności, że tym razem nie „wstanie z martwych”. Wyciąga z kieszeni jego spodni maleńki kluczyk. Odwraca się i spogląda na nią, krzywiąc się na widok jej stanu. Emocje dławią go w gardle i najchętniej ożywiłby skurwiela tylko po to, by zabić jeszcze raz. Odcina sznur, którym przywiązane były jej ręce do sufitu. Jej ciało z jękiem osuwa mu się w ramiona. Odpina kajdanki i ściąga z siebie koszulę, okrywając nią jej nagie do połowy ciało.

- Robert…znalazłeś mnie – ten słaby, delikatny głos sprawia, że ma ochotę rozpłakać się jak dziecko.

Zamiast tego kiwa tylko głową, nie ma odwagi spojrzeć jej w oczy. Nie po tym, co właśnie miało miejsce.

- Jak widzisz, wciąż jestem potworem.

Jedna z jej drżących dłoni dotyka jego zarośniętej twarzy. Zaskoczony marszczy brwi i unosi wzrok na jej twarz. Na oczy, które teraz są znów tak pełne zrozumienia i akceptacji jak kiedyś. Z tym, że teraz jest w nich jeszcze coś. Uczucie tak potężne, że odbiera mu głos.

- Jesteś bohaterem – słyszy jej szept.

Mimowolnie prycha i wywraca oczami. Podnosi się z siadu i bierze ją na ręce. Spogląda na jej twarz, po której błąka się błogi uśmiech. Kręci głową.

- Nie mam pojęcia, czym ten skurwiel cię nafaszerował, ale najwyraźniej ciągle działa.

Dziewczyna oplata ramionami jego szyję i wtula głowę w jego obojczyk.

- Kocham cię.

Brunet daje sobie chwilę, by poradzić sobie z nagłą falą wzruszenia. Całuje ją czule w czoło, a głos który chwilę potem wydobywa się z jego ust jest już opanowany, niski i pełen zdecydowania.

- Jesteś moja. Na zawsze.

 

I… to koniec.

Każda historia ma swój kres, więc tak samo jest z tą. Dziękuję Wam wszystkim za śledzenie losów Roberta i Ceglarek. Za czytanie tych wszystkich rozdziałów, za komentarze, za obecność. Jesteście najlepsze ;*

Jeśli komuś jednak przypadło to do gustu i nie ma ochoty rozstawać się z tymi bohaterami, zapraszam tu:

http://refleksyy.blog.onet.pl/

Póki co mamy tylko szatę graficzną i zakładkę „bohaterowie” ale niebawem pojawi się pierwszy rozdział.

To swojego rodzaju kontynuacja tego opowiadania, która będzie miała miejsce niecałe dwadzieścia lat po tych wydarzeniach. Gosia i Pol będą tam obecni, choć mimo wszystko będą w tle. Pierwsze skrzypce przejmie ich córka. Vendetta też z czasem da o sobie znać ;)

Buziaki ;*

 

 

85. Oh I wish it was over, and I wish you were here.

Tytuł pochodzi stąd:

 

To były najdłuższe dziewięć godzin w jego życiu. A i te dziewięć wcale nie łatwo było osiągnąć. Standardowy lot z Tokio do Wrocławia to czas zbliżony do nawet czternastu godzin. W to wchodziło również kilka zbędnych w jego mniemaniu przesiadek, na które zdecydowanie nie mógł sobie pozwolić. Klnąc więc nieustannie, zdecydował się na tak zwaną „powietrzną taksówkę”, która może do najtańszych nie należała, ale przecież pieniędzy mu nie brakowało. W międzyczasie starał się wykonać kilka telefonów, obmyślając ciągle nowy plan działania.

Sytuacja wydaje się być beznadziejna. Dziewczyna została porwana przez osobę, której tożsamości nie zna. Wywieziona w miejsce, o której lokalizacji nie ma pojęcia. Jedyne, co ma, to zdjęcie, na widok którego serce z wściekłości chce wyrwać mu się z piersi i świadomość, że została zabrana najpewniej z lotniska lub jego okolic. W tym właśnie momencie analizy pojawiają się uczucia dwojakiego rodzaju. Jedno, sprawiające, że zgrzytają mu zęby, skierowane do młodego blondyna, który został we Wrocławiu. Rzecz jasna kretyn musiał jej o wszystkim powiedzieć! Niepojęte, jak pod jej wpływem przytępiły się jego instynkty samozachowawcze. Udusi gówniarza, jak już tam dotrze. I nie ważne, że skoro ktoś czyhał na Gosię, to najpewniej znalazłby ją równie dobrze idącą po bułki do piekarni. Kogoś musiał obwinić. I w tym momencie winił Rubelka.

Gdy dociera do Wrocławia nie traci czasu na zbędne uprzejmości. Zgarnia swoją torbę i niczym mroczna, rozświetlona błyskawicami chmura burzowa przemyka najpierw przez teren lotniska, a potem przez całe miasto. Nie jest w stanie pozbyć się nerwowych odruchów, jak choćby spoglądanie raz po raz na wyświetlacz, bo może akurat otrzyma kolejną odejmującą mu dech wiadomość. Po drodze dzwoni do Adriana, by zlokalizować jego położenie. Nic nie tłumacza, otrzymuje informacje i rozłącza się, w pełni świadomy, że chłopak najpewniej zjada teraz własne palce z nerwów, co tylko potwierdza kilka męczących prób kontaktu. Nie zamierzał odbierać. To teraz nie istotne. Ważna jest ona i miejsce, w którym przebywa. Mruży lekko oczy i dopiero po chwili zdaje sobie sprawę, że światło na skrzyżowaniu już chwilę temu zrobiło się zielone. Wpada mu do głowy pewna myśl. W pierwszej chwili momentalnie ją odrzuca, uznając za niedorzeczną. Niedługo potem wraca do niej, oglądając ze wszystkich stron, skupiając się niemal całkowicie na jej istocie. Ten facet wyrównał już z nim rachunki. A przynajmniej tak mu powiedział ostatnim razem. Tylko, że teraz znajduje się pod ścianą, a pętla zaciska się na jego szyi w sposób po stokroć boleśniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. A przecież, jak to mówią, wyjątkowe sytuacje wymagają wyjątkowych środków.

Wybiera więc ten numer, z którego obiecał nigdy więcej nie korzystać. Ale przecież jest zwyrodnialcem. Złamane obietnice, to najmniejsze zło, jakiego się dopuścił.

Początek tej rozmowy wydaje się być spokojny i opanowany, mimo, że w głosie jednej, jak i drugiej strony słychać nerwowe drżenie.

To nielegalne! Nie zostanę przestępcą. Spłaciłem swój dług, miałeś dać mi święty spokój!

- Gówno mnie to obchodzi!! – syczy Pol do telefonu, powstrzymując się ze wszystkich sił, by nie rzucić nim przez okno. – Pamiętaj, że w każdej chwili mogę złapać ponownie to, co puściłem wolno.

W słuchawce nastaje dłuższa, gęsta cisza. Brunet wie, że informatyk pała do niego w tej chwili odrazą i nienawiścią, wie jednak, że subtelny szantaż, który wydobył się chwilę temu z jego ust odniósł zamierzony efekt.

- Nie interesuje mnie skąd to weźmiesz – kontynuuje już odrobinę spokojniej, jednak wciąż szorstko i tym specyficznym tonem, który nie pozwala na sprzeciw. – Możesz nawet włamać się do bazy CIA, ale chcę mieć zdjęcia. Kilometr po kilometrze trasy pojazdu, do którego wsiadła dziewczyna, której zdjęcie za moment otrzymasz.

Coś takiego może trwać miesiącami…

- Masz dwanaście godzin – ucina i rozłącza się, wsuwając telefon z powrotem do kieszeni.

Podjeżdża właśnie na parking pod swoim blokiem. Wysiada z samochodu, trzaskając drzwiami. Blondyn będzie się musiał gęsto tłumaczyć.

W innym miejscu. Zdecydowanie mniej przyjemnym, oświetlonym jedynie mdłym światłem żarówki młoda dziewczyna powoli odzyskuje pełnię świadomości. Unosi opadniętą nieco na piersi głowę i spogląda na siedzącą pod ścianą męską postać. Jej ręce wciąż są przywiązane do jakiegoś punktu, niemal przy niskim suficie. Nogi z ledwością dotykają podłoża. Stara się nie myśleć o bólu, który ogarnia całe jej ciało.

- Co ty chcesz tym osiągnąć? Okup mogę sama za siebie zapłacić – rzuca wojowniczo, starając się wykrzesać z siebie jak najwięcej odwagi.

Brunet unosi swoją głowę do góry i jej oczom ukazuje się oblicze które mogłaby nazwać nawet przystojnym, gdyby nie było tak znienawidzone, na którego powierzchni błąka się teraz złośliwy, zacięty uśmieszek.

- Ten skurwiel cię kocha. Będzie patrzył, jak cierpisz. Na końcu wyślę mu zdjęcie twojego martwego ciała. A może raczej twoją głowę?

- Znajdzie mnie – chrypi lekko ona, zdając sobie sprawę, ze od dłuższego czasu musiała nie mieć niczego  ustach.

Aleks kręci głową, śmiejąc się w sposób tak zimny i nieprzyjemny,  że mimowolnie na jej skórze pojawiają się dreszcze.

- Nie znajdzie. Ten dom nie widnieje na żadnym rejestrze. To odludzie, nawet już nie Polska. Pol jest dobry, ale ja również. Nie jest w stanie namierzyć nawet telefonu. Do każdej wiadomości używam innego aparatu.

Zrywa się gwałtownie z miejsca i staje tuż przed nią lustrując ją przez chwilę wzrokiem. Od kiwającej się prze osłabienie głowy do opuszków palców, które muskają podłoże. Chwyta za delikatny materiał jej bluzki i wyciąga zza paska nóż. Tnie dwa razy, resztę rozrywając dłońmi. Dziewczyna nie wydaje z siebie nawet jednego dźwięku. Wie, że to da mu tylko satysfakcję. Cokolwiek się tu wydarzy, nie krzyknie nawet przez moment.

Brunet cofa się odrobinę i wyciąga z kieszeni telefon. Przekrzywia głowę i skupia się na moment na jej piersiach, ukrytych teraz tylko w miseczkach białego biustonosza. Ten sam uśmiech zdobi jego twarz. Telefon unosi się do góry. Robi jej zdjęcie. Wysyła mu dodając dopisek Czas na orgię.

Robert Pol dociera niemal biegiem na drugie piętro. Dłonie wciąż ma zaciśnięte w pięści, jakby to miało upuścić złości, która z każdą sekunda zyskiwała na sile. Pcha drzwi, nie siląc się nawet na najmniejsze uprzejmości. Wpada do maleńkiej kuchni, gdzie wciąż obecna jest Ruda i mierzy kobietę nieprzychylnym wzrokiem.

- Wyjdź. – warczy.

Karolina marszczy brwi, nawet nie drgając.

- Żarty sobie ze mnie robisz? – krzyżuje ręce na piersi, przyglądając się emanującej z jego twarzy wściekłości. Obok Adrian podnosi się z krzesła, będąc jakby bardziej bladym. – Jakie masz prawo, żeby..

- Wypierdalaj, albo cię wyniosę! – ryczy do niej Pol, tracąc powoli resztki cierpliwości i samokontroli. Porwano ją. Jakiś skurwysyn ośmielił się położyć na niej brudne łapska i zawlec ją nie wiadomo gdzie, a on marnuje cenne minuty na dochodzenie się z tą rudą idiotką!

- Robert… – wyrywa się upomnienie z gardła Adriana, na co brunet nawet nie raczy ją przelotnym spojrzeniem. – Karola, proszę cię, zostaw nas samych. Odezwę się do ciebie, obiecuję.

Kobieta spogląda na niego z niedowierzaniem ale po chwili opuszcza mieszkanie, trzaskając za sobą drzwiami.

Brunet dopada do chłopaka i łapiąc go za materiał koszuli, przyciska go do ściany.

- Czego, do diabła nie zrozumiałeś w „nie mów jej niczego”?!

Adrian, jeśli to możliwe, blednie jeszcze bardziej. Wbija przerażone spojrzenie w przyjaciela, nie mając pojęcia, co odpowiedzieć.

- Gdzie ona jest? -duka w końcu.

Robert parska wściekle i wypuszcza go, odsuwając się na dwa kroki. Opiera się dłońmi o stolik a jego zęby zgrzytają nieznacznie.

- Dzięki tobie, pojechała za mną na lotnisko. Stamtąd została porwana.

Chłopak przysiada, czując, że opuszczają go wszystkie siły.

- Jak to?

- Czy w twoim słowniku znajdują się jakiekolwiek słowa tworzące bardziej elokwentne wypowiedzi?! – odwraca się i spogląda na niego. Parska ponownie. – Znalazł się jakiś bałwan i popełnił największy błąd w swoim życiu. – ton głosu bruneta jest przesycony takim jadem i nienawiścią, że Adrian, przyciska się bardziej do ściany, ponownie zastanawiając się na ile kiedykolwiek znał tego człowieka. – Czy ktoś cię śledził?

- Kiedy?

- W drodze do kibla. Gdy wracałeś po rozmowie ze mną! Skup się do cholery!

Chłopak zamyśla się na moment. Zaraz jednak kręci głową.

- Nikogo nie było.

Pol macha ręką i wywraca oczami.

- Nie zauważyłbyś nikogo, nawet, gdyby ten położył ci się pod nogami.

Adrian puszcza tę uwagę mimo uszu.

- Czy ona…

- Żyje. Komuś najwyraźniej nie zależy na jej szybkiej śmierci.

Mężczyzna przysiada i wplata dłonie w swoje czarne włosy, rwąc je nieco.

- Ale kto?

Robert opuszcza dłonie i spogląda na niego jak na kompletnego kretyna.

- Czy naprawdę uważasz, że gdybym znał choćby nazwisko, to siedziałbym teraz z tobą i pierdolił od rzeczy?

Zapada chwila ciszy, po której blondyn zrywa się z miejsca.

- Musimy ją znaleźć!

Pol posyła mu pełne politowania spojrzenie.

- MY nic nie musimy. TY możesz co najwyżej włączyć dobranockę i położyć się spać. I dla twojej wiadomości, ja zacząłem już szukać. Czekam tylko na informacje.

- Jakie informacje?

- O samochodzie, do którego została wciągnięta. A co za tym idzie, o aktualnym miejscu jej pobytu.

- Ja pojadę z tobą. To moja przyjaciółka, ja…

- Nie – ucina on ostro. – Nie udam się na przyjęcie z pieprzoną herbatką i ciasteczkami. Nie zamierzam wlec ze sobą dzieciaka, który zemdleje na widok krwi.

- Robert…

- To nie podlega dyskusji! – zrywa się i mierzy przez chwilę z blondynem spojrzeniami. – Wróciłeś właśnie z wygnania, na które skazała cię poniekąd twoja własna głupota! Więc tym razem posłuchasz mnie i zostaniesz. – uśmiecha się mało przyjemnie pod nosem. – Nie radzę sprawdzać, do czego jestem zdolny, by dopiąć swego.

Odwraca się i chce odejść. W tym właśnie momencie otrzymuje wiadomość. Pełen naiwnego uczucia nadziei, że to informatyk, jakimś cudem wyrobił się w niecałą godzinę wyciąga telefon i odczytuje. Zdjęcie, które ma przed sobą sprawia, że robi mu się gorąco z wściekłości, jaka w nim płonie. Jego dłoń coraz mocniej zaciska się na telefonie, aż ten w pęka w pół. Zabije skurwiela, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką w życiu zrobi.

84. You said you’d never turn your back on me (Rescue me! rescue me!)

Tytuł pochodzi stąd:

Małgorzata Ceglarek sprężystym krokiem przekracza wejście do lotniska. Przystaje na moment, by rozejrzeć się po sporych rozmiarów gmachu. Musisz tu być, musisz – powtarza sobie w duchu, by dodać sobie nadziei, że to będzie właśnie takie proste. Odnajdzie go tu, pośród tego tłumu, rzuci mu się na szyję, jak w tych wszystkich romantycznych filmach, którymi gardził i wszystko wróci do dawnego stanu rzeczy. W tle słyszy informacje, że za moment wystartuje samolot do Tokio. Dookoła niej tłoczą się ludzie. Jedni biegną, inni znudzonym wzrokiem rozglądają się dookoła.

Tokio.

A jeśli to właśnie jego samolot. Jeśli właśnie wchodzi po tych niedużych schodkach, by usadowić się w jednym z foteli i odejść na zawsze?

Zapomnij, Pol – przechodzi jej przez myśl, a na twarzy maluje się determinacja i napięcie. Ma właśnie zamiar ruszyć ponownie do przodu w ten tłum nic jej nie obchodzących ludzi, gdy ktoś ściska ją za ramię. W pierwszej chwili uśmiecha się, będąc pewną, że za moment ujrzy te jego czarne ślepia i zacznie na niego wyzywać. Jednak gdy jej głowa odwraca sie do tyłu a oczy napotykają na tą twarz, tak dobrze jej znaną, wie już, że to nie ten mężczyzna. Dziewczyna zamiera, a zimny dreszcz przechodzi przez całe jej ciało. Nie jest w stanie ruszyć ani ręką ani nogą, a sytuacji nie poprawia fakt, że nie ma przy sobie żadnej broni. Przecież rzekomo stało się już bezpiecznie, przecież…

- Ty nie żyjesz – szepczą jej pobladłe usta.

- Lubię robić niespodzianki. – warczy do niej. Przy boku czuje zimny dotyk jego broni, wie, że nie jest w stanie się z tego wywinąć. – Idź spokojnie ze mną, to nic się nikomu nie stanie. – poucza i ciągnie do wyjścia.

Dziewczyna przełyka ślinę, która z trudem przedostaje się przez jej ściśnięte gardło. W głowie przebiega jej tysiąc myśli na minutę i mimo sytuacji zdecydowanie zagrażającej jej życiu, tą, która się przebija, jest ta o Robercie i o tym, że on już może nigdy nie wrócić. Owa myśl jest tak intensywna, że chce jej się płakać i wrzeszczeć. Mężczyzna prowadzi ją w jakąś boczną uliczkę i szarpiąc pakuje do swojego samochodu. Za nią z głośnym trzaskiem zamykają się drzwi.

W tym samym momencie Robert Pol spogląda jeszcze raz na swój wyłączony telefon i wsuwa go do kieszeni. Czuje delikatny dyskomfort obecny przy starcie samolotu. Jego wzrok pada na skąpany w mroku nocy krajobraz za niedużym oknem. Zdaje sobie sprawę, że nigdy nie będzie miał pewności, czy postąpił słusznie. I można go nazwać egoistą i tchórzem, bo faktycznie może tak było. Może ta cała ucieczka jest tylko dla jego komfortu? Bo do diabła nie był w stanie dłużej patrzeć na łzy w jej oczach, gdy tylko się zbliżał, nie potrafił dłużej wysłuchiwać tych ostrych słów.

Uśmiecha się gorzko pod nosem. On, Robert Pol zaczął być wrażliwy na ostre słowa. Zmienił się. Jak jasna cholera. I tak naprawdę ciężko mu jednoznacznie czy na dobre, czy złe. Bo prawda jest taka, że bez tego wszystkiego, bez tych uczuć, które w nim żyją i bez tych chorych nawyków, które przez nią wdarły się w jego codzienność byłoby mu łatwiej. Bo prawda jest taka, że wszystkie te zmiany mają sens tylko w momencie, gdy ona jest obok. Teraz, bez niej, bez organizacji, której poświęcił niemal całe życie, czuł się jak puste naczynie, pozbawione sensu i duszy. I nie miał najmniejszego pojęcia, co będzie robił, gdy już dotrze na miejsce, wie jednak, że tu nie może zostać.

W niedużym mieszkaniu na ulicy Poznańskiej, młody brunet siedzi przy kuchennym stoliku i uśmiecha się nieznacznie. Właściwie, to powinien odczuwać żal. I być może zachował się jak głupiec, bo skoro ją kocha, to powinien o nią walczyć, zamiast jeszcze wpychać ją w ramiona innego. Jak jednak można walczyć o coś, co nigdy nie będzie do niego należeć?

Nagle drzwi się otwierają, a chłopak aż zrywa się z miejsca, chcąc od razu zapytać, jak poszło. Gdy tylko widzi postać właśnie zamykającą drzwi zamiera, tak jak i ona sama.

- Adrian… – szepczą pokryte bladoczerwoną szminką usta Karoliny. Jedna z jej dłoni dotyka warg, by po chwili rzucić się chłopakowi na szyję. – Masz ode mnie w łeb! Co ty odwaliłeś!

- Ja również się cieszę, ze cię widzę. – uśmiecha się w burzę jej rudych loków.

Dziewczyna odsuwa się na niedużą odległość i mierzy go wzrokiem, jakby się chciała upewnić, czy przypadkiem nie jest przybyszem z innej planety.

- Gdzie ty byłeś? I dlaczego ja, jak zwykle dowiaduje się o twoim powrocie, jako ostatnia? – po chwili znów rzuca mu się w objęcia, a z jej oczu zaczynają płynąć łzy wzruszenia.

- Musiałem zmienić otoczenie – odpowiada sam mając ściśnięte gardło.

Ruda kręci energicznie głową.

- Palnę cię w łeb. – mierzy do niego palcem wskazującym – Ale w porządku, nie będę naciskać, pod warunkiem, ze powiesz mi teraz, w tej chwili, że już nigdzie nie zwiejesz.

Adrian wybucha wesołym śmiechem.

- Nie zwieję. Już nigdzie się nie wybieram.

Usta dziewczyny również się rozciągają.

- Gdzie Gosia? Właściwie to przyszłam jej nawrzucać. – wzdycha i opiera się biodrem o ścianę. – Ona ostatnio bardzo się ode mnie odsunęła. Ma jakieś problemy. Założę się, że to ten jej pożal się Boże facet ją zranił. I do tej pory to tolerowałam – ponownie unosi palec do góry – Ale teraz nie zamierzam. Nie pozbędzie się mnie tak łatwo.

Adrian kiwa głową, ciągle się uśmiechając.

- Wydaje mi się, że ona w końcu jest szczęśliwa.

Małgorzata Ceglarek siedzi na fotelu pasażera w jego śmierdzącym tanim odświeżaczem samochodzie. Mimo raz po raz rozwieranych powiek widzi tylko ciemność i to nie ze względu na porę, a raczej na przewiązaną na oczach opaskę. Ręce powoli drętwieją jej, związane z tyłu, jakimś wbijającym jej się w skórę sznurkiem. To samo nogi. I głowa. Ledwie trzymająca się w pozycji pionowej, kiwająca się na boki. Nie jest w stanie zebrać myśli, uczepić się jakieś jednej konkretnej na dłuższą chwilę.

- Co ty mi zrobiłeś? – mamrocze słabo.

Czuje dotyk dłoni na udzie. Wzdryga się nieznacznie, powodując jego parsknięcie śmiechem.

- Nie zachowuj się, jak jakaś pieprzona dziewica. I nic takiego. Przeżyjesz. A przynajmniej to. Przecież nie mogłem pozwolić ci się rzucać po całym samochodzie.

- Co ty… -urywa. Wszystko ponownie się rozmazuje. Oddycha głęboko, starając się skupić na konkretnym pytaniu. Zanim ono jednak następuje czuje szarpnięcie za ramię.

Mężczyzna wyciąga ją z pojazdu i wlecze za sobą po jakimś utwardzonym, nierównym podłożu. Ból głowy nasila się. Tak jak strach i panika. Jest bezbronna. Nie wiadomo gdzie. Z tym popaprańcem, który…

- Jakim cudem żyjesz? Ja…

Jej plecy dotykają zimnej ściany, a przez ciało przechodzi dreszcz, gdy jego dłonie suną wzdłuż jej talii, by unieść skute razem ręce do góry. By przypiąć je wyżej. Teraz jej stopy z ledwością dotykają podłoża. Ciało jest napięte. Wszystko ją boli, a myśli ciągle takie chaotyczne i nieskładne. Mężczyzna zrywa z niej opaskę i teraz jej oczom ukazują się czarne włosy. Ciemne oczy, z których wydobywa się echo jego złych zamiarów  i kilkudniowy zarost. Ciemna koszula, podciągnięta do łokci, odpięta do połowy, wywołująca u niej jedynie obrzydzenie, jak cała jego postać.

- Po co to wszystko?

Silny cios w twarz, sprawia, że odwraca głowę i zaciska powieki.

- Nie ty tu zadajesz pytania – słyszy jego wściekły syk.

Mężczyzna wyciąga telefon z kieszeni. Z tłumionej złości nieznacznie trzęsą mu się ręce. Wybiera numer Pola. Słyszy dobrze znany mu komunikat. Unosi dłoń do góry i ponawia cios. Potem jeszcze jeden z drugiej strony. Z kącika wargi wąską strużką zaczyna płynąć jej krew.

- Jesteś psychopatą – rozlega się jej słaby głos. Nie ma pojęcia, jaka substancja krąży w jej żyłach, ale zdecydowanie coś tam jest. Żołądek podchodzi jej do gardła. Zaczyna nawet kaszleć. Lecz na tym koniec.

- Ja? Przy twoim kochanku jestem nikim. Na pewno opowiadał ci o sobie, pieprząc cię po kątach.

Unosi telefon do góry i robi jej zdjęcie. Wysyła je pod numer pod który dzwonił. Fotografia z krótkim dopiskiem Życie za życie. Wsuwa telefon ponownie do kieszeni, a jego usta rozciągają się w jednym tych uśmiechów, typowych dla owładniętych szaleństwem maniaków.

Kilka godzin później Robert Pol wysiada z samolotu. Rozgląda się po lotnisku, gdzie dominują znaczki, których znaczenia nie zna, a zdecydowanie powinien zacząć poznawać, skoro chce tu zabawić dłużej. Nie ma pojęcia dlaczego akurat Azja. Działał impulsywnie, jak ostatnio coraz częściej. Ot, w stylu przesuwania palcem po globusie. Niemniej jednak stoi tu teraz z tą niedużą torbą pod pachą i tak naprawdę wcale nie czuje się lepiej. Mimo, że już się odciął. Już jej tu nie ma. Gruba krecha została postawiona i pora zacząć nowe życie.

Uśmiecha się kwaśno pod nosem. Cóż za absurd. Były seryjny morderca wyjeżdża do Japonii, by osiąść na jakiejś pieprzonej prowincji i zacząć sadzić ryż. Całkowicie odebrało mu rozum.

Palcami prawej dłoni dotyka telefonu, znajdującego się w jego kieszeni.
Przed oczami mimowolnie staje mu obraz jej twarzy. Uśmiechniętej, potem wściekłej i płaczącej. Nie da się zaprzeczyć, że ją niszczył. Tak, jak wszystko, czego się dotknął. Wszystko, co tylko miało jakąś wartość obracał w pył. Chyba tylko zabijanie wychodziło mu bezbłędnie. Tylko tego potrafił nie spieprzyć.

Wyciąga aparat i przygląda się jego ciemnemu wyświetlaczowi. Przesuwa go nad stojący obok kosz i nagle cofa dłoń. Wiedzie nim masochistyczna chęć przekonania się, czy na pewno Adrian dotrzymał słowa. Czy może jakimś cudem próbowała go zatrzymać, czy może dzwoniła. Nie to, by miało to jakieś większe teraz znaczenie, ale przecież już bardziej nie mógł się pogrążyć psychicznie.

Włącza więc telefon i niecierpliwie czeka aż będzie on gotowy do użytku. Kilka nieodebranych połączeń. Oczywiście od niej i kilka od prywatnego numeru. Marszczy przy tym brwi, zganiając od razu na nią, ale jaki miałaby cel w dzwonieniu z zastrzeżonego, gdy jego telefon był wyłączony, co musiała zauważyć już przy pierwszej próbie kontaktu. Wchodzi w wiadomości. Dwie. Jedna od niej, która rozpoczyna się od wykrzykników. Jednak nie ją otwiera jako pierwszą. Jego wzrok skupia się na innym numerze, nieznajomym. Otwiera wiadomość, która okazuje się być zdjęciem. Czuje, jak krew opływa mu z całego ciała, jak zimne macki strachu zaciskają się na jego gardle i kończynach. Dłonie zaciskają mu się w pięści. Czym prędzej wybiera numer, z którego otrzymał wiadomość, a który oczywiście jest już nieosiągalny. Znajdzie skurwysyna, kimkolwiek jest i rozerwie na strzępy gołymi rękami.

 

 

83. Fade away, the night is calling my name. You will stay, I’ll sail away

Tytuł pochodzi stąd:

Wysoki brunet stoi oparty tyłem o bok swojego samochodu. Wzrok ma nieobecny, utkwiony gdzieś w oddali, w tylko jemu znanym punkcie. Papieros w jego ustach dopala się i to kwestia chwili bądź dwóch, gdy rzuci go na wilgotną, leśną ścieżkę i przydepcze stopą, odzianą w czarny, masywny but. Jego myśli płyną nieustannie, tworząc na jego ustach grymas, który jest wyrazem złości, zmieszanej z bólem i rezygnacją. Pomyśleć, że jeszcze do niedawna nie analizował, nie przejmował się niczym. A teraz stoi tu, pośród zagęszczającego się mroku, ze spakowaną po brzegi torbą, w oczekiwaniu na młodego blondyna, któremu chce przekazać instrukcje.

- Robert? Co jest takiego pilnego? – głos chłopaka sprawia, że wolnym ruchem odwraca się ku niemu. Jego twarz nie wyraża żadnych uczuć. A przynajmniej tak się może wydawać osobie, która go nie zna. Adrian nie należy do tego grona. – Co się stało? – marszczy czoło, zaniepokojony.

- Wyjeżdżam – pada z mocą ponure stwierdzenie.

- Na jak długo? – docieka blondyn, podchodząc bliżej i dotykając dłonią dachu.

- Na zawsze.

Adrian marszczy się jeszcze bardziej. Zaczyna wątpić we własną inteligencję.

- Gosia o tym wie?

- Nie musi.

- Słucham? Żartujesz sobie ze mnie, prawda?

- Bynajmniej – Pol odwraca wzrok i wyciąga z paczki kolejnego papierosa, którego wsuwa między wargi.

Blondyn nie kryje rozdrażnienia. To wszystko powoli przestaje mu się mieścić w głowie.

- Chcesz ją zostawić? Po tym wszystkim, co przeszła? Ty w ogóle masz pojęcie w jakim ona jest stanie? Dlaczego ją odtrącasz?

Z jego zaciśniętych na końcówce papierosa ust wydobywa się mało przyjemny śmiech.

- Nie ja ją odtrąciłem.

- Więc najlepiej obrazić się na cały świat i odejść?!

- Nie podnoś na mnie głosu – warczy, spoglądając prosto w jego oczy. – Próbowałem, ale na niewiele się to zdało. Nie wiem, o czym zdążyła ci powiedzieć, a o czym dopiero się dowiesz, ale za dużo się wydarzyło. Nie jestem w stanie dać jej szczęścia. Ty kilka godzin temu wróciłeś po prawie rocznej przerwie i sadzę, ze podzieliła się z tobą większą ilością emocjonalnych tajemnic niż ze mną przez ostatnie tygodnie, jeśli nie dłużej.

- Ona cię kocha. . . – próbuje dalej, już odrobinę łagodniej.

- To tylko jest w stanie sprawiać jej ból. – wydmuchuje dym i chwyta papierosa w dwa palce. – Domyślam się, w jakim jest stanie. I może minąć trochę czasu, nim dojdzie do siebie, ale dojdzie. Pomóż jej. Ciebie do siebie dopuszcza.

- Robert…

- Milcz. – ucina ostro, wyrzucając z rozdrażnieniem papierosa. – Nie ściągnąłem cię tutaj, by wysłuchiwać kazań. Nie potrzebuję twoich rad. Chcę tylko, żebyś się nią zajął.

Adrian potrząsa głową, starając się poukładać sobie te wszystkie fakty w jakąś sensowną całość. Zdecydowanie został rzucony na głęboką uczuciową wodę. Szokiem był dla niego fakt, że Robert aż tak bardzo się zaangażował. I nie do końca jeszcze dotarła do niego historia jego związku z Gosią, a tu nagle okazuje się, że on rzuca wszystko i odjeżdża.

- Myślisz, że nie będzie cierpieć, gdy odejdziesz?

- Na pewno mniej, niż gdybym został. Już od dłuższego czasu radzi sobie beze mnie, unikając mnie początkowo jak ognia.

- To bez sensu.

Mężczyzna tylko wzrusza ramionami. Zrywa się delikatny wiatr, który łaskocze ich po twarzach.

- Nie łudziłem się nawet, że zaskoczysz mnie zrozumieniem. Posłuchaj mnie uważnie. Nie wolno ci jej powiedzieć o dzisiejszym spotkaniu.

- Boisz się, że cię zatrzyma?

Pol parska z irytacją.

- Odpuść sobie analizę.

- Po tym wszystkim, co… się działo. Tchórzysz przed zakochaną w tobie dziewczyną?!

Robert odwraca się gwałtownie i łapie go za górną część koszuli.

- Nie wypowiadaj się na temat kwestii, o których masz marne pojęcie. – syczy.

Puszcza materiał koszuli i odsuwa się, odwracając głowę.

- Trzymaj się. – rzuca lekko chrapliwie i okrąża samochód, łapiąc za klamkę od strony kierowcy.

- Robby. . .

Mężczyzna wywraca oczami.

- Masz zdecydowanie zbyt dużą tendencję do dramatyzowania. Nie odstawiaj szopki.

- Ja tylko. . .

- Jeśli wystąpisz mi teraz z ckliwą mową pożegnalną, to przysięgam, że cię postrzelę. – i jak dla potwierdzenia swoich słów wyciąga pistolet zza paska, machając nim w powietrzu.

Adrian zdaje się nic z tego nie robić. Patrzy wciąż na niego z wyrazem twarzy, któremu daleko do szczęśliwego. Wzdycha delikatnie.

- Chciałem ci tylko powiedzieć, że dziękuję i …przepraszam. Myliłem się co do ciebie.

Robert odwraca głowę, ale blondyn jest niemal pewien, że dostrzegł w kąciku jego ust uśmiech.

- Nie pierwszy raz, Rubelek. – wsiada pospiesznie do swojego samochodu i głośno zatrzaskuje za sobą drzwi. Ułamek chwili potem wyjeżdża z polnej drogi z piskiem opon. Tylne światła jego samochodu, jeszcze długo tlą się w mroku nocy.

Adrian wraca do mieszkania Gosi w dość parszywym humorze. Jak ma do niej podejść i nic jej nie powiedzieć? Oszukiwać, gdy zapyta, czy czegoś nie wie o zniknięciu Roberta? Ona nie jest głupia, poza tym jest pewien, że nie zlekceważy jego odejścia. Nie podziela również pewności bruneta, co do słuszności tej decyzji. Robert może mówić, co chce, dla niego to ucieczka, koniec, kropka. Pomyśleć, że kilka godzin temu wrócił do kraju. I niezmiennie zalewają go fale coraz to nowych informacji, tak, że z ledwością nadąża za tym, co się wokół niego dzieje.

Gdy naciska na klamkę jej mieszkania, jest niemal pewien, że dziewczyna wciąż jest pogrążona we śnie. Jakie jest więc jego zdziwienie, gdy zastaje ją siedzącą cichutko przy stoliku w kuchni. Stopy ma oparte na taborecie. Kolana podciągnięte pod brodę, którą na nich opiera. Oczy zdradzają walkę ze łzami, które uparcie chcą wydostać się na zewnątrz. Obok niej, na blacie stoi opróżniony do połowy kubek z kawą, kilka centymetrów dalej broń. Tuż obok jej dłoni telefon. W nim zaś otworzona lista kontaktów z numerem Pola po środku.

Adrian podchodzi do niej i dotyka dłonią jej ramienia. Dziewczyna nawet nie drga, jakby wszelkie zewnętrzne bodźce ją nie interesowały.

- Gosia?

Obraca w dłoni telefon, drugą wystukuje nieznany rytm o blat stołu.

- Znowu się obraził. Nie odbiera ode mnie telefonów. – oznajmia bezbarwnym tonem. – Choć tym razem to moja wina. On miał rację… wiele razy udowodnił mi, że…

- Mam wrażenie, ze oboje macie dość trudne charaktery – zajmuje miejsce na taborecie naprzeciw niej.

Dziewczyn uśmiecha się delikatnie i unosi na niego wzrok.

- Ja przy nim jestem flegmatyczną owieczką. Muszę go jutro złapać i porozmawiać. Doprowadzić w końcu do tej rozmowy, o którą się ubiegał od… długiego już czasu – dodaje, odrobinę zawstydzona.

Adrian wciąż nie spuszcza z niej wzroku. Stara się przeanalizować wszystko i wybrać najlepszą opcję.

- Chcesz o to walczyć? O niego?

Krzyżuje z nim spojrzenie i kiwa głową. Jest poważna a w oczach znów zaczyna płonąć jej ten pełen zdecydowania ogień.

- Chcę. I nie wiem, co z tego wyjdzie. Nie mam pojęcia, czy on wciąż mnie kocha, nie wiem… Ale muszę z nim porozmawiać, muszę mu powiedzieć, że nadal jest dla mnie ważny..najważniejszy. Rozumiesz? – przeciera dłonią oczy.

Adrian powoli kiwa głową.

- Tak jak ty dla mnie. – wyrywa mu się.

Dziewczyna spogląda na niego zaskoczona. Czegoś takiego się nie spodziewała.

- Adrian, ja…

- Wiem – uśmiecha się smutno – I nie oczekuję, że to odwzajemnisz. Chce, żebyś wiedziała, to wszystko. – chwyta ją za dłoń, a ona nie ma pojęcia, jak się zachować –  I chcę, żebyś wiedziała, że to właśnie jest powód, dla którego go nie posłucham.

Dziewczyna marszczy brwi.

- O czym ty mówisz?

- On odszedł… – wydobywa się z jego ust i naprawdę w tym momencie ma gdzieś, co Pol o tym będzie myślał. Nie zamierzał jej okłamywał. Nie zamierzał brać udziału w tym teatrze, w tej chorej sztuce pod nazwą „wiem lepiej, co dla niej dobre”

Dziewczyna gwałtownie cofa rękę i podnosi się na równe nogi.

- Jak to odszedł?! – łapie za telefon. Wybiera jego numer.

Abonent czasowo niedostępny.

- Ja nie wierzę. . . – wplata dłoń we włosy. – Gdzie odszedł? Skąd wiesz?

Chłopak wzdycha.

- Przed chwilą się z nim widziałem. Zakazał mi mówić ci cokolwiek.

- Stary dureń. – prycha ona, czując coraz większe rozdrażnienie.

Adrian nie jest w stanie choć minimalnie się nie uśmiechnąć. Oni pasują do siebie tak idealnie, mimo, że razem tworzą mieszankę iście wybuchową.

- Znam go trochę i wiem, że jeśli naprawdę chce zniknąć, to nie będzie bawił się w półśrodki i sąsiednie wioski. Stawiam na lotnisko.

Dziewczyna kiwa głową. Chowa do kieszeni telefon. Podchodzi do blondyna i całuje go w policzek.

- Dziękuję ci za wszystko. – rzuca i w następnej sekundzie już jej nie ma.

Zbiega pędem ze schodów i aż dziwne, że nie zabija się w tych chyba najmniej wygodnych butach, jakie posiada. Ale tak właśnie kończy się ubieranie się „na szybko”. Raz po raz stara się do niego dodzwonić. Wysyła mu nawet wiadomość, w której wyzywa go od idiotów. Już widzi, jak zgrzytają mu zęby, gdy to czyta. I bardzo dobrze! Niech zgrzytają! Niech ma za swoje! Zachciało mu się wyjeżdżać. I owszem, dziewczyna dostrzegała swoją winę w tej sytuacji. Do tej pory pamięta jego wybuch pod szpitalem. Już wtedy zapaliła się jej w umyśle czerwona lampka. Ale oczywiście nic z tym nie zrobiła. Od kiedy to siedzi w niej tyle dumy?? Z drugiej strony, to Pol, więc nie wzięła jego słów na poważnie. Tłumaczyła sobie, że chciał jej dopiec, za to ciągłe ignorowanie. Wychodzi jednak, że sparzyła się się ogniem, z którym igrała. Pędzi więc teraz na złamanie karku  na wrocławskie lotnisko, modląc się w duchu, by był właśnie tam. A jeśli nie…? Jeśli nie, to znajdzie go choćby w mysiej dziurze i nakopie mu do tego seksownego, upartego tyłka, za to, że ośmielił się choćby pomyśleć o odejściu.

82. All of my memories keep you near. Your silent whispers, silent tears.

Tytuł pochodzi stąd:

Gdzieś w Ameryce Północnej, w jasnym, odrobinę zagraconym mieszkaniu młody blondyn zsuwa z nóg buty i rzuca torbę w kąt. Kolejny dzień, przyprawiający go o ból głowy i pełen rezygnacji nastrój. Te same, irytujące go twarze. I nie ważne, że żadna z tych osób nic mu nie zrobiła. Ba! Spora część naprawdę starała się wciągnąć go w miejscowe życie. On jednak nie chciał. Czuł wyraźny opór przed traktowaniem tych ludzi, jak przyjaciół. Przed traktowaniem tego miejsca, jak domu. Miał już swoje miejsce na ziemi, miał ludzi, na których mu zależało.

Krokiem, w którym przed te miesiące zadomowił się automatyzm przechodzi do kuchni, gdzie z lodówki wyciąga coca-colę. Nie pije alkoholu. Już nie. Dość miał bolącej głowy i piekących od niewyspania oczu. Dość miał współczujących spojrzeń, pochodzących od ludzi, którzy o niczym nie mieli pojęcia. Ktoś, kto go nie znał mógłby powiedzieć, że się w końcu zaaklimatyzował. Jednak to tylko gra masek, które każdego dnia przywdziewał. W głębi duszy ciągle żył nadzieją, że pewnego dnia dane mu będzie wrócić. Ujrzeć na nowo drogie mu twarze. Rodzice, przyjaciele. Ona.

Od wielu dni, jeśli nie tygodni nie miał od niej żadnych wiadomości.
Jej ostatni mail również był niepodobny do poprzednich. Z dozą chłodu, jakiejś wymuszonej rezerwy. I oczywiście niepokoił się, ale przecież nie mógł nic. Uwięziony za oceanem, bez możliwości jakiegokolwiek ruchu. Mógł tylko mieć nadzieję, że nie stało się nic złego. Ta nadzieja opierała się na osobie Roberta Pola, bo przecież on nie pozwoliłby, by stało się jej coś złego.

Przez ów długi czas, który spędził w tym dość sporym miasteczku niejednokrotnie zanalizował różne aspekty swojego życia. Samotność dała mu możliwość do spojrzenia na wiele spraw inaczej. Na wiele osób. Zrozumiał bezpowrotnie, że Małgorzata Ceglarek nigdy nie odwzajemni uczuć, które mimo czasu ciągle gdzieś się w nim tliły. Pogodził się z faktem, że ona i Robert zaczęli tworzyć coś, co niejednemu nie pomieściłoby się w głowie. I już nawet nie chodziło o różnicę wieku. On był zabójcą, ona delikatną ofiarą swojej przeszłości. Do samego bruneta również zmienił nastawienie. Wiele razy wracał pamięcią do przeszłości. I to nie znaczy, że w pełni usprawiedliwiał Pola, zaczął jednak wiele rozumieć i przecież nie ulegało wątpliwości, że uratował mu  życie. I Bóg jeden wie, ile razy zrobił to w jej przypadku.

Przenosi się do salonu, gdzie zajmuje miejsce na wysłużonym już tapczanie. Sięga dłonią do stolika, na którym leży pilot. Włącza telewizor. Kanadyjskie reklamy, kanadyjskich produktów. Dość miał obcego. Ile by dał, by usłyszeć język polski, by znów ujrzeć. . .

Palec sam naciska na duży, czerwony guzik. W pomieszczeniu zalega cisza. Mężczyzna odstawia pustą już puszkę po napoju na stół. Przechodzi przez pokój i zgarnia z szafki laptopa. Lokuje się z nim na wcześniejszym miejscu, z zamiarem sprawdzenia poczty. Robi to codziennie, łudząc się naiwnie, że może tym razem otrzyma od niej wiadomość. Wystukuje swoje hasło i login. Wchodzi w folder „odebrane”. Jedna z wiadomości  przykuwa jego uwagę. Otwiera ją. Serce zamiera mu na krótką chwilę, gdy czyta te kilka prostych słów. Niewysłowione szczęście zaczyna trzepotać swoimi ogromnymi skrzydłami w jego wnętrzu, a świadomość nawet nie chce dopuszczać do siebie, że może być to sen, bądź pomyłka. Czyta raz jeszcze.

Wracaj do domu. Jest bezpiecznie. R.P

W niemal tym samym czasie lecz po drugiej stronie świata, w jednym z wrocławskich szpitali, korytarzami przemyka zakapturzona postać. Ręce ma schowane w kieszeniach, wzrok spuszczony. Niesamowite ile można osiągnąć za pomocą pieniędzy. Kilka głupich banknotów i jest w stanie bez przeszkód dostać się w środku nocy w te tereny placówki, które niedopuszczone są do oczu szarych ludzi. Skręca w lewo i przyspiesza. Czaszkę rozsadza mu wściekłość i żal. Umarła. Nie tak miało być do cholery! Dlaczego nie zabiła tego sukinsyna?!

Popycha dłonią szerokie drzwi i dostaje się do pustego pomieszczenia. Chłód, którego nie powinien czuć jest niemal namacalny. Przechodzi przez kostnice, zatrzymując się przy lodówkach, z których każda podpisana jest imieniem i nazwiskiem. Szuka wzrokiem tego konkretnego. Wyciąga dłoń w kierunku plakietki i przesuwa delikatnie po niej palcami. Alicja Karska. Wysuwa jej ciało z zimnej „skrzynki”, a jego serce ściska żałość tak ogromna, że ma ochotę krzyczeć i bić na oślep. Jego oddech przyspiesza, a dłoń zatrzymuje się w pół-ruchu do jej bladego, spokojnego teraz oblicza.

- Zakończę to – ciche warczenie wydobywa się zza jego zaciśniętych zębów. – Pomszczę cię. Przysięgam.

Adrian przemierza lotnisko z lekką dozą niepewności w sercu. Czuje zdenerwowanie, które skutkuje potem na dłoniach i szybszym biciem serca. Niebawem spotka się z osobami, których nie widział przed niemalże rok. Z którymi od dłuższego czasu nie miał żadnego kontaktu. Boi się tego, co zastanie, choć tak naprawdę nie ma pojęcia, czego konkretnie ten strach dotyczy. Jego stop raz po raz stykają się z podłożem. Stykają się i odrywają. Jedna z dłoni trzyma się paska torb zarzuconej na plecy. Nie miał dużo rzeczy. Dużą część z nich zostawił. Nie dba o nie. Liczy się tylko fakt, że wraca.

Oczy zachodzą mu łzami, gdy widzi jej szczupłą postać, rozglądającą się dookoła, zapewne w poszukiwaniu jego. Tak bardzo się zmieniła. Jej włosy niegdyś niemal idealnie proste, teraz falowały subtelnie nie sięgając dalej niż ramion. Ich odcień również jakby stał się ciemniejszy, bardziej zbliżony do mahoniu. Rzuca torbę na podłogę, widząc, że dostrzegła go i puszcza się pędem w jego stronę. Sam przyspiesza kroku, nie zważając, ze mijający go ludzie zaczynają przyglądać się z zainteresowaniem. Chwyta ją w objęcia, przyciskając do siebie tak mocno, że to aż dziwne, że nie protestuje. Ona również oblata go ramionami śmiejąc się głośno. A uniesione kąciki jej ust roszą słone łzy szczęścia wydobywające się spod powiek.

- Ciągle nie wierzę, że tu jesteś, że to koniec – słyszy jej głos tu przy uchu.

- Ani ja, boję się, że za chwilę się obudzę. – odsuwa ją od siebie na odległość ramion i spogląda jej w oczy. Ociera łzę z policzka, uśmiechając się szeroko. – Prześlicznie wyglądasz.

Blondyn spogląda lekko w bok, gdzie stoi inny osobnik z wyrazem znudzenia i jakiegoś rodzaju zdegustowania wymalowanego na twarzy.

- Robby… kto by pomyślał, że będziesz na mnie czekał na lotnisku. – podchodzi do mężczyzny i ściska go, nie oczekując wcale odwzajemnienia gestu, jednak ku jego zdumienia, mężczyzna również otacza go swoim silnym ramieniem.

- Nie rób z tego tandetnej komedii romantycznej. Jestem tu tylko po to, by przekazać ci, że Vendetty już nie ma. Możesz żyć normalnie.

- Co się właściwie stało? Co z tą blondyną? Z tym facetem, który…

- Nie żyją. Reszta nie odważy się wrócić. To taki popieprzony rodzaj honoru. Nie mają też interesu, by ci szkodzić. Szczegóły przekaże ci Ceglarek, ja mam ważne sprawy.

Nim ktokolwiek zdąży zareagować on już odwraca się i odchodzi. I też nikt nie woła za nim, co tylko utwierdza go w przekonaniu do słuszności swojej decyzji. Młody wrócił, więc nie zostawi jej samej. I wszyscy będą w końcu zadowoleni. Chłopak od zawsze robił do niej maślane oczy i o ile nie grozi im nic poważnego, jest w stanie dobrze się nią zaopiekować. A i ona będzie z nim szczęśliwa. Bo przecież tylko tyle się dla niego liczy. A najwyraźniej z nim nigdy nie będzie. Co z kolei wiedział od początku. Pozwolił sobie tylko na głupi zawrót głowy, który kazał mu na moment zapomnieć kim jest. I to jego prawdziwe ja nigdy nie będzie odpowiednie. Nie miał też już sił udowadniać jej że jest inaczej. Zwłaszcza, że sam już przestał w to wierzyć.

Kilka godzin później, w niedużym mieszkanku na ulicy Poznańskiej, dwie osoby siedzą na niedużym tapczanie, przy mdłym świetle lampki nocnej. Dziewczyna ma nogi podciągnięte pod brodę. Na jej kolana kapią ciągle nowe łzy. Patrzy w jeden punkt przed sobą, bojąc się spojrzeć na siedzącego obok chłopaka. Adrian zaś obserwuje ją z przerażeniem i współczuciem. Nie mieści mu się w głowie to wszystko co właśnie słyszy. Wyciąga ramie w jej stronę i otacza nim ją, tuląc jej głowę do swojej piersi.

- Mój Boże, Gosia..

- Zabijałam ludzi, Adrian. Robiłam to z premedytacją. Chciałam to robić. Jestem zła. . . Do szpiku zła. . .

Chłopak gładzi ją uspokajająco po plecach.

- Gdzie był wtedy Robert?! – irytuje się nagle – Jak mógł na to pozwolić?! Przecież jesteście razem..

Dziewczyna wybucha jeszcze większym płaczem.

- Nie… – łka – On mnie oszukał. . .

I opowiada mu wszystko krok po kroku. O rzekomym ratowaniu ofiar organizacji, o felernym zleceniu Pola, które było tylko pułapką, którą wykorzystał Aleks. O tym, jak omal jej nie zgwałcił i o tym, że zasiał w niej ziarno niepewności, którego nie jest w stanie wyplenić ze swojego umysłu.

- On próbował ratować ci życie. . .

-Nie miał prawa tak postępować. . .

Adrian przez chwilę waży słowa, szukając tych najodpowiedniejszych.

- Być może nie miał. Ale zrobił to. Wziął na siebie śmierć tych wszystkich ludzi. Zaryzykował zmianę twojej opinii o nim, bo cenniejsze było dla niego twoje życie. A potem.. Gosia..jeśli prawdą jest to, co mówisz. On cię kocha.

Dziewczyna siada prosto i ociera twarz z łez. Uspokaja się nieco.

- Skąd możesz mieć pewność?

- Znam go trochę. I nigdy wcześniej nie widziałem, by o kogoś tak się troszczył i tak zabiegał.

Gosia spuszcza wzrok i przygląda się swoim pomalowanym na szaro paznokciom.

- Ja nie umiem.

Adrian nie odzywa się, łagodnością spojrzenia zachęcając ją do dalszych wyznań.

- On nie kocha mnie – bierze głęboki oddech. – Jeśli nawet kocha, to kocha tą niewinną istotę, którą byłam kiedyś. – potrząsa gwałtownie głową. – Jak mam spojrzeć mu w oczy? Mam na rękach krew. . . Ja… nie zniosę rozczarowania w jego oczach. Nie zniosę zawodu.

- Ale…

- Bo on wierzył we mnie. W tą moją cholerną niewinność – w oczach ponownie zbierają się jej łzy. – A ja to wszystko zniszczyłam i teraz już nie da się niczego naprawić.

- Nie mów tak – odzywa się i ponownie ją do siebie przygarnia. Jej ciałem ponownie zaczynają wstrząsać spazmy płaczu. – Starałaś się przeżyć. Nie winię cię za to, nikt nie ma prawa.

- Zabijałam ludzi, jak możesz mnie usprawiedliwiać?!

- Robert też zabijał. Wiedziałaś o tym i mimo tego, ciągle go usprawiedliwiałaś. Ciągle szukałaś w nim dobra.

- A jeśli we mnie już go nie ma? Oni wszyscy wracają. Adrian, oni co noc wracają w snach. I każdy z nich patrzy na mnie, pytając mnie „dlaczego”? Jak mogłam pozbawić dziecko ojca? Jak mogłam zabrać córkę matce?!

Blondyn tylko wzmacnia uścisk. Milczy. Nie ma słów, które byłyby tu odpowiednie. Nie jest w stanie jej ocenić, nie jest w stanie odsunąć się od niej, nawet po tym, co usłyszał. Zwłaszcza gdy widzi jak potężne wyrzuty sumienia nią targają, jak bardzo je psychika jest poraniona przez każdą zbrodnię, której się dopuściła. I czuje złość na samego siebie, że nie może zrobić nic, by jej w tym pomóc, by zmniejszyć ból, który nią owładnął. Gładzi ją tylko po plecach i pozwala wypłakać się, łudząc się naiwnie, że może to choć trochę uleczy jej sponiewieraną przez organizację duszę.

I gdy dwie godziny później dziewczyna zasypia, wyswobadza się delikatnie z jej objęć i przechodzi do kuchni, by zaparzyć sobie kawę. Zmęczenie daje mu się we znaki, jednak wie, ze nie zaśnie. Zbyt dużo usłyszał, zbyt dużo emocji nim teraz targa. Rozgląda się po niedużej kuchni i przysiada przy okrągłym stoliku, przy którym wiele razy sam jadał. Wciąż nie może uwierzyć, że się tu znajduje. Że jest w stanie wyjść na ulicę i usłyszeć język polski, że jutro nie pójdzie do pracy do księgarni na rogu i w nie spotka więcej swoich nibyznajomych z kanadyjskiego miasteczka. Jutro z samego rana zamierzał odwiedzić rodziców, którzy przecież nie mają pojęcia, że wrócił do kraju. Nalewa wody do czajnika i naciska na guzik. W tym samym momencie odzywa się jego telefon, informując o otrzymaniu wiadomości. Sięga po niego i odczytuje, marszcząc przy tym lekko czoło.

Za godzinę, przy rzece. Nie chce słyszeć żadnych wymówek. R.P

81. You make me wanna die. I’ll never be good enough.

Tytuł pochodzi stąd:

Robert Pol obrzuca zamglonym wspomnieniami spojrzeniem wnętrze swojego mieszkania. Przesuwa po niezmiennie zasuniętych roletach, przez które uparcie lecz bez skutku próbuje przebić się słońce. Po ukrytym w ścianie sejfie, w którym ciągle schowane ma wypełnione cyjankiem drobne ampułki. Karski nie żyje. Jednak czy to oznacza koniec zmartwień? A może to dopiero początek?

- Zabiła go…- szeptały jej usta, gdy wrócili do mieszkania, po kilkugodzinnych przesłuchaniach na komisariacie. Przytknęła palce do skroni. – Wciąż w to nie wierzę. Myślisz, że policja da nam spokój? – spojrzała na niego z trwogą. 

Zmęczony wrażeniami dnia mężczyzna przysiadł na oparciu fotela. 

- Jesteśmy  w ich mniemaniu ofiarami. – wykonał niezidentyfikowany ruch dłonią w powietrzu. – Przypadkowymi cywilami, którzy znaleźli się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie. 

Ale oni mierzyli do nas. . . rozmawiałeś…

- Pojedyncza, nic nie znacząca wypowiedź – westchnął ciężko, krzyżując palce dłoni, zwieszając posępnie głowę. – Kiedy do ciebie dotrze, że policja nie ośmieli się w to mieszać na większą skalę? Przyjmą każdy scenariusz, który pozwoli im zakończyć sprawę.

Zapadła dłuższa cisza, podczas której ona stała ze skrzyżowanymi rękami i twarzą zwróconą w stronę okna. On pogrążył się w chaosie własnych myśli. 

Więc to koniec organizacji? – usłyszał jakby z oddali jej cichy, nieznacznie drżąc głos. Uśmiechnął się gorzko do siebie.

- Po tym wszystkim, co widziałaś i przeżyłaś, niebywałe, że dziecięca naiwność ciągle tak kurczowo się ciebie trzyma. 

- Ale Karski… – zaczyna, odwracając się w jego stronę, w tym samym momencie, w którym on odwraca się w jej. I to właśnie ona pierwsza spuszcza wzrok, niezdolna do wytrzymania jego przenikliwego spojrzenia, w którym kryło się tak dużo emocji.

- Karski był skurwielem, ale trzymał ich wszystkich za gardła. Teraz umarł, a Vendetta straciła lidera. Dopóki nie wyłoni się kolejny samozwańczy pojebaniec mamy coś w rodzaju anarchistycznej samowolki. A nie wiem, czy zauważyłaś, ale nikt nie darzy nas przesadną sympatią. 

Oczy dziewczyny zrobiły się coraz większe i przez chwilę diabli wzięli całą tą niedorzeczną maskę chłodu.

Będą chcieli nas zabić? 

To wysoce prawdopodobne – mamrocze – Ciągle coś mi tu nie pasuje. . . 

Mówisz poważnie? Jest w ogóle coś, co pasuje? 

Brunet zmrużył oczy, analizując. 

Zachowanie Alicji można wyjaśnić. Chciała zemsty, Aleks jej pomagał. Jest jednak kilka drobiazgów. Dlaczego Fabian nie zastrzelił Alicji, skoro miał ochraniać Karskiego? Nie uwierzę, że nie miał okazji. Chyba, że nie chciał jej zabić, bo wcale go nie ochraniał. – podniósł się z miejsca, mówiąc bardziej do siebie niż do niej – Tylko, że to nie ma sensu. . . zabił Aleksa. 

Skąd on tam się wziął? 

Fabian? – zapytał, jakby zaskoczony, że ktoś tu jeszcze jest. 

Razem z Karskim.

Robert uniósł jedną z brwi do góry, kręcąc głową z politowaniem. 

Jestem pełen podziwu, że jeszcze żyjesz. Z takimi zdolnościami dedukcyjnymi. Alicja wyniosła się nie wiadomo.gdzie, biorąc Aleksa, jako pieska kanapowego. Myślisz, że ich nie obserwował? Dobrze wiedział, jakimi uczuciami pała do niego córeczka. Choć tak naprawdę cholera wie, co siedziało mu w głowie, ale nie był głupi. – zamilkł, jakby rażony prądem przez informację tak oczywistą, że to aż nie do pomyślenia, że wcześniej do niego nie dotarła. 

Alicja jest jego córką. …

Dziewczyna parsknęła śmiechem.

A to podobno ja mam problemy z …

Nie rozumiesz… . Po jego śmierci ona jest liderem, jako jedyne dziecko.

Jak w dynastii? Tron dziedziczy potomek? Przecież to głupie. 

Może spoważniejesz, gdy przypomnisz sobie, że z całego popapranego grona, ona najbardziej pragnie naszych głów.

Od tej rozmowy minęło kilka długich dni, podczas których dopuścił się aktu korupcji na lekarzu prowadzącym Alicji oraz przeanalizował setki scenariuszy, z których jeden był gorszy od drugiego. Wiedział jednak jedno, musi się z nią zobaczyć jako pierwszy. Tuż po jej przebudzeniu. Nie miał pewności, czy to dobry pomysł, ale istniał maleńki cień szansy, że uda mu się to wszystko załatwić bez kolejnych ofiar. Mógł oczywiście dobić Alicję, ale to niczego nie rozwiązywało. Aleks mógł przeciągnąć na swoją stronę wielu, którzy będą chcieli pomścić liderkę.

Dlatego też gdy tylko otrzymuje informację o przebudzeniu się Karskiej, ubiera się i wychodzi z mieszkania, zgarniając siłą sąsiadkę z naprzeciwka i kieruje się w stronę placówki.

- Chcesz się spotkać ze swoją byłą kochanką? Niech będzie, ale po co ciągniesz mnie ze sobą?

Ceglarek siedzi w fotelu pasażera z pozą wyrażającą ostentacyjne naburmuszenie. Ręce ma skrzyżowane na piersi, wzrokiem zabija swojego towarzysza, który akurat niewiele sobie z tego robi.

- W celach rozrywkowych. – parska do niej, również zirytowany.

- Zapomnij.

- Nie mów, że byś nie chciała. Wiem, co do mnie czujesz, nie wyprzesz się tego.

- To nie ma znaczenia, skoro chodzi tylko o aspekty rozrywkowe.

- Kiedyś ci one nie przeszkadzały.

- Zaczęłam się szanować.

- Obcowanie ze mną stało się nagle skazą na twojej moralności?

- Zastanówmy się – stuka palcem o dolną wargę. – Odkąd cię poznałam zostałam mordercą, kłamcą i totalną suką w stosunku do przyjaciół.

- Wolałabyś wkręcić ich w jakieś zlecenie? Oh, bo to przecież prawie jak zabawa w chowanego.

- Pytałeś, więc odpowiedziałam.

- KURWA MAĆ!! – drze się, uderzając dłońmi w kierownicę. – Za co ty mnie właściwie karzesz? Za fakt, że chroniłem cię przed śmiercią?!

- Okłamałeś mnie! Zabawiłeś się…

- Milcz! Jeśli masz zamiar dalej ciągnąć te brednie, to zamilcz. Mam dość tych dziecinnych podchodów. Nie będę do końca życia udowadniał czegoś, czym ty podcierasz sobie tyłek!  - wściekły wysiada  samochodu i nim ona zdąży zamknąć rozchylone pod wpływem szoku usta, mocnym szarpnięciem otwiera jej drzwi. – Dla twojej wiadomości, ciągnę cię ze sobą, by pod moją nieobecność nikt nie odstrzelił ci głowy. – warczy.

Zostawiwszy dziewczynę w szpitalnym bufecie, kieruje się prosto do sali, w której leży Alicja. Gdy wchodzi, ona otwiera z wysiłkiem oczy i zagryza wargę. Podpięta pod masę aparatur i stojącą obok kroplówkę. Jest blada, jej skóra jest sino-szara, oczy podkrążone, włosy przetłuszczone, w nieładzie.

- Robert . . . – szepczą jej spierzchnięte usta, a do oczu cisną się jej łzy.

Mężczyzna nieznacznie unosi podbródek , przyjmując dumną postawę. Mimo tego wszystkiego, co się wydarzyło nie jest w stanie patrzeć  na nią bez emocji. Zwłaszcza, że nie da się zaprzeczyć, że to on doprowadził  ją do takiego stanu. Zniszczył ją, a teraz zniszczy Ceglarek. Jak femme fatale w męskiej postaci, doprowadza każdą kobietę do upadku, w każdym tego słowa znaczeniu.

- Wiem, po co przyszedłeś.

Mężczyzna marszczy nieznacznie czoło. Obserwuje ją przez chwilę w skupieniu.

- Zabiłaś ojca.  - odzywa się w końcu.

- Zabiłam. On dawno temu zabił mnie. – głos ma lekko zachrypnięty, nie głośny, dochodzący jakby z oddali.

- Dlaczego strzeliłaś do siebie, nie do mnie? Przecież o to przez cały czas ci chodziło. O moją śmierć, o zemstę.

Blondynka wzrusza ramionami.

- Co mi po zemście, gdy z tego nie wyjdę? Nie patrz tak na mnie. Umrę. Dziś, jutro, nie wiem, ale umrę. Jeśli liczysz z mojej strony na bolesny monolog skrzywdzonej kobiety, to się rozczarujesz.

- Co zrobisz z organizacją?

Kobieta kiwa głową na dokument leżący na szafie.

- Weź to, roześlij do wszystkich. Mój ojciec miał w komputerze bazę danych. Dasz sobie z tym radę.

- Co to jest? – brunet sięga po arkusz papieru, zapisany jej równiutkim charakterem pisma. - Dlaczego trzymasz to na widoku?! Kompletnie ci odbiło?

Kobieta chichocze. Zaraz jednak poważnieje.

- Wpłaciłam całą zawartość mojego konta na szpital, więc teraz nikt nie interesuje się tym, czym nie powinien. – krótka pauza. Alicja bierze głęboki oddech. A przynajmniej na tyle głęboki, na ile pozwala jej ostry ból w piersi. – Jako nowy szef, rozwiązuję Vendettę. Nakazuję wszystkim opuścić kraj i nigdy do niego nie wracać. Tylko wasza dwójka może zostać. Ty..i Sienkiewicz.

Robert nieruchomieje na moment. Opuszcza trzymaną w dłoni wiadomość. Marszczy brwi, skupiając na niej podejrzliwie spojrzenie.

- Dlaczego? Takim ruchem zapewniasz nam bezpieczeństwo, co chcesz tym osiągnąć?

Kilka zbłąkanych łez uwalnia się spod jej powiek.

- Co mi po zemście, gdy mogę nie dożyć jutra. . . ?

- Alicja. . .

- Wyjdź, Pol, nim się rozmyślę.

- Kilka dni temu chciałaś nas zabić!

Blondynka ociera ze złością wilgotne policzka. Rzuca mu wściekłe spojrzenie.

- Jestem nowym liderem, to moje rozkazy. A teraz daj mi umrzeć w spokoju. Wynoś się!!  - wrzeszczy, a gdy on w końcu opuszcza salę, opada na poduszki i zanosi się, przerywanym świszczącym kaszlem, spazmatycznym płaczem.

80. Yeah, we’re standing on the edge of a revolution

Tytuł pochodzi stąd:

 

Czy czas naprawdę może leczyć rany? Ile go potrzeba, by podnieść się po potężnym ciosie? W przypadku Małgorzaty Ceglarek powrót do względnej normalności zajął tygodnie. Podczas ich trwania wykonywała zlecenia, które przychodziły jej już zdecydowanie łatwiej. Dość szybko nauczyła się wyrzucać z umysłu niewygodne myśli, które tylko ją rozpraszały i starały się zaciągnąć w mroczny kąt podświadomości. Dokładnie w ten sam, w którym upychała wszystkie wyrzuty sumienia i każdy rodzaj rozrywającego bólu. Zdecydowanie nie podobało się to Robertowi, który nawet bez jej zwierzeń doskonale wiedział, co się z nią dzieje. Patrzył na to tylko ponuro i kręcił z bezsilnością głową. Szła doskonale znaną mu ścieżką. Tą najprostszą, od razu nasuwającą się na myśl. Trudno się też było temu dziwić, biorąc pod uwagę, że nikt nie wskazał jej innej. A przecież rozmów z nim unikała jak ognia. Oczywiście nie wszystkich, tylko tych konkretnych, poruszających poważniejsze kwestie. Od tamtej pamiętnej ubarwionej wymiocinami nocy zauważył, że przestała go unikać. Choć to, co między nimi się teraz działo sprawiało, że miał ochotę walić głową w ścianę. Traktowała go z większą rezerwą niż nieznajomego. Pilnowała się na każdym kroku, by stracić kontroli, która z całą pewnością niejednokrotnie była na granicy. Mogła mówić, co chciała, on doskonale wiedział, że nie jest jej obojętny. I ta świadomość, a może właśnie naiwna nadzieja, sprawiała, że wciąż był obok, zwłaszcza, gdy go odpychała.

Egzystowali na tej kruchej tafli własnych ograniczeń, rozmawiając pozornie luźno i niemal jak kiedyś. Ona zabijała i on zabijał. On nie dbał o te zbrodnie ona udawała, że nie dba, przybierając maskę zimnej, wyrachowanej suki. Egzystowali, bo żadne z nich nie wiedziało, co będzie dalej i jak mają wykonać choćby maleńki krok do przodu. Nie byli świadomi ogromnych zmian, które niebawem miały spać na nich jak grom z jasnego nieba.

Ów dzień miał miejsce w połowie maja, gdy białe kwiecie wiśni spowijało każdy kraniec miasta a temperatura wzrosła do przyjemnych dwudziestu paru stopni. Małgorzata Ceglarek, wraz ze swym chronicznie niezadowolonym partnerem siedzi  przed jedną z lodziarni, przy bladoróżowym stoliku, pod rozłożystym parasolem w tym samym kolorze. Wieki nie pracowali razem. Jednak nawet jeśli którakolwiek ze stron odczuwa z tego powodu jakikolwiek dyskomfort, nie daje tego po sobie poznać nawet w najmniejszym stopniu. On z ręką opartą na stoliku, bębni palcami w jego blat. Ciemne okulary założone na nos uniemożliwiają wgląd w jego oczy, jednak mina zdecydowanie nie wróży niczego dobrego. Ona z kolei nie zwraca na to najmniejszej uwagi. Opiera wysunięte z sandałek stopy o krzesełko obok i delektuje się ciepłym, subtelnym wiatrem.

Ich ofiarą jest trzydziestopięcioletnia kobieta. Wysoka, farbowana blondynka z implantami w piersiach i botoksem w twarzy. Śledzą ją od dwóch kwadransów, czekając na odpowiedni moment, by zacząć wcielać swój plan w życie. Robert uparł się, że tego dnia on będzie pociągał za spust. Jego argumenty i ostrzegawcze błyski w oczach były do tego stopnia przekonujące, że dziewczyna odpuściła. Przecież tak naprawdę wcale o to nie dba. Chce jedynie skończyć to zlecenie, wrócić do pustego mieszkania i rozpocząć dobrze znany jej etap, zwany zapominaniem.

- Za grosz w tobie profesjonalizmu. – szepcze do niej, nachylając się nieco i wykrzywiając usta w dobrze jej znanym, złośliwym półuśmiechu.

Dziewczyna marszczy lekko czoło, jakby chciała zapytać o co mu chodzi. Brunet kieruje wzrok na jej bose stopy.

- Gdybyś teraz została zmuszona do ucieczki, poległabyś przy pierwszym drobnym szkiełku rozbitej butelki, leżącej gdzieś w zakamarku chodnika.

Gosia unosi podbródek, starając się nadać twarzy dumny wyraz.

- Zapomniałam, że bez ciebie i twoich lekcji nie umiem niczego.

- Na szczęście na samym początku udało mi się przekazać ci jakieś podstawy, w przeciwnym razie marny byłby twój los.

Dziewczyna prycha i ściąga nogi z krzesła.

- Jak widzisz, mimo tego wciąż żyje i mam się dobrze – wyraźnie się irytuje.

- Polemizowałbym. – kwituje pozornie obojętnie, rozglądając się ukradkiem.

- Nic nie wiesz – chce wstać, nim wykonuje choćby jeden większy ruch on usadza ją z powrotem.

- Pracujemy – syczy.

- Przestań traktować mnie, jak głupią małolatę.

- Trudno traktować tak osobę, która notorycznie zachowuje się jak dziecko.

- Dlaczego muszę pracować akurat z tobą?

- Najwyraźniej pech jest trwale wpisany w twoją egzystencję.

- Mój pech ma czarne oczy i cholernie drogie auto.

- Moje niewyczerpane pokłady cierpliwości umierają przy tobie śmiercią naturalną.

Dziewczyna odwraca szybko głowę, chcąc ukryć mimowolny uśmiech pojawiający się na jej twarzy.

- Starzejemy się, Pol?

Brunet mrozi ją spojrzeniem i już otwiera usta, by zrewanżować się nie mniej ciętą ripostą, jednak dość szybko je zamyka, wbijając wzrok w pewien punkt, gdzieś ponad nią. Mięśnie jego szczęki zaciskają się z niezwykłą siłą, a otwarte dłonie zmieniają się w pięści. Dziewczynie uśmiech znika z twarzy i przygląda mu się teraz z rosnącym niepokojem.

- O co chodzi?

Chce odwrócić głowę, ale jego dłoń, nagle znajdująca się na jej policzku jej to uniemożliwia. Brunet na moment skupia wzrok na niej.

- Zachowuj się naturalnie. Nie daj mu odczuć, że wywołał w tobie jakiekolwiek emocje.

- Ale komu?

I nagle ten kobiecy pisk, gdzieś za nimi. Robert gwałtownie podnoszący się z miejsca. Silnym ramieniem chwyta za łokieć dziewczyny i odsuwa ją za siebie. Kątem świadomości rejestruje jej zduszony okrzyk. A więc już dostrzegła z kim mają „przyjemność”. Dostrzegła zapewne również broń przybysza wycelowaną centralnie w nich. Czuje jak jej paznokcie wbijają się w jego bark, jak mimo przerażenia chce wyjść zza jego pleców. Jak się jednak okazuje idiotyczny heroizm nie opuścił jej całkowicie.

- Nagle bawisz się w samobójce? – rzuca Robert w jego stronę z kpiącym uśmieszkiem , który ma zatuszować zdenerwowanie. – Najlepiej od razu strzel sobie w łeb. Oszczędzisz wszystkim zachodu i nerwów.

Wokół nich robi się zamieszanie, którego zdają się nie dostrzegać, jedni uciekają inni z głupią ciekawością śledzą rozwój wydarzeń, ktoś gdzieś dzwoni, ktoś inny zdaje się nagrywać całe zdarzenie. Gosia przesuwa dłonią po schowanej za paskiem broni. Są w centrum miasta. Przecież wszystko się wyda, wszyscy zginą! Nerwowo przesuwa wzrokiem po otoczeniu, jakby tylko kwestią czasu było wyskoczenie zza rogu smoka ziejącego ogniem. I faktycznie. Po przeciwległej stronie ulicy widzi postać Fabiana, który z przebiegłym uśmiechem na twarzy, mierzy snajperską bronią w Aleksa, czego on w swoim obłąkanym nibytransie zdaje się nie zauważać. Jednak to nie wszystko. Chwilę potem dostrzega inną postać, która rodzi setki zimnych dreszczy na jej plecach.

- Rzuć broń, Aleks. – lodowaty, twardy głos Karskiego tnie niemal idealną ciszę.

Młody brunet drga nieznacznie, ciągle stara się zachować niewzruszony wyraz twarzy. Ciągle nie przestaje mierzyć do Roberta.

- Zapłacisz… – syczy do Pola.

Robert przeskakuje wzrokiem z Aleksa na Karskiego i z powrotem. Skoro wielki szef sam się pofatygował, ktoś musiał gdzieś się tu jeszcze kręcić. Ktoś kto ochrania jego tłusty zad. Za sobą słyszy niemal, jak Ceglarek głośno przełyka ślinę. A wokół ci ludzie, nieświadomi tego, co tu się wyrabia.

Następne wydarzenia dzieją się tak szybko, że zwykle mrugnięcie mogłoby spowodować ich przegapienie. Karski spogląda gdzieś w dal i kiwa lekko głową, szepcząc suche i pozbawione emocji „zabij”. Rozlega się wystrzał. A raczej dwa wystrzały. Ci, którzy do tej pory stali nieopodal teraz uciekają w obawie o własne życia. W tle słychać syrenę policyjnego wozu. Aleks osuwa się na rozgrzany słońcem chodnik, a czerwona ciesz bruka jego szarą powierzchnię. Jednak, co najbardziej wszystkich zaskakuje. . .Co wydziera zduszony krzyk z mrocznej duszy Roberta Pola i zmusza przerażoną Ceglarek, do zasłonięcia ust dłońmi.. Jest to fakt, iż Stefan Karski chwyta się za serce. Jego palce brudzi płynąca z piersi krew. Odwraca się do tyłu. Obraz mu się zamazuje, jednak jest w stanie złączyć wszystko w całość.

- Alicja… – charczy cicho w jej kierunku. W odpowiedzi otrzymuje tylko pogardliwe spojrzenie. Odwraca głowę w kierunku, w którym jeszcze przed chwilą stał Fabian. Zerka na Roberta, wyciąga w jego stronę rękę i chce coś powiedzieć, jednak głos więźnie mu w gardle, sprawiając, że zabiera ową informację na drugą stronę. Nieżywy upada.

Robert robi krok o przodu, ale zostaje powstrzymany przez wycelowaną przez siebie lufę pistoletu. Alicja wbija w niego wściekłe spojrzenie. Nie zwraca uwagi na nic. Nie przejmuje się, że jej kompan właśnie stracił życie. Nie przejmuje się nawet tym, że znikąd pojawia się Fabian zabierając jego ciało do samochodu. Chce wrócić po Karskiego, ale policyjny wóz jest zbyt blisko. Zatrzaskuje drzwi i odjeżdża z piskiem opon.

- Nikt mnie już nie skrzywdzi – szepcze bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego Alicja i przenosi lufę z Roberta na siebie.

Z radiowozu wybiegają policjanci. Ktoś do niej woła, ktoś zaczyna się z nią szarpać. Wystrzał niesie się po pustej teraz ulicy. Inny z policjantów odciąga Gosię z Robertem. Pol nie jest w stanie wykrztusić z siebie słowa. Widzi jak z ciała Alicji Karskiej wypływa krew, jak po chwili dziewczyna osuwa się, tracąc przytomność. Ów policjant, który starał się udaremnić jej wystrzał podtrzymuje jej bezwładne ciało. Znikąd nadjeżdża karetka. Śmierć zaczyna unosić się w powietrzu.

 

79. On for tonight. ‚Couse I’m just holding on for tonight.

Tytuł pochodzi stąd:

 

W tym krótkim urywku czasu świat mógłby przestać istnieć. Byleby tylko został on. Jego dłoń wciąż ściskająca jej nadgarstek, jakby bał się, że nawet delikatne poluzowanie sprawi, że ucieknie. Ta powaga i upór wymalowany na twarzy, to spojrzenie, które wciąż zapiera jej dech.

„Kocham cię” – dźwięczące jej w uszach.

Jednak sekundy wbrew pozorom mijają dość szybko, a czasu nie da się ani cofnąć, ani zatrzymać. Do zamglonej świadomości stara się przebić rozsądek. Dziewczyna odwraca głowę i spuszcza wzrok.

- Nie wierzę. . .  – chce się wyrwać, ale on jej nie pozwala, przyciągając jeszcze bliżej siebie. Gwałtownie odwraca się i wbija pełne bólu spojrzenie w jego napiętą twarz. – Jak mam ci ufać? – szepcze z bólem.

Mężczyzna wznosi na krótką chwilę oczy ku niebu. Zaraz jednak ponownie wraca do niej i wdycha na poły z jękiem. Puszcza jej rękę. Mierzwi palcami swoje i tak już będące w nieładzie włosy.

-Spieprzyłem to. Wiem. Powinienem był coś wymyślić, lepiej cię zabezpieczyć…

Dziewczynie łzy stają w oczach, a umysł na nowo z ledwością łączy fakty w logiczną całość. Wszystko zdaje się odżywać na nowo, otwierając ranę, która nawet nie zdążyła zacząć się zabliźniać. Ten znienawidzony głos tak wyraźnie dźwięczy w jej umyśle.

- Powiedział, że to gra. . . – wyrywa jej się cicho.

- Słucham?! – szorstkie nuty przebijają się w jego głosie.

Gosia, jakby kurczy się w sobie. Oplata się ramionami, czując przytłaczające wręcz zmęczenie i to bynajmniej nie fizyczne.

- Aleks…

- Co z nim? -warczy, nawet na sekundę nie spuszczając z niej wzroku.

- Że się mną bawisz. . . – uśmiecha się gorzko do siebie, odwracając ku niemu głowę. W jej oczach lśnią łzy,  a on ma coraz większą ochotę, by rozerwać na strzępy tego, który to zapoczątkował.  – Że nigdy byś na mnie nie zwrócił uwagi i że to tylko dla organizacji . . . – urywa i przytyka dłoń do ust. Odbija jej się, a na ustach ponownie czuje smak alkoholu. Zdaje się, że odrobinę przesadziła z procentami.

- I wierzysz mu? – jego suchy ton sprawia, że mimowolnie przymyka powieki. Zaciska je coraz bardziej, energicznie potrząsając głową.

- Nikomu już nie wierzę. . .

Odwraca się przesuwając wzrokiem po pogrążonej w mroku okolicy. Jej myśli stają się coraz mniej składne, łzy coraz uparciej napierają na powieki, za wszelką cenę chcąc się wydostać. Czuje się do granic zagubiona. Jak mała, biała myszka wrzucona do gigantycznego labiryntu. Myszka, której coraz głośniej huczy w głowie.

Robert obserwuje ją w milczeniu. Jego oczy są zmrużone, tworząc wąskie, wężowe szparki, szczęka napięta.

- Przecież to psychopata, któremu zależy tylko na tym żeby się na mnie zemścić. Jak możesz mu wierzyć?! – warczy, nie będąc w stanie pohamować irytacji.

Przecież do diabła nie licząc tego przeklętego epizodu z wielkim nieudanym bohaterstwem nie dał jej ani jednego powodu, dla którego mogłaby się tak zachowywać. Przekładać słowa tamtego nad jego własne.

Dziewczyna kręci głową, czując nagle, że jest jej niesamowicie niedobrze.

- Zostaw mnie,  Pol – rzuca słabo w jego kierunku.

- Ceglarek, do cholery!

- Pracuję już dla organizacji… – przerwa na głębszy oddech – …nie musisz więcej udawać, że ci zależy.

Mężczyzna unosi dłoń do góry i po chwili, zaciśniętą w pięść opuszcza. Robi krok w jej kierunku. Ona chce się cofnąć, chwieje się. W jego pełnym złości spojrzeniu przebija się niepokój i troska.

- Co z tobą?

Równocześnie z wybrzmieniem jego ostatniego słowa, dziewczyna odwraca się i upada na kolana, zaczynając zwracać zawartość żołądka w krzaki. Kaszle i szlocha, grożąc mu w międzyczasie, że jeśli tylko się zbliży, popamięta. Kilka minut potem podnosi się z klęczek i staje na nogach, które zdecydowanie nie mają ochoty trzymać jej w pozycji stojącej. Jej sylwetka tonie w mroku nocy, więc on nie widzi niemal trupio – bladego koloru jej twarzy. Widzi natomiast trzęsący się palec skierowany w swoją stronę.

- Idź do diabła… – wyrzuca z siebie, bełkotliwie i niemal natychmiast traci świadomość.

Brunet dopada do niej w ostatniej chwili, ratując przed zderzeniem z zimnym i wilgotnym podłożem. Podrzuca ją delikatnie, biorąc na ręce. Przyciska do piersi, kręcą głową. Doprawdy ma już serdecznie dość tych sprzecznych uczuć kotłujących się po jego umyśle.

Lokuje ją na tylnym siedzeniu swojego samochodu i zabezpiecza pasami. Wsiada za kierownicę. Okazuje się więc, że dziewczyna, która jeszcze niedawno uporczywie próbowała mu wmówić, że jest coś wart, teraz ma o nim najgorsze zdanie. Bardziej ufa wrogowi niż jemu i pozwala wkładać sobie do głowy niedorzeczne brednie. Oczywiście, uwiódł ją, żeby podlizać się Karskiemu. Gdyby nie fakt, że kompletnie nie jest mu do śmiechu, najpewniej parsknąłby teraz głośno i wyraźnie. Aleksa nigdy nie posądzał o przesadną inteligencję, ale ona… Owszem, na każdym kroku wyzywał ją od idiotek i kwestionował możliwości jej umysły, ale przecież to tylko takie pieprzenie. Tak naprawdę, dobrze wie, że ma do czynienia z inteligentną osóbką, która swoim uporem i nazbyt bujną wyobraźnią niejednokrotnie ową inteligencję przyćmiewa. Więc jakim cudem tak po prostu go odtrąciła?! Na podstawie kilku kłamstw?! I może to ona ma teraz jej do końca życia udowadniać, że jest inaczej? Jest zdecydowanie za stary na takie gierki. Dlatego właśnie cenił sobie życie w samotności. Żadnych komplikujących życie uczuć, mieszających w głowie emocji. Żadnych nieprzytomnych kobiet na tylnym siedzeniu, żadnych wyrzutów sumienia.

Uderza otwartą dłonią w kierownicę, klnąc pod nosem.

Chwilę później znajduje się już pod ich blokiem i stara się wydostać ją z samochodu. Dziewczyna zdaje się spać. Budząc się raz po raz i macha rękami i nogami.

- Przestań, kretynko, bo posądzą mnie o napaść! – syczy w jej stronę, gdy niemal uderza go łokciem w głowę, ale ona już ponownie odpływa w niebyt.

Mężczyzna jedną ręką podtrzymuje jej ciało, drugą dłonią przesuwa sobie po twarzy. Zaraz kogoś rozniesie.

Jak na złość, akurat gdy wtaszcza się razem z jej osobą, która ponownie otwiera swe cudowne ślepia i zaczyna machać łapami, na klatkę, mija go najbardziej wścibska staruszka z całego osiedla.

- Nie nam…dam. .. nie psszelecisz mnie dzisiaj, ty kłamco..ty..

Robert zerka na zwiększające swoją objętość oczy babci i szuka wzrokiem czegoś ciężkiego, by uciszyć to doprowadzające go do szału dziewczę, które wygląda, jakby zaraz miało ponownie się zrzygać.

- Niech pan zostawi, tą biedną dziewczynkę. Upił pan a teraz może chce wykorzystać? Ja po policję zadzwonię, po księdza…

- Potrzebne pani egzorcyzmy? – podsuwa ze złośliwym uśmiechem – Ceglarek, do kurwy nędzy!! – drze się, drugi raz już obrywając jakąś częścią jej ręki w skroń.

- Jaki brak kultury! Zero szacunku do starszych!

Ale on już nie słucha. Podcina dziewczynie nogi, na których i tak z ledwością się trzyma i ponownie bierze ją na ręce, znikając z zasięgu wzroku natrętnej babci. Nim dociera do jej mieszkania ona już śpi. Odszukuje wolną dłonią klucze w tylnej kieszeni jej spodni. Wciąż trzymając ją w objęciach otwiera drzwi i popycha je nogą, zamykając w ten sam sposób, gdy już dostaje się do środka. Rzuca klucze na szafkę i przechodzi do jej sypialni. Nachyla się nad jej łóżkiem, chcąc położyć ją na nim, jednak ze zdumieniem spostrzega, że palce jednej z jej dłoni są zaciśnięte na materiale jego koszuli. Przesuwa delikatnie palcem po jej kostkach i wydobywa fragment ubrania, co ona kwituje krótkim chrapnięciem. Z niezwykłą ostrożnością kładzie ją na poduszkach. Zsuwa z jej stóp buty, z nóg spodnie. Unosi brwi widząc czerwoną koronkową bieliznę. Do diabła nigdy nie będzie w stanie jej pojąć.

Zakłada kosmyk włosów za jej ucho i przesuwa dwoma palcami po jej policzku. Nie ma nawet cienia pomysłu na to co dalej robić. Po dzisiejszym wieczorze nie jest nawet pewien czy w ogóle cokolwiek jest możliwe. Jak ma przekonać do siebie kogoś, kto zamyka przed nim wszystkie drzwi i okna?  Co więcej, kto swoją awersję opiera głównie na kłamstwach jakiegoś chorego imbecyla! Jak ma jej pomóc uporać się z tymi wszystkimi morderstwami lub choćby z perspektywą dalszych, skoro ona tak uparcie broni się przed każdą próbą kontaktu? A jeśli właśnie powinien odpuścić? Jeśli tak właśnie będzie dla niej lepiej?

Pociera palcem wskazującym swoje nieznacznie spierzchnięte wargi. Rozważy to innego dnia. Dziś jest tu. W jej mieszkaniu, skąd najprawdopodobniej wyjdzie dopiero bladym świtem, pilnując, by w razie nagłego przebudzenia nic bardziej głupiego niż zwykle nie strzeliło jej do głowy.

Urywam tu. Mimo, że krótko. Wszystko dlatego, że następny rozdział będzie przełomowy dla tego opowiadania. Pojawi się Alicja. Wszystko wywróci się do góry nogami do tego stopnia, że zarówno Gosia, jak i Robert na krótką chwile odrzucą swoją relację na dalszy plan. I mam nadzieję, że to wszystko nie wyjdzie mi banalnie i że dam radę trzymać Was w napięciu aż do ostatniego rozdziału, do którego zbliżamy się wielkimi krokami.

78. I want your love and I want a revenge. You and me could write a bad romance

Tytuł pochodzi stąd (konkretnie chodzi o wersją tą, czyli 30 Second To Mars, nie Lady Gagi):

Miłość jest jednym z tych fenomenów, które dopuszczają do współistnienia skrajności. Tego właśnie z pełną mocą doświadcza pewien srogo wyglądający brunet i bynajmniej mu się to nie podoba. Siedzi właśnie, cały ponury, w nie bardziej wesołym salonie swojego mieszkania i bębni niecierpliwie palcami w stół. Otacza go półmrok. Pozasuwane okna nie przepuszczają zbyt wiele światła a stłumione dźwięki ulicy równie dobrze mogłyby nie istnieć, nie sprawiłoby mu to różnicy. Jedyne, co dochodzi do jego udręczonej świadomości, to zgrzytanie jego własnych zębów, pod wpływem zbyt mocno zaciśniętej szczęki. Przed oczami pojawia się jej obraz, a wściekłość tylko się powiększa. Ta złość niemal dławi go, utrudniając oddychanie i jakiekolwiek inne czynności życiowe. Gdy tam stał wtedy, patrzył na jej lekceważące spojrzenie i wyzywającą minę. Do diabła najchętniej zabiłby ją gołymi rękami. Najpierw ją, potem siebie. Wielki Robert Pol odwaliłby scenę z szekspirowskiego dramatu. Już sam ten fakt udowadnia, że jest z nim źle.

Wszystko zaczęło się dzisiejszego ranka, gdy odkrył, że panna Ceglarek otrzymała nowe zlecenie. Ta drobna informacja podniosła mu ciśnienie do tego stopnia, że spokojnie mógłby sobie odpuścić kawę do końca roku. Chcąc więc czy nie wsunął broń za pasek, zarzucił na siebie ciemną koszulę i zapiąwszy ją niedbale wyszedł ze swojego mieszkania. A potem ponownie robił z siebie idiotę, chowając się po krzakach w celach obserwacyjnych. Potem niestety było już tylko gorzej.

Zobaczył ją, stojącą, gdzieś w przed jedną z tych restauracji dla bogatych pozerów, w krótkiej, zwiewnej sukience. Nie ulegało wątpliwości, że na kogoś czekała. Tu jednocześnie nasuwało mu się kilka pytań. Dziewczyna przyszła na randkę, czy do pracy? Jeśli to pierwsze, to… Jaka, kurwa, randka?!! I czy powinien od razu zastrzelić tego palanta, który tu zapewne niebawem dotrze, czy jednak odrobinę dać mu jeszcze pocieszyć się śmierdzącym spalinami powietrzem.

Ów on przybywa kilka minut później. Ubrany w niewątpliwie drogi garnitur, ciemny blondyn, około trzydziestki. Pewność siebie w oczach i głupi uśmieszek, który zdradza, że facet stawia się dużo wyżej od reszty marnych, ludzkich istnień. Już samo to wyjaśnia, dlaczego komuś zależy, by nie dożył następnego dnia. Nawet sam Pol przesuwa dłonią po schowanej za koszulą broni, bo ręce świerzbią go niemiłosiernie, by ją wyciągnąć, wycelować i zakończyć to zaczynające się przedstawienie. A to palące pragnienie tylko się powiększa, gdy widzi ją, uśmiechającą się do niego filuternie i jego rękę którą zdecydowanie kładzie zbyt nisko. W co ona się głupia pakuje! Czyżby takie były wytyczne zlecenia? Karski zaczął się bawić w agencję matrymonialną?? – przechodzi mu przez myśl i całkiem zapomina, że sam niejednokrotnie uwodził swoje ofiary przed śmiercią. Ot taki kaprys zleceniodawców.

Robert mruży lekko oczy, widząc jak blondyn szuka czegoś w kieszeniach swojej marynarki i spodni. Paznokcie wbija w wilgotną glebę, widząc, jak nachyla twarz w jej stronę i szepcze coś do ucha. Dziewczyna uśmiecha się do niego tak słodko, że Polowi zbiera się na mdłości.  Podnosi się gwałtownie z klęczek i wolnym krokiem przemieszcza się wzdłuż żywopłotu. Gdy zgodnie z jego założeniami, mężczyzna szybkim krokiem odchodzi, przeskakuje na drugą stronę ulicy. Nim zdąży zareagować łapie ją za łokieć i odciąga w boczną uliczkę. Gosia wyrywa się i piorunuje go wzrokiem.

- Przeszkadzasz mi w zleceniu.

- Teraz tak wyglądają zlecenia?

- Tak, jakbyś ty o tym decydował.

-Skończ tą grę.

Jej zirytowane prychnięcie.

- W nic nie gram. Staram się pracować, to ty ciągle mnie nachodzisz.

- Porozmawiajmy – żąda, ignorując jej wypowiedź.

- Jestem zajęta.

Mężczyzna robi krok w jej stronę. Wyciąga rękę, zaraz jednak ją cofa widząc jej spojrzenie. Widzi napięcie i upór. Lekceważenie. Jakby był natrętną muchą, która nie chce się odczepić.

- Wiesz dobrze, że nie odpuszczę, dopóki nie porozmawiasz ze mną, jak dorosła kobieta.

- Anna! – słychać gdzieś spoza uliczki, na co dziewczyna momentalnie sztywnieje a po jej twarzy błąka się nerwowość.

- Muszę iść – odzywa się i odwraca, chcąc odejść.

Brunet łapie ją za rękę i pociąga lekko w swoją stronę.

- Małgosia – warczy.

Dziewczyna odwraca głowę. Spogląda na jego przystojną twarz. Dwudniowy zarost i te oczy, wbijające się w nią z szaleńczą wręcz determinacją. Na ułamek sekundy ona sama traci głowę, zerka mimowolnie na jego pełne usta i zaraz zaciska powieki.

- Bądź o dwudziestej w Bezsenności. – rzuca.

- Klub? Oszalałaś?!

Jednak jej już nie ma. Zniknęła za rogiem, by stać się Anną u boku wypindrzonego blondasa.

Rzecz jasna obserwuje ją do końca zlecenia, bo przecież nie zostawi jej samej z obcym durniem, który najprawdopodobniej chce zaciągnąć ją do łóżka. I po raz kolejny widzi w jej oczach łzy, gdy odbiera tamtemu życie na jakiejś polnej drodze, w jego samochodzie. I po raz kolejny czuje tak dogłębnie, że znów zawiódł.

Siedzi więc teraz w pomieszczeniu, w którym sam wytworzył sobie mrok. Zerka na zegar, na którym dwa kwadranse temu minęła dziewiętnasta. Podnosi się gwałtownie i przesuwa posępnym wzrokiem po cieniach na ścianie. Poprawia kołnierz w swojej koszuli i zgarnia kluczyki ze stołu.

Z pierwszym krokiem, który wprowadza go do głośnego, zatłoczonego pomieszczenia z przesadnie mrugającymi światłami, ma ochotę odwrócić się na pięcie i wyjść. Od kiedy to dziewiętnastolatka stawia mu warunki? Wtedy dostrzega ją przy barze, uśmiechającą się niewyraźnie do barmana, który stawia przed nią drinka.

Jej wyprostowane, zaczesane do tyłu włosy, sięgają jej połowy pleców. Nagich pleców, ponieważ czarna sukienka, którą ma na sobie, niewiele zasłania. W pewnej chwili, jakby ściągnięta jego myślami, odwraca wolno głowę i mruży oczy. Ma na sobie wyrazisty, drapieżny makijaż, który jest skrajnie inny, jednak w jakiś sposób do niej pasujący. Dziewczyna oblizuje górną wargę a on marszczy brwi, nie wiedząc co to ma znaczyć. Dopiero, gdy podchodzi bliżej, gdy siada na stołku obok, zauważa, że stojący przed nią drink na pewno nie jest pierwszym. Oczy jej się świecą, jak dwie latareczki a uśmieszek jest wręcz cyniczny.

- Przyszedłeś – stwierdza, zwilżając wargi alkoholem.

Basy dudnią dookoła, światła doprowadzają go do szału. Wszędzie kręcą się małolaty. I ona tuż przed nim. Pod wyraźnym wpływem.

- Długo tu jesteś?

- Chwilę. Tej pracy nie da się przetrawić bez procentów. Ciebie zresztą też nie. – ponownie zanurza usta w zawartości kieliszka. – Szymon, nalej temu panu coś dobrego.

Pol ściąga niebezpiecznie brwi. Jest po imieniu z barmanem?! Załatwi go, znienacka, gdy będzie szedł do toalety. Wszystko w nim krzyczy, jednak unosi tylko dłoń, oznajmiając, że podziękuje za alkohol.

- Nie pijesz? Od kiedy?

- Odkąd ty pijesz za dużo.

- Jesteś moim ojcem?

- Ktoś z naszej dwójki musi wykazywać się rozsądkiem.

Na to ona kręci tylko głową i dopija drinka.

- Nie ma już żadnej „naszej dwójki” – dodaje cicho po chwili.

- To niczego nie zmienia – odpowiada, dotykając jej podbródka i odwracając jej twarz ku sobie.

Dziewczyna napina się momentalnie i podnosi ze stołka, jak rażona prądem.

- Zatańcz ze mną.

Mężczyzna nawet w najmniejszym stopniu nie ma na to ochoty, ale wie, co się będzie działo, gdy odmówi. Dziewczynka pójdzie na parkiet i tak i zacznie przyciągać przypadkowych, napalonych gówniarzy. Zmuszony jest wybrać mniejsze zło. Wkracza więc w gibający się tłum ocierających się o siebie krzykaczy i splata jej palce ze swoimi. Skoro chce tańczyć, będą tańczyć. Obraca ją kilkakrotnie wokół własnej osi i kładzie dłonie na jej biodrach. Na moment ich spojrzenia się krzyżują.

-Nie jesteś sama – jednak jego głos niknie w dźwiękach muzyki.

Taniec jest dla niego torturą, jednak ona zdaje się być tego świadoma. Ba! Jest niemal pewien, że wykorzystuje to do nie wiadomo czego. Każdy jej dotyk. Mniej lub bardziej przypadkowe zderzenie z jej ciałem. Spojrzenie, oddech. Do diabła, po kilku piosenkach nie ma pojęcia, jak się nazywa. A ona wraca ciągle do baru, zamawiając kolejne drinki i pieprząc do niego o czymś, o równie dobrze mogłoby być pogodą. On zaś z każdą kolejną sekundą ma coraz większą ochotę złapać ją za ramiona i mocno potrząsnąć.

- Sądzę, że już kilka kieliszków temu miałaś dość. Przypominam, że obiecałaś mi rozmowę dwojga dorosłych ludzi, tymczasem. . .

Dziewczyna kiwa energicznie głową.

- No tak, powiedz to w końcu! – unosi na niego wyzywające spojrzenie. Zagryza wargę. Na jej twarzy złość miesza się z bólem. – Powiedz, że jestem głupią gówniarą. Bo przecież ty jesteś taki dojrzały! Tylko ja głupia coś sobie kiedyś wyobraziłam… – odwraca głowę – Ale już zmądrzałam…

Tego jest dla niego za wiele.

- Chodź ze mną. Proszę – dodaje, widząc upór i zaciśnięte usta.

Dziewczyna płaci za drinki i podąża za mężczyzną, który wyprowadza ją z klubu. Dookoła zapadła już ciemność. Jasne światło latarni ulicznych wskazuje im drogę do samochodu. Gosia raz po raz o coś się potyka i to aż nie do uwierzenia, że z jego strony nie pada najmniejszy komentarz.

Robert wjeżdża w jedną z bocznych uliczek, nieopodal ich bloku. Ten skrawek okolicy, otoczony niedużym lasem o tej porze zazwyczaj jest wyludniony. Zatrzymuje się i gasi silnik. Przesuwa dłońmi po kierownicy i spogląda na nią. Na jej skąpany w półmroku profil, na włosy, lekko zachodzące jej na czoło. Sukienka podwinęła jej się dużo ponad połowę uda i nic nie wskazuje na to, by miała ochotę to poprawić. Wbija w niego wzrok  i dotyka paznokciem dolnej wargi.

- Po co mnie tu przywiozłeś? – pyta a jej głos zdecydowanie traci na sile i pewności.

On działa pod wpływem impulsu, jak zresztą coraz częściej przy niej.
Odpina pas.  Chwyta ją za kark i przyciąga silnym ruchem do siebie. Wpija się stęsknionymi wargami w jej usta. Aż z jej gardła wydziera się cichy jęk. Nie odpycha go jednak, zamroczona falą powracających uczuć, które przecież nigdy  nie odeszły. Opiera dłoń na jego torsie i rozchyla chętnie usta, pozwalając wkraść się w nie jego językowi. Tak bardzo tego pragnęła, tak bardzo czekała. Tak bardzo tęskniła, tak bardzo potrzebowała. A czy on?

Mięśnie z każdym ułamkiem sekundy bardziej się napinają, a jedna z rąk szuka po omacku, haczyka otwierającego drzwi. Wypada jak poparzona z samochodu i niemal się potykając chce rzucić się do ucieczki, ale on już jest przy niej, silnie ściskając jej nadgarstek i patrząc  na nią z taką mocą spojrzenia, że dosłownie wbija ją w ziemię. Pociąga ją w swoją stronę i odgarnia zagubiony kosmyk, zakrywający prawe oko.

- Kocham cię, idiotko.  - krótka pauza. Jego wzrok rejestrujący pojawiającą się drobną zmarszczkę na jej czole. –  I porozmawiamy, czy ci się to podoba, czy nie. Masz mi wyjaśnić, co ty właściwie wyprawiasz.

77. ‚Cause I’m broken when I’m lonesome, and I don’t feel right when you’re gone away

Tytuł pochodzi stąd:

To nie tak, że postanowił odpuścić. Choć niejednokrotnie taka myśl przetaczała się przez autostradę jego wizji na przyszłość. Odciąć się od niej, skoro właśnie tego chciała. Jednak był zbyt dużym egoistą. A w tym egoizmie wyraźnie zaznaczały się elementy masochizmu dając w efekcie jego jakże żałosną w tym okresie osobę, stojącą nieopodal miejsc jej pobytu. I tak, zapewne można to nazwać śledzeniem i tak, zapewne można go nazwać psychopatą, ale przecież to nic nowego, więc niewiele sobie z tego robił. Gdy chciał, potrafił być niewidzialny, więc nawet nie zdawała sobie sprawy z jego obecności. A on tylko wtapiał się w otoczenie i patrzył, sunąc wzrokiem po każdej części jej ciała, przyłapując ją czasem na rozglądaniu się dookoła. Jakby doskonale wyczuwała jego palące spojrzenie.

Wielokrotnie chciał podejść. Zapukać do jej drzwi. Złapać za rękę, gdy szła mokrym chodnikiem, w deszczu. Zadzwonić, napisać wiadomość, których formuł miał w głowie nieskończoną ilość. Jednak żadna nie wystarczająco dobra. Żadna nie mająca tyle sensu, by można ją było wysłać. Choć może po prostu był tchórzem?

Przez dwadzieścia lat pracy w organizacji robił rzeczy, które niejednego przyprawiłyby o gęsią skórkę i grymas obrzydzenia. Zabijał, torturował i ostatnie, co można by o nim powiedzieć, to, że czegoś się bał. Przemierzając Polskę, a czasem nawet inne państwa, swoim wychuchanym, cholernie drogim wozem, mając broń wciśniętą za pasek spodni nie bał się niczego. Nieustraszony pod wpływem doświadczeń i odrobinę głupoty. A może właśnie zwłaszcza głupoty. Niemniej jednak strach był mu obcy. Widział go jedynie w oczach swoich ofiar. Gdy z przerażeniem błagali go o litość. Gdy on tylko śmiejąc się, dziurawił im ciała.

Teraz jednak jest przerażony a im bardziej intensywne jest to uczucie, tym bardziej ma ochotę przystawić sobie lufę do skroni. Czuje strach na samą myśl przed stanięciem z tą kruchą i zagubioną istotą twarzą w twarz. Boi się, że znów go odrzuci i że po raz kolejny zobaczy ten zawód, graniczący z odrazą w jej brązowych oczach.

Bazuje więc na obserwacji. Dzień po dniu. Robiąc sobie raz przerwę na pracę, którą ma ochotę rzucić w cholerę. Tylko, że przecież nie może. Pomyśleć, że ludzie narzekają na pracodawców, którzy źle płacą, lub krzyczą za dużo. Jego pracodawca za każdy błąd jest w stanie go wypatroszyć i powiesić, przed bramą wjazdową na przestrogę innym. Tylko, że przecież to nie to samo i być może nawet nie należy tego porównywać. On nie pracuje na kasie ani przy biurku w jakiejś cholernej zarabiającej miliony firmie, która za nic ma swoich pracowników. On zabija.

I zapewne ta niczego nie wnosząca obserwacja mogłaby trwać w nieskończoność, gdyby nie tamten dzień. Śledził ją już od momentu, w którym wyszła z domu. Widział, jak kieruje się w okolice centrum. Widział, jak odnajduje potężnych rozmiarów, przeszklony biurowiec i zajmuje miejsce na marmurowym, niewysokim murku. Czuł jej niepewność i strach, czuł to zagubienie. Widział, jak walczy ze sobą, by utrzymać pionową postawę, jak czasem, nieznacznie garbi się pokazując przy tym, że najchętniej uciekłaby stamtąd i zaszyła się w jakiejś ciemnej dziurze. A przecież do cholery, on może jej pomóc. Co prawda nie wymaże tego, co miało miejsce, ale jest w stanie wskazać jej drogę, pokazać jak zamienić ból w determinację, bez zatracania siebie. Bez tego destrukcyjnego etapu, przez który sam przechodził.

Gdy wsiada do nieprzypadkowego tramwaju i znika mu z oczu, klnie pod nosem i łapie taksówkę. Nie tłumaczy zbyt wiele kierowcy, co zapewne niesamowicie go denerwuje. Wskazuje tylko kierunki, czasem w ostatniej chwili, czym naraża się na rzucane pod nosem uwagi.

- Nie może pan po prostu podać mi adresu?! – nie wytrzymuje w końcu, gdy po raz drugi z ledwością wyrabia na zakręcie.

- Gdyby istniała taka możliwość z pewnością tak by się stało. Stop!

Samochód zatrzymuje się z piskiem opon kilkanaście metrów za przystankiem tramwajowym, na którym sekundę temu wysiadła ona. Płaci kierowcy, najpewniej więcej niż to konieczne i nie zawracając sobie nawet głowy zbędnym „żegnam”, wypada z pojazdu i podąża drogą, którą ona szła.

Restauracja nosi nazwę „Appetita”. Nieduży lokal, w którym już z ulicy rzucają się w oczy bordowe zasłonki w dużych oknach. Robert Pol przechodzi na drugą stronę jezdni. Wtapia się w tłum gimnazjalistów, którzy wraz ze swoimi nauczycielami czekają na najbliższy autobus. Mimo odległości dostrzega jej drobną postać, siedzącą przy oknie. Nie widzi jej wyrazu twarzy, ale to nie potrzebne. Doskonale wie, co może dziać się w jej umyśle i do diabła to sprawia, że w żyłach krew mu wrze.

Nie zabił Aleksa, nie mógł tego zrobić, ale przysięga na wszystko, że któregoś, spokojniejszego dnia, znajdzie skurwysyna i zabije. I bynajmniej nie będzie to szybka i humanitarna śmierć.

Gdy w pewnym momencie widzi ją wychodzącą z budynku czuje uderzającą w siebie falę chłodu. Kusi go, żeby się wtrącić, żeby wyrwać jej broń z dłoni. Związać nawet, jeśli to konieczne i zawlec do domu, zmuszając do tego, by go wysłuchała. I prawdopodobnie zrobiłby tak, bo to najprostsze rozwiązanie. Zrobiłby tak, gdyby organizacja nie kontrolowała ich każdego kroku i gdyby taki czyn nie rzucał groźby śmierci na jej osobę. Zrobiłby tak, gdyby jej nie znał i nie wiedział, jak bardzo jest nieobliczalna. Do diabła, prędzej uciekłaby mu przez okno niż pozwoliła się w tej sytuacji zmusić do rozmowy. Pomyśleć, że jeszcze niespełna rok temu drżała na dźwięk tonu jego głosu a jej oczy uciekały, byle tylko nie skrzyżować z nim spojrzenia. Przeczesuje dłonią po włosach i wdycha ciężko. Rusza za nią.

Dociera, gdy ona właśnie znika za niedużym oknem, gdzieś w okolicach pierwszego piętra. Staje nieopodal i opiera się biodrem o mur. Wszystko w nim aż kipi z wściekłości, bo doskonale wie, co ona właśnie teraz robi. A jeszcze bardziej nakręca go fakt, że ma do niego pretensje o zabijanie tamtych ludzi. A przecież, do cholery właśnie sama zaczęła zabijać! On chociaż chciał ją chronić, ona…

Mężczyzna kręci głową. Nie jest psychologiem. Nigdy nie szła mu dobrze analiza ludzkich wnętrz… może właśnie dlatego, że nigdy się żadnej nie podejmował. Stoi więc teraz z założonymi rękami, z oczami ciskającymi gromy, zgrzyta zębami i czuje, że za moment puszczą mu nerwy i wlezie tam za nią.

I to jest właśnie to. Ten dzień i ten moment. To spojrzenie. Jej oczy pełne łez i broń, którą chowa za pasek spodni. Jej ucieczka. Przed nim. Patrzy przez chwilę jak odchodzi, a raczej odbiega a w głowie niemal dźwięczy mu jej szloch, co jest przecież niemożliwe, bo jest już za daleko.

Rusza za nią. Nagle mało go obchodzi jej reakcja. Tak właściwie to nie ma pojęcia czego się spodziewał. Gani się w duchu i wyzywa od skończonych kretynów. Postanowiła działać na własną rękę. Nie mając tak naprawdę pojęcia, co robić. Może już dawno powinien wcielić w życie ten pierwszy plan i po prostu zamknąć w jakimś miejscu, z którego ucieczka nie byłaby możliwa. Tak na kilka dni, by oprzytomniała. I tu już nawet nie chodziło o sam fakt odbierania życia, na który przecież ona nie jest gotowa i do diabła nigdy nie będzie. Chodzi o motywy, które nią kierują i o uczucia, które nią wypełniają.

Dlatego też zanim dziewczyna wychodzi na główną ulicę, dogania ją i łapie na nadgarstek. Gdy opuszki jego palców łączą się z jej delikatną skórą, gdy zaczyna wyczuwać równomierne pulsowanie na jednej z żył, czas jakby zwalnia. Gosia odwraca się gwałtownie i spogląda na niego a w jej oczach prze ułamek sekundy widać ból i panikę, a także coś, co mógłby nazwać miłością, gdyby tylko się nad tym zastanowił. Jednak oczywiście tego nie zrobił.

- Zostaw mnie!

- Co ty odstawiasz?! – syczy do niej, nie zamierzając nawet zluzować uścisku na jej ręce, którą stara się wyrwać. – To dziecinna próba odegrania się na mnie?!

- Taka jestem. – mamrocze, spoglądając na swój nadgarstek i jego zaciśnięte na nim palce. – Zostaw mnie… – dodaje już słabiej, nie mając odwagi unieść bardziej wzroku. Wie, że wtedy wszystko przepadnie. Cały jej upór, postanowienia.

- Pieprzenie.

Jego uścisk staje się słabszy. Wykorzystuje to i wyrywa się, przyjmując gotową do ataku pozę.

- Może w ogóle mnie nie znasz?

- Jakże dramatyczne. – parska. Ma już dość jej gierek i tych autodestrukcyjnych bredni, które opowiada.  – Nie rób z siebie męczennicy. Przyjmij pomoc, którą ci oferuję!

- Od ciebie? – wbrew sobie podnosi na niego wzrok. Doskonale wie, że najchętniej rozerwałby ją teraz na strzępy. Widzi to w jego oczach. Widzi tą bezsilną złość. Ale nie obchodzi jej to. Do oczu znów napływają jej łzy, oddech staje się szybszy i jakby lekko urywany. Ją samą ogarnia wściekłość i nagle ma ochotę tylko sprawić mu ból. By odszedł od niej raz na zawsze, by poczuł się tak, jak ona przez niego. – Tak, faktycznie, jesteś wzorem do naśladowania. Ale trochę za późno, bo mordercą już się stałam, a niczego innego nie możesz mnie nauczyć.

Mężczyzna robi kilka szybkich kroków w jej kierunku, ale ona od niego odskakuje. Brunet wydaje z siebie podobny do jęku i warczenia dźwięk. Zaciska dłonie w pięści.

- Możesz oszukiwać kogo chcesz, ale w moim przypadku sobie daruj! – cedzi, przez zęby. – Okłamałem cię, ale kurwa pojmij, kretynko, że nie cofnę się przed niczym, by ocalić ci życie.

- Tak, zwłaszcza gdy Aleks prawie mnie zgwałcił w twoim mieszkaniu!

Cisza.

Zapada krótka, gęsta cisza, która potwierdza jej, że tym razem trafiła. Przelotnie spogląda na jego spuszczona głowę. I cieszy się, że nie widzi jego spojrzenia. Nie chce po raz kolejny rozpaść się na kawałki. Kiwa głową, zagryzając wargę, by powstrzymać łzy.

- Zostaw mnie, Robert. Nie chcę… – oddech – …nie chcę cię w moim życiu. – kończy i wymija go, odchodząc szybkim krokiem.

Tym razem nie podąża za nią. Stoi dalej w miejscu, jakby ktoś przykuł go żelaznymi kajdanami, uniemożliwiającymi ruch. Tłamsi te najbardziej negatywne emocje, pozwalając dość do głosu tylko jednej myśli. ” Jak ma do niej dotrzeć?”