73. Sanctus Espiritus! Redeem us from our solemn hour! Sanctus Espiritus! Insanity is all around us!

Tytuł pochodzi stąd:

 

Robert wyjeżdża bladym świtem. Jednak ona już nie śpi. Nie jest w stanie, mimo, iż przez całą noc niemal nie zmrużyła oka. Podziela jego obawy, które on stara się przed nią ukrywać. Ta sytuacja zdecydowanie nie należy do szablonowych. Pobyt w Berlinie nie powinien zająć mu dużo czasu, ale przecież czasem nawet kwadrans może okazać się wystarczający. Wysłuchuje ostatnich rad, wypowiedzianych warczeniem, przez które przebija się niepokój. Kiwa głową, czując pod powiekami gromadzące się łzy. Dlaczego czuje się tak, jakby żegnała się na zawsze? To tylko kilka głupich dni! Nagle czuje jego cieple ramię z siłą przyciągające ją do siebie. Przyciska głowę do tej ciepłej, pachnącej męskimi perfumami piersi. On ukrywa nos w jej włosach, zaciskając przy tym mięśnie szczęki.

- Chcę wiedzieć o wszystkim. Nawet o pieprzonym psie sąsiadów spacerującym inną ścieżką niż zwykle.

- Uważaj na siebie.

Z jego gardła wyrywa się krótki mało przyjemny podobny do śmiechu dźwięk.

- Nie o mnie powinnaś się bać.

I tak naprawdę ma ochotę zbiec za nim. Nie zważać na niebezpieczeństwo i powinności. Schować się choćby w ciasnym bagażniku jego sportowego samochodu. Patrzy jednak tylko, jak z wyraźną nerwowością zbiega po schodach. Patrzy, nawet, gdy jego już od kilku minut go tam nie ma. Zamyka powolnym ruchem drzwi. Przekręca zamek. Odwraca się do nich tyłem i rozgląda przez chwilę po wnętrzu swojego korytarza. Z niepokojem, jak gdyby coś zaraz miało wyskoczyć zza rogu. I własnie, gdy już ma wykonać jakikolwiek ruch, czuje w kieszeni wibrowanie telefonu. Czyżby Robert?

Wyciąga urządzenie, a otrzymana wiadomość sprawia, że osuwa się po drzwiach, przysiadając na podłodze.

Zlecenie.

Zabójstwo.

Jest sama, bez planu i możliwości. Ma zabić. Jutro z samego rana. I to imię, które echem niesie się po ściankach jej umysłu. Aleks.

W pierwszym odruchu chce wybrać numer Pola, opowiedzieć mu o wszystkim, prosić, żeby wracał. Jednak jeśli Robert nie wykona zlecenia czekać go będzie surowa kara, może nawet śmierć. A na to nie może pozwolić.

Zerka więc jeszcze raz w stronę telefonu, przesuwa wzrokiem po słowach, literach w wiadomości. Walczy z paniką, która chce przejąć nad nią kontrolę, a którą wywołuje nawet myśl o tym brunecie z pewnym siebie uśmiechem. Jak ma z tego wybrnąć?

Tej nocy znów nie może spać. Mimo iż powieki kleją jej się niemiłosiernie a zmęczenie staje się wręcz namacalne. Gdzieś w tle tli się jej naiwny promyk nadziei, że może to on wykona ten ostateczny ruch, skoro ma z nią pracować. Doskonale jednak zdaje sobie sprawę, że prawdopodobieństwo ziszczenia się tej nadziei jest niemalże równe zeru. Nie po tym, co sama już zobaczyła. Nie, gdy wie, że organizacji zależy, żeby zrobić z niej seryjnego zabójcę z prawdziwego zdarzenia. A gdyby tak, wziąć ze sobą naszpikowany środkiem nasennym pistolet? Ale przecież Aleks na pewno nie jest głupi, zorientuje się.

Trzęsącymi się dłońmi podnosi do ust kubek z kawą i upija nieduży łyk. Pozostaje jej pójście tam bez żadnego zarysu planu. Z perspektywą, że być może będzie dziś musiała zabić człowieka. Może dziś to również będzie typ spod ciemnej gwiazdy. Tak, owszem, morderstwo jest morderstwem, ale jeśli już będzie musiało do niego dojść, to czy nie lepiej, by zginął, ktoś kto właściwie na to zasługuje?

Miesza jej się w głowie. Instynkt przetrwania podsuwa jej usprawiedliwiające argumenty, wypełniając jej serce fałszywym poczuciem siły. Raz po raz spogląda na wiszący na ścianie okrągły zegarek. Powinna lada chwila wyjść z domu.

Przemierza wąski, nierówny chodnik z myślą, że powinno jej być wszystko jedno. W końcu i tak niebawem zginie, bo Robert Pol na pewno ją zabije, że go nie poinformowała. Przemierza ów chodnik, bynajmniej nie czując się spokojniejsza. Rosnące zdenerwowanie sprawia, że niemal czuje drżenie w każdej części swojego ciała.

A jeśli tak naprawdę nie ma żadnego zlecenia, a to wszystko jest tylko po to, żeby ją zabić? A ona głupia idzie prosto pod lufę pistoletu. Rozgląda się na boki, dostrzega pojedyncze osoby, które w pośpiechu podążają za tylko sobie znaną ścieżką. Grupa ludzi stoi na przystanku po drugiej stronie ulicy, gdzieś niedaleko szczeka pies. Każdy ma swoje życie. Swoje ważne sprawy. Nie zdają sobie sprawy, że zaraz, za niedługą chwilę zginie człowiek. I już nawet nie ważne czy ona czy ktoś inny. Poleje się krew. Być może nawet kogoś całkiem niewinnego, być może nawet ona pociągnie za spust.

A jednak mimo to idzie wzdłuż tego chodniczka, którego wykonanie woła o pomstę do nieba. Wie, ze musi. Jeśli nie chce zginąć, jeśli nie chce, by zginął ktokolwiek, kogo kocha. I zapewne jest to niesamowicie egoistyczne, bo przecież osoba, na którą dostali zlecenie też ma jakiś bliskich, którzy będą się martwić, gdy nie wróci o określonej porze do domu, a potem wylewać morza łez, gdy brutalna prawda dotrze do ich świadomości. Jednak tak już jest skonstruowana ludzka natura, że najpierw martwimy się o siebie potem o innych. A często nawet troszcząc się o innych, też troszczymy o siebie. I nie ma w tym nic gorszącego. To instynkt przetrwania. Cichy głos w głowie, który nakazuje walczyć o własne życie do ostatniej sekundy, czasem wbrew wszystkiemu.

Dostrzega go już z daleka. Jak stoi w nonszalanckiej pozie, oparty o ścianę jakiegoś obskurnego, nieużywanego budynku. Przechodzi ją dreszcz niechęci i paniki. Ma ochotę obrócić się na pięcie i odbiec jak najdalej od tego miejsca, tego mężczyzny. Zatrzymuje się i stara unormować oddech. Kolejny dreszcz przebiega przez jej ciało, gdy widzi jak jego głowa obraca się w jej stronę. Dostrzegł ją. Panika coraz ciaśniej zaciska swoje łapy na jej gardle. Stoi, jak wmurowana w podłoże, patrząc biernie jak jej dzisiejszy partner odpycha się od ściany i wolnym krokiem, wciąż trzymając dłonie wsunięte do kieszeni, zbliża się do niej. Krok za krokiem. Jej oddech za oddechem. Palce nerwowo skubiące materiał spodni. Weź się w garść, weź się w garść!

- Niecodzienne połączenie – staje tuż przed nią i odsłania nieznacznie rząd swoich białych zębów, w czymś co zapewne można by nazwać uśmiechem. – Może w końcu zobaczę tej twój niesamowity potencjał, o którym wszyscy mówią.

Ręka świerzbi ją, by się unieść i wymierzyć mu siarczysty policzek. Jednak nie może, stoi wiec, zadzierając lekko podbródek do góry.

- Może. – byleby tylko nie zdradzić się drżeniem głosu. – Kto jest ofiarą?

- Taki tam, kanalia.

- To znaczy?

Kolejny uśmiech, przesunięcie palcem po zaroście w okolicach ust.

- Facet zdradzał i znęcał się psychicznie nad żoną. Teraz, gdy ona trafiła do szpitala, jej matka postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Czyli kolejny odcinek z cyklu ” Oczyszczamy świat z popaprańców”

Dziewczyna marszczy brwi.

- Tak ją pobił, że trafiła do szpitala?

Mężczyzna śmieje się krótko.

- Pol nie wspominał, że zdolnością dedukcji nie grzeszysz. – przekrzywia odrobinę głowę na bok. Przygląda jej się z uwagą, która ją zdecydowanie peszy. – Onieśmielam cię?

Dziewczyna przez chwilę rozważa odpowiedź.

- Nie nazwałabym tego tak.

Aleks wywraca oczami.

- Pomijając wszystko inne, jedziemy na tym samym wózku. Działamy dla tej samej sprawy. A dziś.. – szelmowski uśmiech i ten błysk w oku, którym mruga do niej po chwili – ..dziś będzie miała miejsce twoja uroczysta godzina.

Coś w tonie jego głosu sprawia, że zapala jej się czerwona ostrzegawcza lampka.

- Co takiego?

- Zobaczysz, gwarantuje niezapomniane wrażenia.

Odwraca się i kieruje w lewo, wzdłuż bocznej drogi, otoczonej po obu stornach, rozłożystymi drzewami. Niczym bajkowa aleja, rodem z przerobionych w Photoshopie zdjęć. Kiwa na nią ręką, nakazując, by szła za nim.

Następne minuty, a może nawet godziny, nie jest w stanie stwierdzić tego jednoznacznie, przemykają przez jej świadomość, jak cienie, których nie dostrzega. Czuje się, jak w letargu, zawieszona, między rzeczywistością, a szaleństwem. Migawkowe elementy wydarzeń docierają do niej w zwolnionym tempie. Aleks wraz ze swoim złowrogim uśmiechem. Wąska ścieżka prowadząca ich do gęstego lasu. Samochód, który stoi na uboczu i dwoje ludzi w nim, którzy oddają się cielesnym uciechom przy skocznych rytmach Modern Talking. Ofiara i jego kochanka. A jego żona, pobita przez niego, leży w szpitalu.

Aleks za włosy wyciągający blondynę z dużymi piersiami z samochodu. Jej krzyk, wyklinanie ofiary. Brunet wyciąga pistolet i nie mrugając nawet przy tym okiem, przystawia jej pistolet do skroni i strzela. Mężczyzna chce uciec, Aleks jednym ciosem powala go na ziemię. Unosi na nią triumfujący wzrok.

- Zabij go.

Drżące ręce wyciągają pistolet z kieszeni lekkiej kurtki. Palcami obu dłoni obejmuje rękojeść. Zaciska zęby na dolnej wardze. Skupia rozbiegany wzrok na nagim mężczyźnie, który błaga ją o litość. Jego słowa, jakby do niej nie docierają. Z wnętrza samochodu wciąż wydobywa się rytmiczne „Sheri, sheri Lady”. Doprowadzający go niemal do obłędu wzrok ofiary. Ponaglający krzyk Aleksa. Jej palec gładzący spust. Wdech. Wydech.

Wdech.

Strzał.

Wydech.

Mężczyzna osuwa się na ziemię. Jego ciałem wstrząsają torsje agonii. Pistolet wypada jej z rąk. Spogląda na swoje dłonie, jakby widziała na niej szkarłat krwi. W tej jednej chwili nic się nie liczy. Czas zdaje się nie istnieć. Tylko ona, jej dłonie, jej wina. Jej brzemię.

- Pierwszy raz jest najgorszy, potem będzie lepiej. – jego głos choć tak blisko, zdaje się dochodzić z daleka. Wolnym, mało przytomnym ruchem przenosi wzrok do góry, na jego twarz. Stoi tuż obok. Patrzy na nią poważnie. Z jakby dozą współczucia. A może tylko jej się wydaje? Może już oszalała?

- To nie…

- Dobrze wiem, jaka jest prawda.

Zakłada na ręce rękawiczki. Wyciąga z wewnętrznej kieszeni swojej kurtki butelkę alkoholu. Pakuje ciała z powrotem do pojazdu. Polewa je wódką. Rzuca naczynie niedbale do środka. Wyciąga następną, rozlewa po wnętrzu, po masce, dachu. Wyciąga zapalniczkę. Zapala, rzuca przez uchyloną szybę. Samochód zajmuje się ogniem.

Dziewczyna ciągle stoi w tym samym miejscu, nie będąc w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Po głowie kołaczą jej się jego słowa. Przecież to niemożliwe. Niemożliwe.

- Nie wiem, czy wiesz, ale miałam już podobne zlecenia. – wydobywa się z jej ściśniętego gardła.

Aleks spogląda na nią, unosząc jedną z brwi do góry.

- Masz na myśli tych ludzi, którzy kilka kilometrów dalej budzili się, jakby nigdy nic?

Jej usta same się otwierają. W oczach gromadzą się łzy. Więc wszystko przepadło. Skoro on wie, wiedzą wszyscy, a w tym i Karski. Więc jej życie to tylko kwestia minut..może godzin. A jeśli Robert już… potrząsa głową. Cyjanek… gdzieś powinna mieć tą przeklętą ampułkę!

- Zwijamy się stąd! – rzuca do niej i szybkim krokiem wycofuje się do wnętrza gęstego lasu.

Dziewczyna podąża za nim. Zdenerwowanie tak bardzo daje jej się we znaki, że zaczyna odczuwać mdłości.

- W takim razie dlaczego jeszcze żyję?

Aleks przystaje. Uśmiecha się wymownie.

- Ponieważ tylko ja o tym wiem. Jeszcze… Ale o tym porozmawiamy u ciebie w mieszkaniu. I to.. – unosi do góry jej broń, która nie wiadomo kiedy znalazła się w jego posiadaniu. – …chyba będzie bezpieczniej jeśli póki co zostanie u mnie.

Kilka metrów dalej stoi zaparkowane jego ciemnogranatowy samochód. Zmusza ją do wejścia do niego, do zapięcia pasa. Nie pyta o adres, co z kolei jej nie dziwi. Skoro wie o ich tajemnicy na pewno wiedział o wiele więcej.

Dziewczyna nie odzywa się. Patrzy tępo przed siebie, starając się racjonalnie ocenić szanse przeżycia. Jeśli w ogóle w obecnej sytuacji stać ją na jakikolwiek racjonalizm. Jest bezbronna, zdana na łaskę szaleńca i mordercy.

Morderca.

Od dziś sama nim się stała.

Od dziś nic wszystko się zmieni, nic nie będzie mogło być takie, jak przedtem.

O ile przeżyje do końca dnia. Do końca tej godziny.

Zatrzymują się na parkingu, przy jej bloku.

- Wysiadaj.

Dziewczyna posłusznie wykonuje polecenie. Bez protestów kieruje się po schodach na górę. Trzęsącymi się dłońmi otwiera zamek w drzwiach. Drzwiach, należących do mieszkania Roberta, nie jej. Może to ten cień obłąkanej nadziei, że mężczyzna będzie w środku? Ciężko stwierdzić, co nią kieruje. Jej myśli są rozbiegane i chaotyczne. Być może w ogóle nie należy się doszukiwać w nich żadnej logiki. Niemniej jednak wybiera właśnie jego mieszkanie. Wchodzi do środka. Aleks zamyka drzwi i zaplata ręce na piersi. Patrzy na nią w sposób nieprzenikniony. Dziewczyna stara się wyczytać jakiekolwiek emocje z jego twarzy, oczu. Nadaremne.

- Przyglądałem się wam od jakiegoś czasu i nie powiem… nawet mi w jakiś sposób zaimponował fakt, że chciało wam się bawić w te zabójstwa na dwie raty?

-Dwie raty?

- Ohh, już nie udawajmy. Jesteśmy dorośli, porozmawiajmy szczerze.

Jego krok w jest stronę, jej do tyłu. Potem następny, dziewczyna czuje za plecami ścianę.

- Choć może faktycznie coś w tym jest? – stuka palcem o brodę, udając, że się intensywnie zastanawia. – Może naprawdę nie wiesz, co?

Dziewczyna marszczy czoło, nie mając pojęcia o czym on mówi. Jednocześnie niemal wciska się w twardą ścianą za sobą, gdy Aleks niemal styka się swoim ciałem z jej. Jego ciemne, zmrużone czy, świdrują ją, paraliżując.

- Twój kochanek.. – pauza i prychnięcie. – Mnie nie oszukacie. Dobrze wiem, ze bzykacie się po kątach.  Ale ja tam nikomu nie zaglądam pod kołdrę – unosi dłonie do góry – Wydaje mi się jednak, że powinnaś wiedzieć, że te wszystkie osoby zostały przez niego zabite.

Kolejna fala słabości zalewa ją w całości. Robi jej się mglisto przed oczami.

- Kłamiesz.

- Bynajmniej. Widzisz, Robert Pol to manipulant i oszust. Jak my wszyscy. Z tym, że on jest z nas najlepszy. Od samego początku cię oszukiwał. Naprawdę uważasz, że ktoś jego pokroju zawracałby sobie głowę głupią małolatą? Nigdy cię to nie zastanawiało?

- Przestań, nie wierzę ci..

- Wierzysz.. tylko boisz się spojrzeć prawdzie w oczy. Jesteś ważna dla organizacji, może po prostu chciał mieć nad tobą kontrolę? Ale ty się zakochałaś… jak głupia nastolatka… – przesuwa palcem po jej policzku, a ona zaciska powieki, czując obrzydzenie.

Czy to prawda? Czy to może być prawda? Zabijał tych ludzi.. każdego z osobna, pozwalając jej wierzyć, że robi coś wielkiego. To by wyjaśniało to specyficzne przygnębienie, to zbywanie tematu, niewytłumaczalną irytację. Manipulant. Oszust. Była zabawką? Cały ten czas?

- Jednak jak mówiłem wcześniej, póki co, tylko jak o tym wiem. A sądzę, że każda następna wtajemniczona osoba, zbliżać będzie cię do grobu, więc radzę poważnie rozważyć moją propozycję.

- Propozycję? – pyta cicho, nie zwracając nawet uwagi, na pojedyncze łzy, które wolno suną po jej policzkach.

Aleks przyciska ją do ściany i zakrywa jej usta swoimi. Dziewczyna wyrywa mu się. Jest niemal przy drzwiach, ale on chwyta ją za nadgarstek i pociąga do siebie, tak, że omal się nie przewraca.

- Wolisz śmierć niż chwilę przyjemności?

Ostatkiem woli, a może właśnie pod wpływem tego całego szaleństwa, unosi głowę i spluwa mu w twarz. To go rozwściecza. Popycha drzwi do sypialni i wlecze ją za sobą. Nie ma z nim szans. Jest silniejszy.

Zamyka za sobą. Rzuca ją na łóżko. Unieruchamia jej ręce, kolanem rozsuwa nogi, przygniata ją własnym ciałem, zrywając z niej kolejne warstwy ubrań. Dziewczyna nie ośmiela się krzyczeć. Każda osoba, która przybiegłaby jej na pomoc mogłaby być od razu zaliczona w poczet martwych. Łka więc w ciszy, nie przestając walczyć. Jednak każda sekunda przynosi kolejną porażkę. Gdy jego dłoń dotyka jej nagich piersi, czuje obrzydzenie zarówno do niego, jak i do siebie. Nie wie kiedy dał radę rozpiąć spodnie, czuje tylko na udach jego ciepłego, wilgotnego członka i jest niemal pewna, że za moment zwymiotuje. Chce umrzeć. Zakończyć to, umrzeć!

W tym właśnie momencie drzwi otwierają się z hukiem. Staje w nich Robert Pol, na którego obliczu maluje się zimna furia.

 

 

72. Close your eyes and you will find the way out of the dark.

Tytuł pochodzi stąd:

 

- To będzie, jak odebranie dziecku lizaka – komentuje Robert Pol, skręcając w boczna uliczkę.

- Ale po co zabijać kogoś, kto i tak stroni od ludzi? – chce dowiedzieć się, próbująca nadążyć za nim dziewczyna. Jedną ręka stara się rozpiąć zamek ciemnej, skórzanej kurtki, gdyż zrobiło jej się gorąco.

Słońce tego dnia grzeje wyjątkowo mocno, niebo nie pokrywa ani jeden maleńki obłoczek.

- Robert? – marszczy brwi, gdy mężczyzna przez dłuższą chwilę nie odpowiada.

W końcu zatrzymuje się tak gwałtownie, że ona niemal na niego wpada.

- Sądzę, że powinnaś o czymś wiedzieć. – patrzy na nią poważnie, wręcz z lekkim przygnębieniem. – Ten człowiek został skazany na śmierć przez swoją dawna ofiarę.

Dziewczyna próbuje marszczy nos, nie mając pojęcia o co mu chodzi.

- To kim on jest? I skąd masz takie informacje, przecież nigdy nie mamy dokładnych danych o …tych ludziach.

- Karski najwyraźniej chce, żebyś wiedziała.

- Po co?

Mężczyzna wydaje z siebie niezidentyfikowany dźwięk i ponownie rusza przed siebie.

- Żeby podsycić w tobie chęć zabijania – mówi tak cicho, że z ledwością jest w stanie go usłyszeć.

- Nadal nie rozumiem.

- Jakoś wcale mnie to nie dziwi – warczy i zaraz potem wzdycha. Przesuwa dłonią po twarzy. – To pedofil. Zleceniodawca, to jego ofiara. Wykorzystywał ja seksualnie, gdy była dzieckiem. Problem w tym, że zajęła się sprawą dopiero po latach, a teraz nikt mu nic nie może udowodnić. Ona zaś jest pewna, że facet ma na celowniku kolejne dziecko.

- Skąd może to wiedzieć, skoro policja niczego nie zauważyła?

Mężczyzna unosi brew do góry i śmieje się krótko, ponuro.

- Policja czasem nie widzi tego, co podtyka jej się pod nos. I oczywiście, mogę delikatnie mijać się z prawdą, ale jeśli kobieta zleca zabójstwo i wydaje na to całą masę pieniędzy, twierdząc, że była napastowana. Sądzę, że coś może być na rzeczy.

Następne kilka kroków i zatrzymuje się, kucając w krzakach. Odwraca się do niej i patrzy na nią, mrużąc oczy.

- O co chodzi?

- Jesteś pewien, że on… że..

- Że jest chorym skurwysynem? – kiwa głową wolnym ruchem – Tak.

Zapada chwila niezręcznej ciszy. A przynajmniej dla niej niezręcznej. On zdaje sobie nic z tego nie robić, ze skupieniem przyglądając się niedużemu,ale zdecydowanie nie należącemu do biednej osoby domowi. Patrzy na postać wychodzącą z domu i sprzątającą rozrzucone po trawniku narzędzia. To on. Nie potrzeba tego stwierdzać głośno, oboje to wiedzą.

- Nie ratujmy go. – cichy, acz zdecydowany szept rozlega się niemal tuż przy jego uchu.

Mężczyzna przymyka na moment oczy. Powinien się cieszyć, w końcu ominie go teatr, który odstawiał po każdym zleceniu. Jednak zawsze jest jakieś ciche „ale”/

- Dziś ja to zrobię. – oznajmia, nie racząc jej spojrzeniem.

Ona chwyta zębami dolną wargę i kiwa tylko głową. Jednocześnie zastanawia się, czy w tym przypadku dałaby radę zrobić to sama. Nawet jeśli wiedziałaby, ze jej broń wypełniona jest prawdziwymi kulami, a nie środkiem nasennym. Czy byłaby w stanie pociągnąć za ten piekielny spust mając przed oczami małą bezbronną, wystraszoną dziewczynkę i jego brudne, spocone wyciągnięte w jej kierunku łapska?

- Nie będziemy się bawić w podchody – jego głos wyrywa ją z zamyślenia. – Wchodzimy, ja zajmuje się nim, ty systemem ochronnym i po sprawie.

- Co mam zrobić z alarmem?

Mężczyzna tym razem odwraca się do niej patrząc na nią mieszanka irytacji i politowania.

- Czy ty podczas pracy ze mną kompletnie niczego nie nauczyłaś? Sprawdzisz, czy na pewno w mieszkaniu nie ma kamer, jeśli znajdziesz choć jedną, zestrzelisz ją i poinformujesz mnie o tym. Ja zajmę się ewentualnym nagraniem.

- Chcesz tam tak po prostu wejść?

- Tak. Liczyłaś, że najpierw zorganizujemy mu ostatnią wieczerzę?

- Nie, ale… zawsze wyglądało to bardziej konspiracyjnie.

Mężczyzna wstaje i otrzepuje spodnie z czegoś w rodzaju białego puchu, którym uraczyły go krzaki.

- A widzisz, gdzieś jakąś żałosną widownię? To odludzie! Nie zamierzam tracić czasu na farmazony. Wejdę od tylu, ty od frontu, żeby się nie wystraszył. Wymyśl coś, żeby wszedł do mieszkania. Będę tam czekał – i nie tłumacząc nic więcej szybkim krokiem odchodzi, po chwili znikając jej z oczu.

Dziewczyna otwiera usta, chcąc w jakiś sposób to skomentować i trwa tak przez kilka niezwykle długich sekund, zanim jest w stanie choćby się poruszyć. Bierze głęboki wdech i wychodzi zza zarośli, kierując się w stronę posesji. Nim jeszcze dotyka dłonią metalowej bramy widzi jak on unosi głowę i spogląda na nią z wyraźnym zaskoczeniem. Ciemnowłosy mężczyzna w średnim wieku. Z wyraźnie zaznaczonym zarostem, spojrzeniem w którym błyszczą osobliwe akcenty. Ubrany w kraciastą, flanelową koszulę i luźne dżinsy. Wolnym krokiem zbliża się do furtki.

- Pani zabłądziła? – pyta tonem, który bardziej przypomina warknięcie, niż kulturalne powitanie.

Dziewczyna uśmiecha się najpromienniej, jak jest w tej chwili w stanie.

- Właściwie to chyba tak. . . – posyła mu przepraszające spojrzenie. – Do tego rozładował mi się telefon. . . I może to głupio zabrzmi, ale czy mogę skorzystać z łazienki? Natura jakoś mnie nie przekonuje.

Mężczyzna unosi brwi, by zaraz zmarszczyć je w groźnym wyrazie. Palcem gładzi garb swojego nosa, a jeden z kącików jego ust unosi się do góry.

- Jasne, trzeba sobie pomagać, prawda? – otwiera furtkę i zaprasza dziewczynę do środka. – Co tu robisz? Miasto jest kilkanaście minut drogi stąd.

- Długa historia – uśmiecha się niepewnie. Coś w tym mężczyźnie przyprawia ją o gęsia skórkę. Może to to zbyt intensywne spojrzenie, może koniuszek języka, który raz po raz oblizuje wargi. Nagle przestaje mieć wątpliwości, ze to zwyrodnialec.

Przechodzi z nim dalej, wzdłuż kamiennej, jasnej ścieżki. Rozgląda się dookoła, szukając sama nie wie czego. Gdy jego palce muskają, jej plecy, drga nieznacznie.

- Spokojnie, dziewczyno, nie zjem cię. – uśmiecha się w sposób, który ośmieliła by się nazwać obłudnym i wskazuje korytarz po prawej stronie. – Tędy do łazienki. Zaraz przyniosę telefon – dodaje i zmierza ku schodom.

Dziewczyna przechodzi we wskazanym kierunku, jednak zatrzymuje się w połowie schodów. Kamery. Rozgląda się po suficie. Powinna szukać ukrytych? Odruchowo zagląda między liście doniczkowego kwiatka na parapecie. Chwilę potem kręci głową i na palcach, trzymając się ściany, przechodzi z powrotem do ganeczku. Nerwowo zerka w stronę schodów. Otacza ją cisza. Niepokojąca, gęsta cisza. Rozgląda się po raz kolejny, wychodzi nawet na zewnątrz, jednak tam też nie zauważa obecności monitoringu. I wtedy do jej uszu dochodzi dźwięk rumoru. Wraca do środka. Jest w stanie zobaczyć jeszcze ciało właściciela turlające się po ostatnich stopniach schodów. Z boku jego głowy sączy się krew. Zaraz za nim w pośpiechu zbiega Robert Pol, który minę ma bardziej niezadowoloną niż zwykle. Kładzie broń w okolicy dłoni nieboszczyka i ściąga z dłoni rękawiczki.

- Biegiem. Zaraz będzie tu ochrona. Pieprzony miał przy sobie pilocik. Dalej. – łapie ją za łokieć i zmusza do poruszenia się.

Gosia posyła ostatnie spojrzenie pokrywającemu się krwią ciału i podąża za brunetem. Biegną, jakby sam diabeł deptał im po piętach. Przeskakują przez wąską, nieskalaną asfaltem ścieżkę i znikają miedzy gęsto rosnącymi drzewami.

Dziewczyna opiera się dłonią o szorstką korę i spuszcza głowę, dysząc. Trudno jej zebrać myśli. Metr dalej widzi jego nogi, ukryte w ciemnych dżinsach. Prostuje się i przenosi wzrok na jego twarz, oczy.

- Zginął. – stwierdza cicho.

On unosi jedna z brwi do góry.

- Tak, jak chciałaś.

Parska lekko, kręcąc głową.

- Od teraz to ja decyduję o życiu innych. – i zanim od zdąży zareagować ciągnie dalej – Ale on zasłużył.

- Na śmierć?

- Był pedofilem! Krzywdził dzieci. Być może skrzywdziłby kolejne, przecież..

- Nie kwestionuję twojej decyzji. – mamrocze ponuro i odwraca wzrok. Gestem wskazuje jej, by szła za nim. – Dobrze się stało.

Dziewczyna odwraca głowę, jej wzrok natrafia na jego plecy.

- Robert?

Milczy przez dłuższą chwilę. Przedziera się przez krzaki, odsuwając dłonią wystające gałązki. Nagle zatrzymuje się, sprawiając, że dziewczyna zderza się z nim. Wzdycha warkliwie i odwraca się, skupiając wzrok na jej oczach.

- Nie rób z siebie pieprzonego Boga..

- Ale ja..

- Nie przerywaj mi – cedzi. – To było rewelacyjnie zaplanowane. Podać ci prawdziwego zwyrodnialca. Teraz czujesz satysfakcję, że zabiłem pedofila? Że brałaś udział w czymś wielkim? – wypluwa słowa, jakby były największą obelgą – To ciągle morderstwo.

Dziewczyna patrzy na niego zaskoczona. Nie spodziewała się takiej reakcji. Przez chwile rozważa, co powinna odpowiedzieć.

- Boisz się, że zmienię zdanie o organizacji?

- Nie tacy, jak ty polegali w tej batalii.

- Oni zabili moich rodziców!

- Nie drzyj się, idiotko! –  warczy –  W okolicy może już być policja! – przesuwa dłonią po twarzy, kontynuuje marsz – Uważaj po prostu, jak postrzegasz rzeczywistość.

Dziewczyna milknie, jednak tylko na krótką chwilę. Zaraz jednak ponownie otwiera usta.

- Uważasz, że powinniśmy go ocalić, jak resztę?

Niemal słychać, jak z tłumioną złością zgrzytają jego zęby.

- Nic nie uważam. – warczy, przyspieszając kroku.

-Robert!

- Zamilcz w końcu!

Ma jeszcze wyraźną chęć coś dodać, jednak w tym momencie jego telefon daje mu znać o nadchodzącej wiadomości. Nauczony doświadczeniem, sięga po niego z niepewnością pomieszaną z zalążkami paniki. Czyżby coś zrobili złego? Nie było wyraźnych wytycznych co do osoby, wykonującej główny element zlecenia.

Spogląda na urządzenie. Dziewczyna staje tuż obok. Na jej twarzy również malują się mało pozytywne uczucia. Mężczyzna odczytuje wiadomość. Kilka słów, które  sprawiają, że czoło marszczy mu się niezwykle intensywnie.

- Muszę wyjechać do Berlina. Jutro.

Dziewczyna nie kryje przerażenia.

-Dlaczego?

Brunet wolnym ruchem wsuwa telefon z powrotem do kieszeni. Stara się przybrać maskę spokoju, wręcz obojętności, mimo, że targają nim emocje o zgoła przeciwnym zabarwieniu.

- Mam tam zlecenie. – opiera dłoń na jej ramieniu, drugą unosi jej podbródek i spogląda w oczy. – Nie będzie mnie maksymalnie trzy dni.

- Dlaczego akurat teraz masz tam jechać? Do tej pory nie dostawałeś spraw za granicą. Nie licząc tamtego słonia.

Robert patrzy na nią przez chwilę bez słowa. Tak intensywnie, że wszystkie te uczucia, które stara się ukryć, zdają się wydostawać z jego czarnych źrenic.

- Nie wiem. – wyznaje cicho. – Nie mogę nie przyjąć zlecenia. Wrócę najszybciej, jak będę mógł. Zaszyj się w domu i najlepiej nie wychodź z niego do mojego powrotu.

- Może….może pojadę z tobą?

Mężczyzna błądzi wzrokiem po bokach, unosi głowę do góry, wzdycha przeciągle.

-Nie pracujemy już razem. Jeśli wezmę cię ze sobą bez wyraźnego polecenia, może się to dla nas obojga skończyć źle. – ponownie skupia wzrok na niej. Dotyka dłonią jej policzka, a ona czuje pod skórą napięcie jego mięśni. – O wszystkim masz mnie informować. O wszystkim, co cię zaniepokoi. Jeśli coś będzie ci grozić – urywa na moment, zaraz jednak kontynuuje z taką siłą głosu, jakiej jeszcze u niego nie słyszała, zwłaszcza w szepcie. – ..rzucę wszystko i przyjadę bez względu na konsekwencje.

Ona natomiast jest w stanie tylko ze ściśniętym gardłem przełknąć ślinę i pokiwać kilka razy głową.

71. I try to picture me without you, but I can’t

Tytuł pochodzi stąd:

Nie do pomyślenia ile zmienić się może, gdy dane nam jest posiadanie misji. Tak, jakby nic i nikt nie był w stanie zburzyć tej euforii, która bucha z każdego zakamarka ciała. Która błyszczy w oczach i płynie razem z dźwięcznym śmiechem. Małgorzata Ceglarek, posiada cel. Posiada tajemnice, która napawa ją dumą i sprawia, że chce jej się śpiewać.

Nie licząc Tamary, miała jeszcze dwa zlecenia. Dwie osoby, które wyruszyły w świat, z może gorszą kondycją psychiczną, ale żywe. A przynajmniej ona jest pewna, że żywe. Brutalna prawda, póki co postanowiła się trzymać od niej z daleka. Już pewien brunet, o bardziej niż zwykle ponurym spojrzeniu się o to troszczy każdego dnia.

On z kolei nie może narzekać na nadmiar optymizmu. Te kilka tygodni spowodowały, ze stał się jeszcze bardziej opryskliwy i nieprzyjemny. Potężny ciężar wkradł się w jego zimne serce i nie zamierzał go opuszczać. Nie potrafił patrzeć jej w oczy. Nie potrafił znieść widoku tego szczęścia spowodowanego iluzją. I to iluzją, którą on ją karmił. Każdego dnia, w każdej rozmowie, każdym geście. Ufała mu, a on podle to wykorzystał. I co z tego, że robił to w imię większego dobra, że starał się przez to ratować jej życie, które niewątpliwie swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem bardzo szybko by straciła? Jej śmiech sprawiał mu ból. Udawał jednak, jak tylko umiał najlepiej. Nie było już odwrotu i tak naprawdę, gdyby mógł cofnąć czas postąpiłby dokładnie tak samo.

Dlatego, gdy pewnego marcowego dnia wpada do jego mieszkania, jak zwykle nie zaprzątując sobie głowy pukaniem i oznajmia mu, że idzie z nią na imprezę, omal nie dławi się popijanym właśnie alkoholem.

- Czy ty już do reszty ogłupiałaś? – warczy, kaszląc lekko i odsuwając od siebie szklankę.

Odpowiada mu jej chichot. Chwilę potem czuje jej palce wplatające się w jego i widzi te wesołe ogniki w jej oczach, szelmowski uśmiech.

- Karola nas zaprosiła, pomyślałam, że to świetna okazja, by się rozerwać. I przy okazji uczcić nasz już potrójny sukces. No oczywiście o tym będziemy wiedzieć tylko my. – mruga do niego.

Robert wyrywa dłonie z jej uścisku.

- Śmiem podejrzewać, ze zaprosiła TYLKO ciebie. Poza tym nie ma takiej siły, która zmusiłaby mnie do wejścia do głośnego, przyprawiającego jedynie o ból głowy, ciasnego pomieszczenia.

- Klaustrofobia?

- Milcz, dziewczyno, bo nie ręczę za siebie.

Gosia wywraca oczami, ani na moment nie przestając się uśmiechać.

- Nie możesz choć raz dać się porwać i po prostu się zabawić?

- Ja nie daję się porywać.

- Dlaczego?

Robert patrzy na nią, jakby chciał zapytać, „za jakie grzechy?”.

- Bo nie. – burczy tylko w odpowiedzi. Wciska się w kanapę i stara się ją ignorować, jakby to miało sprawić, że zrezygnuje i sobie pójdzie.

Gosia wzdycha głośno i wzrusza ramionami.

- Cóż.. trudno. Naprawdę liczyłam, że pójdziemy razem. Tobie dobrze by to zrobiło a i ja czułabym się lepiej z tobą. Ale przecież cię nie zmuszę – spuszcza wzrok i zaczyna przyglądać się swoim krótkim paznokciom. – Najwyżej pójdę sama, dam sobie radę, w końcu będzie tam Karola, Sebastian, Łukasz. Wiesz, ten, którego prawie pobiłeś na weselu.

Niespełna trzy godziny później Robert Pol z miną męczennika stoi przed lustrem w swojej sypialni i zapina ostatnie guziki swojej czarnej koszuli z krótkim rękawem. Jak to się stało, że znowu dał się wmanewrować w coś takiego? A przecież obiecał sobie, ze nigdy więcej. Klub…dyskoteka i on. Przecież to nawet brzmiało zbyt abstrakcyjnie, by można było wcielać w życie. I jeszcze ta banda małolatów. Zerka na broń leżącą na komodzie. A może by tak strzelić sobie w łeb?

- Możemy jechać? – słyszy za sobą i momentalnie odwraca się. Mruży oczy na widok jej kusej sukienki.

- Idziemy na bal przebierańców, że ubrałaś się, jak prostytutka?

Dziewczyna unosi do góry jedną brew i zakłada ręce na piersi.

- Dziękuję, ty również wyglądasz nieziemsko.

- Ta sukienka z ledwością zasłania ci tyłek. Doprawdy uważałem do tej pory, że masz więcej szacunku do siebie. – burczy do niej, jednocześnie sunąc pożądliwym spojrzeniem po jej ciele.

- Jesteś zazdrosny o Łukasza? Naprawdę?

Robert parska tylko z irytacją i chwyta za broń, którą chowa do sejfu. Wolał nie kusić losu, jeszcze uległby pokusie i publicznie zastrzelił tego kretyna dowalającego się do niej.

- Bzdura. Nie muszę zniżać się do poziomu zazdrości – odwraca się gwałtownie w jej stronę. W następnej sekundzie jest już przy niej, ściskając jej ramiona. Jego rozpalony wzrok wbija się w jej oczy, w których widoczne jest rozbawienie. – Jesteś moja. Mówiłem ci już.

Dziewczyna dotyka chłodnymi opuszkami palców jego szorstkiego policzka. Przesuwa nimi po zaroście. Muska delikatnie ustami jego usta. i gdy on chce ją przyciągnąć, zręcznie mu się wywija, chichocząc głośno.

- Powinniśmy już jechać – rzuca, wybiegając z mieszkania. Stukot jej obcasów niesie się po pustej klatce schodowej.

Robert Pol stoi jeszcze przez chwilę w tym samym miejscu, zastanawiając się kiedy dał się aż tak usidlić. Jak to możliwe, że ktokolwiek był w stanie zawrócić mu w głowie do tego stopnia, że tracił trzeźwość myślenia? Tracił zmysły i kontrolę. Jednak, co najbardziej nie do uwierzenia, ten stan rzeczy w ogóle mu nie przeszkadzał. To ciepło, którego nigdy nie czuł, a które z każdym jej śmiechem, z każdym przelotnym spojrzeniem rozlewało się po narządzie nazwanym sercem. Ta swoboda, którą mógł przy niej zachować, ta jej naiwna i nielogiczna akceptacja. Nawet jej głupota i ciągle nowe, niedorzeczne pomysły w jakiś sposób go rozczulały. Wciąż była niewinnym dziewczęciem i jego w tym głowa, by została nim na zawsze.

Zgarnia z szafki klucze i wychodzi z mieszkania, zatrzaskując za sobą drzwi. Ona już czeka przy jego samochodzie, oparta o maskę.

- Nie chciałbym być w twojej skórze, gdyby znajdę choćby jedną maleńką ryskę. Uważaj z tym cholernym obcasem!

Dziewczyna marszczy brwi. Podąża wzrokiem za jego szybko przemieszczającą się postacią. Otwiera sobie drzwi i siada na fotelu pasażera. Sięga po pas.

- Nie lubisz tańczyć? – zagaduje po chwili uciążliwej ciszy.

Mężczyzna wzdycha, nawet na moment nie porzucając zirytowania.

- Powiedzmy, że nie miałem zbyt wiele okazji, by doszło do ekstatycznych odczuć.

Dziewczyna przygryza dolną wargę i przez chwilę coś analizuje.

- Nigdy nie chodziłeś na imprezy? Przecież organizacja nie wypełnia całego czasu. A miałeś przecież kiedyś te dwadzieścia lat.

- Dziękuję, za przypomnienie mi, że jestem dwa razy starszy od ciebie – burczy.

Gosia puszcza tą uwagę mimo uszu.

- Gdzieś musiałeś nauczyć się tańczyć. Jesteś w tym dobry.

- Dla obustronnego komfortu przyjmijmy, że urodziłem się jako dziecko wszechstronnie uzdolnione.

- Znowu się przede mną zamykasz.

- Tak, jakbym kiedykolwiek się otworzył!

Dziewczyna jęczy przeciągle i wbija wzrok w szybę.

- Wyjaśnijmy sobie coś – odzywa się dość ostro, gdy parkuje samochód nieopodal klubu. – Idę tam tylko ze względu na ciebie. Nie zamierzam zaprzyjaźniać się z twoimi znajomymi i pić z nimi brudzia a potem razem rzygać w damskiej toalecie.

Jeden kącik jej ust nieznacznie unosi się do góry.

- Dziękuję.

On na to marszczy brwi tak mocno, że niemal tworzą jedną linię. Zaraz jednak rysy jego twarzy odrobinę łagodnieją. Bez słowa wysiada z samochodu i razem z nią kieruje się w stronę stłumionych dźwięków muzyki.

Z resztą ekipy spotykają się już w środku. Siedzą w czerwono – czarnym boksie, dyskutując o czymś z ożywieniem. Widząc zbliżającą się parę milkną, jakby na tylko im słyszaną komendę. Karolina uśmiecha się z pozorną wesołością, przeskakując spojrzeniem z przyjaciółki na jej partnera i odwrotnie. Łukasz, którego ręka leży spokojnie na oparciu a poza jest wręcz nonszalancką pewnością siebie, marszczy brwi i nieprzychylnie spogląda na bruneta. Robert na to ma ochotę parsknąć pełnym politowania śmiechem, jednak hamuje się w porę. Jedynie Sebastian wydaje się być szczerze zadowolony z obecności ich obojga. Wyciąga dłoń w kierunku Pola i wymienia z nim uprzejmy uścisk. Całuje w policzek Gosię i wskazuje im miejsce naprzeciw nich.

- Co pijemy? – zagaduje dziewczyna kiwając głową w rytm muzyki.

- No jak to co, Lala? To co zawsze.

W tym momencie pojawia się kelner z tacą na której znajduje się cała masa kieliszków wypełnionych jasnoniebieską cieczą.

- Kamikadze? – odzywa się Robert uśmiechając się do siebie półgębkiem. – Niebywałe.

- Za twoich czasów takich nie było?

Robert zaśmiewa się krótko, pod nosem. Gosia spogląda na niego z obawą. Jednak on zerka na niego z politowaniem i odzywa się niespotykanie spokojnie.

- To, co było za MOICH CZASÓW nie jest w stanie pomieścić ci się w twoim ograniczonym spektrum postrzegania. Proponuję więc, jeszcze kulturalnie, byś ograniczył zbyteczne i uwłaczające inteligencji istot dwunożnych komentarze i zamknął otwór gębowy, póki jesteś w stanie zrobić to samodzielnie.

Łukasz patrzy na niego w mało elokwentny sposób, starając się przetrawić otrzymaną wiadomość. Sandra patrzy z otwartymi ustami, Sebastian chichocze, wciśnięty w róg boksu a Gosia nie bardzo wie, jak ma się zachować. Na szczęście brunet szybko urywa kontakt wzrokowy i chwyta za pierwszy kieliszek. Szybko opróżnia swoje pięć.

Dziewczyna zerka ukradkiem na Łukasza, który właśnie otwiera usta, by coś z opóźnieniem odpowiedzieć, więc splata palce z palcami swojego partnera i niemal siłą wyciąga go na parkiet.

- Psujesz zabawę – rzuca jej do ucha, starając się, by jego głos przebił się przez muzykę.

- Bawisz się w wojnę na trudne słowa?

Mężczyzna chwyta jej palce i okręca wokół jej osi. Kładzie dłoń na jej talii i stanowczym ruchem przyciąga do siebie.

- Wolisz, żebym skręcił mu kark? – jego oczy błyszczą niebezpiecznym blaskiem. Ciało porusza się w rytm muzyki, przylegając niemal idealnie do jej ciała, współgrając z nim.

- I oczywiście nie jesteś zazdrosny – muska dłonią jego kark, przesuwa na ramię. Stara się zachować powagę, ale oczy zdradzają rozbawienie.

- W rzeczy samej. – dotyka czołem jej czoła. Teraz jest w stanie zobaczyć każdy najdrobniejszy szczegół jego tęczówki, tą subtelną granicę dzielącą źrenicę od reszty. – Mam być zazdrosny o kogoś, kto zapewne nic nie zrozumiał z mojej wypowiedzi? Stawiam się odrobinę wyżej w hierarchii.

- Dobra mi odrobina!

- Jakieś wątpliwości?

Piosenka się kończy, część ludzi, wokół nich wycofuje się do swoich stolików. Ona wciąż stoi, trzymając jedną dłoń na jego piersi. Niemal czuje bicie jego serca pod opuszkami palców.

- Kocham cię. – wyznaje z pełną mocą swojego głosu.

Jemu przed oczami pojawia się widok, ostatniej zabitej w tajemnicy ofiary, a potem tej poprzedniej i jeszcze jednej. Napina się, co ona interpretuje, jako nieprzyzwyczajenie do takich wyznań i uczuć. I może i w jakimś stopniu był to powód braku odpowiedzi z jego strony. Jednak przede wszystkim był nim fakt, że ma na rękach krew. Tak wiele krwi i to takiej, o której ona nie ma pojęcia.

Odprowadza więc ją do boksu i odchodzi, tłumacząc się naglącą potrzebą skorzystania z łazienki. Dziewczyna posyła mu pokrzepiający uśmiech i siada na swoim miejscu. Sebastian i Karolina wyruszyli w tłum, został tylko Łukasz i jej pięć kieliszków niebieskiego alkoholu.

- Co ty w nim widzisz? – zagaduje do niej, gdy z niknącym w hałasie trzaskiem odstawia ostatni kieliszek. Zbliża się tuż obok i opiera głowę na dłoni.

- Odpuść,  Łukasz. – odzywa się stanowczo. – Jestem z nim.

Chłopak prycha z lekceważeniem.

- Widzę, ale daj spokój. Co to za dziadek? Ile on ma lat? Czterdzieści?

- Trzydzieści osiem.

Łukasz milknie na moment. Dotyka palcami jej dłoni, przesuwa w górę w stronę nadgarstka. Gdy dziewczyna odsuwa się gwałtownie, w jego spojrzeniu zauważa złość.

- Za mało bogaty jestem?

- Słucham?

- No daj spokój. Widziałem to jego autko. Garnitur za parę tysięcy? Twój sponsor?

- Co?! Jak możesz…

Łukasz wywraca oczami.

- Tobie też się podniosło. Sama opłacasz mieszkanie. Te kolczyki sądzę, że tanie nie były.

- A ty książkę o mnie piszesz?

- Zastanawiam tylko się od kiedy stałaś się szmatą.

Pod jej powiekami zbierają się łzy. Chce wstać, ale jego palce ciasno zaplatają się na jej nadgarstku.

- Ile bierzesz za noc? Stać mnie?

W tym momencie czyjaś ręka chwyta go za gardło i jak szmacianą lalkę wyciąga zza stołu. Przygwożdża go do ścianki boksu, zaciskając palce coraz mocniej na jego krtani.

- Robert… proszę, puść go. – Gosia nie kryje paniki. Gdzie Sebastian? – Robert!!

-Odszczekaj to i przeproś – syczy do chłopaka, który ma szczere przerażenie w oczach i lekko posiniałe usta. Puszcza a ten od razu łapie się za gardło, zaczyna kaszleć.

- Przepraszam… – charczy.

Mężczyzna otacza dziewczynę ramieniem i odwraca się, jednak za sobą słyszy jeszcze.

- … że nie stać mnie na twoje usługi.

Szybki obrót i pięść lądująca na środku jego twarzy. Dźwięk łamanego nosa ginie w głośnych bitach muzyki. Robert prowadzi dziewczynę do wyjścia. Wokół nich zebrał się już sporych rozmiarów tłum. Gdzieś z tyłu widać przeciskających się ochroniarzy. Ktoś klęka przy Łukaszu, pomagając mu zastopować krwawienie. Prędzej by się tu pozabijali, niż ktokolwiek skutecznie by zareagował, przechodzi jej przez myśl. Bez protestów podąża za nim. Jest w zbyt dużym szoku, by pomyśleć o poinformowaniu przyjaciółki, która najpewniej bawi się w najlepsze w innej części klubu. W głowie jej huczy, raniące słowa obijają się ciągle na nowo o ścianki jej umysłu. Nie rejestruje kiedy wsiada do samochodu, ani kiedy zapina pas. Nie wie nawet gdzie są, gdy na nowo się zatrzymują. Patrzy tylko mało przytomnym wzrokiem przed siebie, niezdolna do wypowiedzenia choćby słowa.

- Dlaczego ten gnój nazwała cię dziwką? – pyta głosem wypełnionym taką powagą i napięciem, że jedyne co ona jest w stanie zrobić, to podkulić nogi i oprzeć czoło na kolanach. – Ceglarek!! – drze się, aż podskakuje, nie spodziewając się takich decybeli Odpowiedz mi, proszę – dodaje już łagodniej, jednak wciąż z przebijającymi się nerwami.

Dziewczyna unosił głowę i spogląda na niego. Widzi wbite w siebie czarne, żarzące się ostrzegawczo oczy.

- Uznał, że jesteś moim sponsorem.

Powieki przymykają się lekko pod wpływem mrużenia.

- Jednak powinienem skręcić mu kark – stwierdza tonem, który wskazuje, że naprawdę to rozważa.

Gosia potrząsa głową tak mocno, że końce jej włosów smagają ja po twarzy.

- Wystarczy, że złamałeś mu nos. – ucieka wzrokiem przed jego ciągle skupionym na niej spojrzeniem.

- To tylko udowadnia, jak niedorzeczny jest nasz …. – krótka pauza, jakby to jedno słowo, nie chciało mu przejść przez gardło. -… związek. Nawet tacy kretyni widzą, ze moja parszywa osoba może cie mieć jedynie w nieczystych relacjach.

- A jednak jest inaczej – przesuwa się bliżej niego. Spogląda na jego usta, po których błądzi jego wskazujący palec.

Rozdzwania się jej telefon. Karolina. Mężczyzna wychodzi z samochodu. Staje przy uchylonych drzwiach. Opierając się o pojazd odpala papierosa. Dziewczyna dobiera.

- Gosia, gdzie jesteś? Co on ci zrobił? To jakiś psychopata jest! – roztrzęsiony głos przyjaciółki wydobywa się z głośnika. – Pobił Łukasza.. Sebastian zawiózł go na pogotowie..jego nos..

- Robert stanął w mojej obronie – wyjaśnia dziewczyna, głosem, który nie wyraża zbyt wiele emocji. Tak naprawdę w ogóle nie ma ochoty na ta rozmowę. Chce kontynuować tą, która jej przerwano. – Łukasz zaczął mnie obrażać. Przesadził.

- Co się stało?

Gosia wzdycha przeciągle.

- Opowiem ci potem, dobrze? Przepraszam, że tak wyszło.

- Nie twoja wina. – westchnięcie. – Czekam na telefon z wyjaśnieniami.

Po krótkiej chwili dziewczyna rozłącza się. Zagryza dolna wargę i przez chwile gapi się tępo w deskę rozdzielczą. W końcu chowa telefon do kieszeni i wychodzi z samochodu. Z zaskoczeniem stwierdza, ze znajdują się w mieście. Z oddali słychać odgłosy jadących samochodów, sygnał jadącej karetki. Samochód stoi jednak niedaleko działek, w bocznej uliczce, przy wielkim krzaku, który wygląda teraz dość przerażająco. Robert Pol zaciąga się dymem papierosowym. Jedna jego dłoń wsunięta jest w kieszeń spodni, głowa do połowy spuszczona, wzrok jakby zamyślony.

- Nie interesuje mnie zdanie innych. – szepcze, podchodząc bliżej i kładąc dłoń na jego ramieniu.

Mężczyzna drga nieznacznie i powoli odwraca głowę w jej stronę.

- Wyglądamy raczej na kazirodczych popaprańców niż kochanków.

- Od kiedy przejmujesz się zdaniem kogokolwiek?

- Mniej więcej od momentu, w którym pozwoliłem ci mówić do siebie po imieniu. Już samo to, świadczy o tym, że to było szaleństwo. – prycha – Nie patrz na mnie z tym swoim cholernym współczuciem! To twoja reputacja przeze mnie cierpi.

Dziewczyna gryzie się w policzek. Jednak to nie pomaga i już po chwili wybucha śmiechem.

- Co cię tak bawi, głupia dziewczyno? -stara się brzmieć groźnie, jednak błyski w oku i kącik ust uniesiony ku górze psują cały efekt.

Dziewczyna ociera palcem oczy.

- Bo to zabawne, ze mówisz mi o reputacji. Mi! Dziewczynie, której ojciec był płatnym mordercą, a potem zdrajcą. Dziewczynie, która sama nie jest lepsza. – patrzy mu wyzywająco w oczy – Kradnę, włamuję się do mieszkań. Uczestniczę w morderstwach. Związek ze starszym mężczyzną to przy tym nic.

Robert krzywi się.

- Teraz poczułem się, jak emeryt.

Dziewczyna chichocze. Zaraz jednak poważnieje.

- Naprawdę bałam się, ze zrobisz mu krzywdę.

On tylko wzrusza ramionami.

- Nikt nie ma prawa cie obrażać. No może poza mną – dodaje nie bez złośliwości.

Mężczyzna czuje w kieszeni wibrowanie telefonu. Wyciąga go i odczytuje wiadomość. Marszczy przy tym czoło.

- Mamy zlecenie. Razem.

70. I’ve got blood, I’ve got blood, blood on my name.

Tytuł rozdziału pochodzi stąd:

 

Maleńka ampułka z cyjankiem zostaje ciasno wsunięta w wewnętrzną część jej lewego buta. Znajduje się tam, spokojnie czekając, gdy przyjdzie na nią pora. Choć tak naprawdę Gosia łudzi się, że to prędko nie nastąpi.

Denerwuje się. Mimo iż dalej jest pewna słuszności decyzji, jaką podjęła nie jest w stanie zapanować nad spowodowanym przez stres ściśnięciem żołądka. Jest sobota, piąty lutego. Dziewczyna siedzi w zatłoczonym autobusie. Ubrana w zimowy płaszczyk z futerkiem pod szyją. Przez myśl przebiega jej, że powinna zrobić prawo jazdy. W wewnętrznej kieszeni jej okrycia ukryty ma pistolet. Już samo to, jest wystarczającym powodem do zdenerwowania. Co ciekawe, Robert Pol nosi przy sobie broń niemal przez cały czas i wydaje się nie dbać o to, że ktoś może ją zauważyć. Tylko, że teraz go tu nie ma. Jest tylko ona i pasażerowie autobusu. Czubek kozaka wystukuje jakiś  nieokreślony rytm o podłogę. Nerwy i więcej nerwów.

- Uspokój się! – warczał do niej, trzymając ją za ramiona. – Nie będzie mnie tuż przy tobie, ale będę cię obserwował. Będę tak blisko, na ile tylko będę w stanie. – jego oczy przewiercały ją na wylot. Jednak mimo ostrości w tym spojrzeniu, zdawała się uspokajać. 

Autobus się zatrzymuje. Dziewczyna podnosi się z miejsca. Stukając obcasami wychodzi na zewnątrz. Zimne spojrzenie smaga ją po otoczonych tylko cieniutkim materiałem rajstop – kabaretek łydkach. Szybkim, energiczny krokiem przechodzi przez chodnik i skręca w boczną uliczkę. Kolejna prosta i ponowny skręt. Klub. W tym klubie zaś najpewniej znajduje się już dwudziestoparoletnia dziewczyna. Jej ofiara.

Opłaca wejściówkę i mijając ochroniarza wkracza w przestrzeń wypełnioną wciąż jeszcze lekko stłumionymi dźwiękami muzyki. Nerwy zjadają jej wnętrzności, pomrukując przy tym z zadowoleniem. Schodzi na dół po szerokich schodach. Zostawia w szatni kurtkę i przesuwa dłońmi po talii. Krótka, obcisła spódniczka, czarna bluzka, przyprószona cekinami, wiązana na szyi. Uderzają w nią migające światła. Rozgląda się dookoła. Krokiem, który ma być pewny przechodzi przez salę i przysiada się przy barze. Nie zwraca kompletnie uwagi na przystojnego, młodego barmana, który zawiesił na niej zaintrygowane spojrzenie.  Stara się w myślach przywrócić sobie zdjęcie brunetki. I nagle tuż przed jej nosem ląduje szczupła dłoń, kładąca na blat banknot dziesięciozłotowy.

- Nalej mi wódki, Kacper.

Dziewczyna siada na sąsiednim krześle i opiera głowę na położonych na blacie ramionach. Gosia odważa się odwrócić głowę w jej kierunku. Widzi jednak tylko burzę czarnych włosów i nagie do połowy plecy. Coś jej jednak mówi, że to właśnie ona, nawet jeśli nie widzi jej twarzy.

- Spaprany wieczór? – zagaduje, zakładając nogę na nogę i oblizując wargi. Wciąż nie może uwierzyć, ze to robi.

- A jak sobie to inaczej wyobrażasz? – Robert Pol starał się brzmieć groźnie, jednak ona wiedziała, że w środku dusił się ze śmiechu. – Ofiara jest lesbijką. Jak najskuteczniej wyciągnąć ją z klubu? 

Ale ja nie jestem!

Pol wywrócił oczami. 

- Nieistotne szczegóły. Dzisiejszego wieczoru staniesz się lesbijką. Potraktuj to jak dodatkowe życiowe doświadczenie. 

Gosia patrzy, jak dziewczyna niespiesznie podnosi głowę i zakłada włosy za ucho. Jest ładna. Ma ciemną karnację i duże, orzechowe oczy. Długie rzęsy i paznokcie pomalowane na czerwono.

- Po całości. – przyznaje i sięga po kieliszek, który własnie postawił przed nią barman. Wypija i każe nalać sobie kolejny.

- Mój dobry przyjaciel nie mógłby uwierzyć, że istnieje kolejna kobieta, która nie popija wódki.

Nieznajoma przekrzywia lekko głowę.

- Chłopak?

Gosia potrząsa głową i wskazuje na Kacpra – barmana, by i jej polał.

- Ja nie z takich – odpowiada i posyła rozmówczyni wymowne spojrzenie. Brunetka przez chwile nie kryje swojego zaskoczenia, zaraz jednak uśmiecha się szeroko.

- Może jednak ten wieczór nie będzie taki zły? Jestem Tamara.

Gosia jednym, szybkim haustem, wypija zawartość swojego kieliszka. Ściska wyciągniętą w jej kierunku dłoń.

- Oliwia.

- Nie wolno ci podać swoich prawdziwych danych. Upij ją, uwiedź, rób co chcesz, ale musi zgodzić się wyjść z tobą z klubu. – tłumaczył brunet, mierzwiąc swoje czarne włosy. – Gdy tak się stanie, wyjdziesz pierwsza. Powiedz, że masz masz coś do załatwienia, wykaż się kreatywnością. Umówisz się z nią na obrzeżach miasta, przekonasz, że warto, żeby tam przyszła. Tu – wcisnął jej w dłoń maleńką karteczkę z adresem – są ogródki działkowe, w bezpiecznej odległości za nimi miejsce, w które ją zaprowadzisz. Naucz się tego na pamięć i oddaj, spalę. 

Gosia stoi na mokrym chodniku. Deszcz już nie padał, jednak jest zimno. Dziewczyna szczęka zębami, nie wiedząc, czy bardziej z chłodu, czy z nerwów. Rozgląda się dookoła, jednak nie wypatruje dziewczyny. Raczej stara się dostrzec jakiekolwiek potwierdzenie, że on tu jest. Choć chyba powinna w końcu nauczyć się sama odpowiadać za swoje czyny… być samodzielną, nie licząc, że ciągle będzie ją ratował.

- Oliwia! – wesołe wołanie Tamary sprawia, że odrobinę spłoszona odwraca się w jej stronę. – Szczerze mówiąc nie sądziłam, że tu będziesz. Myślałam, ze to jakaś ściema, a ty po prostu chcesz się mnie pozbyć.

Gosia uśmiecha się ciepło i zbliża się do brunetki. Gładzi ją po ramieniu.

- Ale jednak tu przyjechałaś.

Tamara spuszcza na moment wzrok.

- Wolałam mieć sto procent pewności.

- Przejdziemy się?

- Jesteś typem romantyczki?

- A ty nie? – Gosia zadziera głowę do góry. – Gwiazdy są cudowne, zwłaszcza w miejscach nie skalanych światłami ulicy. Choć, pokażę ci.

Melodyjny śmiech brunetki niesie się po okolicy. Jednak wzrusza ramionami i pozwala się prowadzić. Mrok robi się coraz bardziej gęsty. Tylko odbite światło księżyca zdaje się przedzierać przez ciemność. Idą wzdłuż ścieżki, między działkami, jest niemal idealnie cicho. Tak cicho, że zdaje się być słychać odgłos zginającej się pod naciskiem ich butów trawy. Ciężar ukrytej broni zdaje się zwiększać z każdą następną minutą. Z każdym krokiem, który przybliża je do nieuniknionego. Pocieszeniem jest dla niej krótka myśl, kołacząca się po jej głowie. Tamara to przeżyje.

Mam ją zastrzelić? Robert, przecież..

- Przestań mi przerywać!! Gdybyś tyle nie paplała, tylko pozwoliła mi dokończyć, wiedziałabyś, że w twoim pistolecie nie będzie zwykłych naboi. 

- W takim razie co?

- Coś, na kształt środka nasennego. Wystrzelisz maleńką imitację strzałki, powalającej słonie. 

Na widok jej pełnego przerażenia wyrazu twarzy , mężczyzna prychnął z irytacją. 

To jej nie zabije. Jeśli jednak kłamałaś w naszych poprzednich rozmowach i mi nie ufasz, możemy to przetestować na mnie – warknął, coraz bardziej rozdrażniony. – Poczekasz tam, aż się nie pojawię. Dostałem wyraźne polecenie, by usuwać ciała, póki nie nabierzesz odpowiedniej wprawy. Wpakuję ją do samochodu i wywiozę. Jeśli trzeba wpakuję w samolot. Według moich obliczeń środek nasenny powinien oddziaływać na nią nie dłużej niż przez czterdzieści minut. 

- Miałaś rację, tu jest naprawdę ładnie. Tylko, jakby trochę wilgotno – spogląda na swoje delikatne baleriny. Mokra trawa ocierająca się o odsłonięta fragmenty skóry na stopach moczy je i ziębi.

Gosia ponownie rozgląda się dookoła. Przygryza dolną wargę. Przystaje. Łapie ją za ramię i przyciąga do siebie odrobinę.

- Naprawdę nie zrobię ci krzywdy.

Tamara spogląda na nią z nagłym cieniem strachu.

- Nie podejrzewałam cię o to..

- Posłuchaj, jest ktoś, kto wydał na ciebie wyrok śmierci. Ale ja chce, żebyś nie musiała umierać.

Strach na twarzy dziewczyny ustępuje miejsca rozbawieniu.

- Jesteś bardziej pokręcona niż zakładałam. Brałaś coś, prawda? Musiało być mocne, bo masz niezłą jazdę.

Gosia wyciąga pistolet, celując w nią. Tamara wydaje z siebie krótki krzyk.

- Co to jest do cholery?! Kim ty jesteś? Co ja ci zrobiłam?

- Proszę uspokój się, daj mi wytłumaczyć.

- Mierzysz do mnie z broni!!

- Przepraszam.

Jest bliska płaczu, pod wpływem żałosności prowadzonej rozmowy. Pol, zapewne zwija się ze śmiechu, jeśli to słyszy.

- Nie umrzesz. – Zbliża się do niej, dziękując wszechświatowi, że dziewczyna zdaje się być chwilowo sparaliżowana. – Posłuchaj, to tylko środek nasenny. To jedyny sposób, byś mogła przeżyć – szepcze jej do ucha – Gdy się obudzisz mnie nie będzie. Zobaczysz mężczyznę, który pomoże ci wyjechać. Musisz zerwać wszelkie kontakty, zapaść się pod ziemię. Najlepiej przefarbować i zmienić styl. Nie możesz nigdy tu wrócić.

- Jesteś chora psychicznie – rzuca do niej Tamara i kopie ja w piszczel.

Gosia pod wpływem bólu opada na jedno kolano. Unosi broń. Przymyka oczy, zaraz jednak je otwiera. Nie zabijesz jej, nie zabijesz. Pociągnięcie za spust. Wystrzał. Zduszony krzyk. Tamara upada w mokrą poszarzałą trawę. Do oczu Ceglarek mimowolnie napływają łzy. Ignorując wciąż bolącą nogę podbiega do dziewczyny. Odwraca jej ciało, twarzą do góry. Dwoma palcami dotyka jej szyi. Wyczuwa puls. Zaczyna się śmiać. A śmiech miesza się z łzami. Wie, że zachowuje się, jak obłąkana, ale właśnie to zrobiła. Uratują tą dziewczynę. Uratują!

Kilka minut potem, z ciemności wyskakuje czarne jak ona sama auto Roberta Pola. Brunet w ułamku sekundy wyskakuje z niego i zbliża się do Gosi, która wciąż klęczy, przy Tamarze. Czuje ulgę widząc jego postać. Na nowo czuje się bezpiecznie.

- Dobra robota – rzuca on dość mrukliwie i zarzuca sobie ciało dziewczyny na ramię.

-To  nie worek kartofli!

Pol spogląda na nią z politowaniem.

- Sądzę, że jej jest teraz wszystko jedno. – stwierdza i nie zważając na jej nieme protesty, pakuje Tamarę do bagażnika. – Wsiadaj, podrzucę cię w okolicę centrum, potem będziesz musiała sama dotrzeć do mieszkania.

-Robert – odzywa się lekko drżącym głosem, gdy on robiąc zapewne dwa doły w w wilgotnej ziemi wyjeżdża z polany. – To działa.

Mężczyzna pociąga za drążek zmiany biegów z taką gwałtownością, że aż nie do pomyślenia, że nie został mu w rękach.

- Oczywiście, że działa – cedzi, nie spuszczając wzroku z oświetlonej ledowymi światłami jego samochodu jezdni. – W końcu to był mój plan.

- A jeszcze niedawno nawet nie chciałeś o tym słyszeć.

- Milcz! – rzuca w jej stronę, tak ostro, że nawet ją wprawia to w zakłopotanie. – Dziewczyna wciąż jest w naszym bagażniku, Wszystko jeszcze może się wydarzyć.

Chwilę potem dziewczyna wysiada, popędzana jego niecierpliwymi komentarzami. W pojeździe zostaje tylko on i śpiąca królewna w bagażniku. Przez myśl przechodzi mu, że może powinien zwiększyć jej dopływ powietrza. Zaraz jednak odrzuca tą myśl. Mogłaby się udusić, to wiele rzeczy by ułatwiło. Jego plan zakładał, że uda się na prywatne lotnisko, gdzie rzekomo miał mieć zamówiony samolot, który wywiezie ofiarę na drugi kraniec świata. Jednak to była tylko jedna z wersji. Ta, która zawierała sporo niedociągnięć.

Robert wyjeżdża z miasta i jedzie dalej, skręcając w wiejskie drogi. Jak najdalej w ciemność, jak najdalej od cywilizacji i niepożądanych spojrzeń. Kołuje przez kilkanaście minut, chcąc mieć pewność, że nikt go nie śledzi. Nie podejrzewał, by coś takiego mogło mieć miejsce. Jeśli nawet ktoś patrzył, robił to do tej pory. A przecież dziewczyna wystrzeliła. Ofiara padła. A on jedzie teraz posprzątać. Ostrożności jednak nigdy za wiele.

W końcu zatrzymuje się. Wzrok ma ponury, usta wykrzywione w odrazie do własnej osoby i do tego, co właśnie zamierzał zrobić. Zachciało mu się bawić w pieprzonego potrójnego agenta. Nie było jednak innego wyjścia. Gośka uparła się na tej swój idiotyczny plan do tego stopnia, że gotowa byłaby wykonywać go na własną rękę, a to mogłoby tylko pozostawić za sobą trupy..dużo trupów włącznie z jej osobą. Pozwalając jej myśleć, że robi to , co chce miał pewność, że nie zacznie porywać się na nieobliczalne. Jednocześnie jego dopracowane szczegóły sprawiały, że dla osoby postronnej wszystko będzie wyglądać, jak należy. Jakby to ona zabijała i doprowadzała zlecenia do końca. Tak więc wszyscy są zadowoleni. No może w z wyjątkiem jego sumienia, ale przecież nigdy się nim nie przejmował, więc dlaczego akurat teraz, gdy ma niemal nóż  na gardle miałoby się to zmienić?

Okrąża wolnym krokiem swój samochód. Otwiera klapę bagażnika. Przysiada nieopodal, na ziemi i czeka, nie spuszczając nawet na ułamek sekundy wzroku z dziewczyny.

Minut ciągną się w nieskończoność. I ciężko jednoznacznie stwierdzić ile mija czasu do momentu, w którym jej ciało drga. Na twarzy mężczyzny pojawia się szatański, mroczny uśmiech. Wstaje i dotyka broni, schowanej w wewnętrznej kieszeni płaszcza.

Tamara jęczy przeciągle i unosi nieznacznie głowę, rozgląda się a w jej oczach przerażenie miesza się  z zaskoczeniem.

- Ona mówiła prawdę? – patrzy na bruneta i przytyka trzęsącą się dłoń do ust. – Co tu się dzieje? – jej głos robi się coraz bardziej płaczliwy, na co mężczyzna tylko wywraca oczami.

- Ktoś bardzo cię nie lubił i wynajął płatnego mordercę, byś więcej mu nie zaburzała spokojnej egzystencji.

Dziewczyna podnosi się na łokciu. Wciąż kręci jej się w głowie.

- Więc mam wyjechać? Uciec? I wszystko będzie w porządku? – przez ton jej głosy przebija się histeria, mężczyzna z kamiennym wyrazem twarzy, wolnym ruchem rozpina płaszcz i chwyta za broń.

Gdy lufa zostaje w nią wycelowana, dziewczyna wydaje z siebie przerażony pisk. Próbuje zeskoczyć z bagażnika i uciec, ale zawroty głowy są na tyle silne, że zatacza się i upada.

- Wyjazd nie będzie konieczny – słyszy za sobą jego głos, a potem ostatnim podrywem świadomości stłumiony dźwięk wystrzału.

Robert Pol chowa pistolet na poprzednie miejsce. Mruży lekko oczy. Jest zbyt ciemno, by mógł cokolwiek dostrzec, ale przecież doskonale wie, co mia miejsce tuż przed nim. Martwe ciało Tamary pokrywa się szkarłatem, brudząc przy tym wypłowiałą trawę. Z nieba zaczynają spadać pierwsze grube krople deszczu. Zrobił dokładnie to, co musiało być zrobione.

69. Now the day has come. We are forsaken this time.

Tytuł pochodzi z tej piosenki.

Opuszki jego palców przesuwają się po jej policzku, które delikatnie napuchnęło. Gdy docierają do okolic jej ust, gdzie widnieje krwawy znak cofa dłoń i zaciska palce. Przymyka oczy i wstaje. Z całych sił uderza pięścią w ścianę.

- Jak mogłaś?! – wrzeszczy, ale nie patrzy na nią. Nie umie. Wystarczy, że tam wtedy, na środku tamtego pieprzonego salonu widział w jej oczach ból. Wystarczy, że widział tą krew i jej bladą dłoń zakrywającą się przed nim, jak przed oprawcą. Przyciska czoło do zimnej powierzchni i zaciska szczękę tak mocno, aż zgrzytają mu zęby. – Tak, jakbym i tak nie był wystarczającym sukinsynem. – dodaje już ciszej.

Gdy czuje dotyk jej palców na plecach, napina mięśnie, jak zwierzę gotowe do ucieczki.

- Robert… – szepcze ona cicho, łagodnie. – Chciałam, żebyś to zrobił, nie powinieneś mieć wyrzutów sumienia.

Odwraca głowę w jej stronę i spogląda jej w oczy wybuchając krótkim, nie mającym nic wspólnego z wesołością śmiechem.

- Widziałaś swoją twarz w lustrze? Od teraz przyjmujesz postawę męczennicy?!

- To nie tak…

- To po cholerę ta ofiara?

Dziewczyna unosi podbródek kilka milimetrów ku górze.

- To tylko rozcięta warga i lekka opuchlizna. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale Karski zaczął się do mnie dobierać. Miałam czekać, aż zaciągnie mnie do łóżka?!

- I to właśnie wymyśliłaś? Ten cudowny plan. Zmuszenie mnie żebym ci przyłożył?! – krzyczy, mimo, że ona stoi tuż obok.

Odwraca się w stronę barku i drżącą z nerwów dłonią sięga po butelkę. Wyciąga szklankę i nalewa trunku do połowy naczynia. Nim jednak upija choćby łyk, odstawia z powrotem szklankę na miejsce. Gwałtowny ruch ręki, strąca wszystko z blatu na ziemię. Alkohol się rozlewa, szkło rozbija. On dyszy wręcz ze złości i nagromadzonych ukrytych uczuć. Ona doskakuje do niego i ujmuje jego dłoń w swoją. Przysuwa sobie do twarzy, całuje przelotnie kostki przy jego palcach.

-Wszystko jest w porządku. – szepcze uspokajająco.

Brunet prycha ze złością.

- Odpuść sobie ten ton terapeuty.

Wyrywa dłoń z jej uścisku, wymija ją i siada na kanapie. Opiera łokcie na kolanach i spuszcza lekko głowę.

- Naprawdę jesteś tak tępa, że niczego nie rozumiesz?

Jej westchnięcie.

- Rozumiem. To było ryzykowne i mogło nas wiele kosztować, gdyby nie wyszło. Ale było warto. Bez zaufania Karskiego i tak nie pożyjemy zbyt długo. A mam wrażenie, że chyba trochę ci odpuścił, w końcu stanąłeś w jego obronie.

Kolejne jego prychnięcie, tym razem jakby  bardziej żałosne.

- Jestem złym człowiekiem. Zabiłem więcej ludzi, niż ty w życiu spotkałaś. Torturowałem więcej, niż obdarzyłaś sympatią. W tym wszystkim pojawia się twoja irytująca, mało rozgarnięta osoba, która dokonuje destrukcji na moim światopoglądzie. – unosi głowę i z uporem patrzy na jej twarz, na zmarszczone brwi, na ściągnięte usta, które najpewniej już mają ochotę zaprotestować. – Tylko, że to nigdy nie będzie oznaczało, że stanę się dobry. Wciąż jestem mordercą i jestem w stanie zabić każdego, bez mrugnięcia okiem. Każdego z wyjątkiem ciebie. Jesteś jedyna istotą, której nie chcę krzywdzić od której całe moje parszywe „ja” trzymało się z daleka. I właśnie dziś to zdeptałem.  - chwila ciszy, mężczyzna wstaje i podchodzi do niej. Patrzy na nią z góry a z jego ust, przez zaciśnięte zęby wydobywa się syk – Dlatego, jeśli jeszcze raz powiesz, że wszystko jest w porządku, to uprzedzam, że w pełni poznasz z kim masz do czynienia.

Jest w jego oczach coś, co może wywołać strach. Jest w jego głosie coś, co może wywołać gęsią skórkę na ciele. Co jeży włosy na głowie i zmusza do ucieczki. A przynajmniej w przypadku każdego, kto nie jest nią. Ona przyjmuje wyzywającą pozę, mimo, że w jej spojrzeniu obecne jest współczucie.

- Już dawno skończyły się czasy, gdy się ciebie bałam. – odzywa się spokojnie. – A to, co własnie powiedziałeś, tylko potwierdza, że masz w sobie dobro.

Robert jęczy przeciągle, z rezygnacją. Wyciąga z kieszeni paczkę fajek i siada na parapecie. Uchyla okno. Chwyta ustami papierosa i przypala jego koniec za pomocą zapalniczki. Wydmuchuje dym przez szparę.

-Jesteś beznadziejna w swojej naiwności.

Odsuwa papierosa i strzepuje popiół na zewnątrz. Fakt, że z nerwów zaczęły drżeć mu ręce, bynajmniej nie działa na niego uspokajająco. Już dawno nic go tak nie wyprowadzało z równowagi. Gdzie jego zimna ocena sytuacji? Gdzie plan i suche fakty? Niech to wszyscy diabli! To wszystko i przy okazji ją. Bo przecież podchodząc do tego bez emocji, stało się najlepsze, co mogło. Dziewczyna ma rację i to przedstawienie najprawdopodobniej uśpi czujność Karskiego na jakiś czas. Ponadto nie mógł jej nie uderzyć. Gdyby on tego nie zrobił, konsekwencje wyciągnąłby ktoś inny. Bo te z pewnością zostałyby wyciągnięte. Jej gest, mimo, że nie doprowadzony do końca był zbyt dużym brakiem szacunku, by mógł jej ujść płazem. Wtrącając się, został tylko nieznacznie upomniany.

- Uważaj na nią Pol. Jeśli będzie pokazywać swoje fochy uznam, ze źle ją ustawiłeś, a wtedy… może przestać być kulturalnie. 

Tylko co teraz? Dziewczyna zaczyna działalność w pojedynkę. Domyśla się, że nie będzie dostawać lekkich zleceń. Mimo tego wszystkiego Karski ciągle czeka, żeby zaczęła zabijać. A przecież ona nie może. . . Odebranie życia drugiemu człowiekowi jest cienką granicą, która tworzy mur wokół naszego człowieczeństwa. Po jego przekroczeniu, nic nie jest w stanie pozostać takie, jakim było wcześniej. Przez dwadzieścia lat pracy dla organizacji widział wielu. Widział nieskończenie wiele reakcji na przekroczenie tej granicy. Byli tacy, do których nagle docierało, co robią a ich umysły, nie będąc w stanie znieść brzemienia odmawiały im posłuszeństwa. Byli tacy, którzy wypierali ten fakt, niszcząc się od środka i byli w końcu tacy, którzy zamieniali to w siłę napędową. Tak jak on. Bo skoro raz zabił, następne będą łatwiejsze. Bo skoro już to się wydarzyło, to jest mordercą. A skoro jest mordercą, to będzie zabijał dalej. Nie myśląc, bo dalej będzie łatwiej. I zawsze jest. Problem tylko polega na tym, ze z każdym kolejnym odebraniem życia poraniona dusza ma w sobie coraz mniej ludzkich odruchów. W człowieku obecne jest coraz  mniej człowieka. Do głosu dochodzi diabeł, który szepcze z ukrycia, że wszystko jest dobrze i to najlepsze z wyjść.

- …więc wydaje mi się, ze nie będzie lepszego momentu. – jej głos dociera do niego jakby z oddali. Wyrzuca peta przez szparę w oknie i wolno obraca głowę w jej kierunku.

- O czym ty mówisz? – jego głos wciąż jest ostry i nieprzyjemny.

Widzi jak siedzi na oparciu kanapy. Jej na jej twarzy zakłopotanie miesza się z uparciem. Mężczyzna marszczy brwi. Nie przewiduje, by usłyszał coś, co poprawi mu humor. Słyszy jak bierze głęboki oddech. Unosi głowę a jemu w oczy znów rzuca się na przeklęta rozcięta warga. Krzywi się.

- Możemy grać na dwa fronty. Skoro odzyskałeś zaufanie Karskiego, możemy to wykorzystać. Pomyśl ile istnień można ocalić. Ile ludzi nie będzie musiało umierać?

Brunet czuje, jak rozdrażnienie na nowo wypełnia go w całości. W takim tempie niechybnie umrze na zawał. Nie zabiła go organizacja, zrobi to niereformowalna, pyskata dziewucha.

- Zatem to potwierdzone.

- Co takiego? – pyta, ona zaskoczona takim stwierdzeniem.

- Że odebrało ci rozum!!! – drze się i zeskakuje z parapetu zrywając przy tym firankę w połowie jej długości.  Zerka na to przelotnie i tylko prycha pod nosem. Chce podejść do barku, ale tuż przed nim walają się odłamki kolejnej roztrzaskanej przez niego szklanki i butelka, która teraz jest już niemal pusta. Alkohol moczy drewnianą podłogę zostawiając przy tym ostry zapach. Wymija cały ten bałagan i otwiera barek. Z zaskoczeniem stwierdza, że jest pusty. No oczywiście, teraz nawet upić się nie może.

- Możemy to zrobić, pomyśl…

- Zamknij się! – cedzi przez zęby, a ona momentalnie milknie.

Mężczyzna przytyka dwa palce do nasady nosa i stara się policzyć do dziesięciu, ale już przy „dwóch” rezygnuje.

- Staram się ratować twoje życie! Otaczają nas zabójcy. Cześć z nich pewnie codziennie patrzy nam na ręce. Kilka dni temu przypomnieli mi dość wymownie do czego są zdolni. Niespełna kilka godzin temu podniosłem na ciebie rękę, żeby naprawić to, co zostało wtedy spieprzone! A ty chcesz pod ich nosem zacząć bawić się w super-bohaterkę?! Mam dość twojej głupoty i lekceważenia! Mam dość niańczenia cię, jak rozwydrzoną gówniarę! – unosi wyciągnięty palec wskazujący przed siebie. Nie wiadomo kiedy znalazł się tuż obok niej. Znajduje się teraz tak blisko, że czubek jego paznokcia niemal styka się z jej nosem.

Żeby jeszcze ona robiła sobie coś z jego słów. Podnosi się do pozycji pionowej, jej oczy rzucają mu wyzwanie,

- Oczywiście, bo ty jesteś tak cholernie dojrzały! Przedstaw mi więc swój genialny plan! Powiedz mi, co mamy zrobić, żeby się wydostać z tego bagna! Podaj mi choć jeden powód, dla którego mam się nie narażać dla czegoś w co wierzę! Nie jestem zabójcą i nigdy nie będę. Jeśli ci się to nie podoba, nie pomagaj mi, ale ja nie zamierzam się podporządkować. Mam gdzieś to, że mogę umrzeć. Za to jestem w stanie. Za człowieczeństwo i dobro. W czym moje życie jest bardziej wartościowe od życia tych osób, na które w przyszłości dostanę zlecenia? A gdybyś ty dostał rozkaz zabicia mnie, zrobiłbyś to?

- To coś zupełnie innego – cedzi przez zaciśnięte zęby, po czym, zgarnia zza jej pleców swój płaszcz. Szybkim krokiem przechodzi przez pokój. Opuszcza mieszkanie, trzaskając drzwiami. Nie da rady wytrzymać z nią na trzeźwo ani sekundy dłużej,

Nie ma planu. I to wytrąca mu z ręki wszelkie godne uwagi argumenty. Nie to, żeby jej pomysł był coś wart.. jednak dziś już się przekonał, że ma do czynienia z osobą nieobliczalną. Zbiega po schodach, potrącając kogoś, ale nawet nie zwraca na to uwagi. Głowa mu pęka, złość pulsuje w każdej żyle. Nie może jej zignorować, bo głupia jest w stanie naprawdę zacząć się sama w to bawić. Jak ma jednak wybić jej to z głowy, nie popychając jej jednocześnie w ramiona samobójczej misji? Czy w ogóle ktokolwiek jest w stanie wybić jej cokolwiek z głowy? Nie potrafi zrozumieć, jak można być tak lekkomyślnym. Jak można być tak ślepym by nie widzieć konsekwencji, nie bać się ich. Pomyśleć, że kiedyś dążył do tego, by była odważniejsza. ODWAŻNIEJSZA , nie głupia. To różnica.

Gdy wraca do mieszkania z butelką drogiego alkoholu w dłoni, zastaje ją kończącą sprzątać bałagan, jakiego narobił w okolicach barku.

- Nie musiałaś tego robić – burczy, zamykając za sobą drzwi.

Ona tylko wzrusza ramionami.

Robert kładzie butelkę na stole i waha się przez ułamek sekundy. Spogląda na nią, patrzy jak wychodzi do kuchni, by wyrzucić ostatnie szklane odłamki. Jego twarz ma nieodgadniony wyraz. Bez słowa zbliża się do sejfu, wbudowanego w ścianę, za obrazem przedstawiającym jakiś ponury krajobraz. Wprowadza odpowiedni kod i otwiera solidne drzwiczki. Nie ma w nim dużo rzeczy. Jedynie zapasowy, czarny pistolet i nieduże pudełeczko z pigułkami w środku. Otwiera je i wyciąga z niego dwie z nich. Zamyka sejf, wiesza obraz na swoje miejsce. Nie ma pewności, czy to dobry ruch, ale jest jedynym, który przyszedł mu do głowy. Przy niepowodzeniu, będzie miał szansę wziąć wszystko na siebie. Istnieje jednak spory procent szans, że nikt nigdy niczego nie odkryje, nawet ona.

Przechodzi do kuchni, wpadając na nią w przejściu.

- Zgoda – odzywa się głosem wypranym z emocji.

Dziewczyna posyła mu pytające spojrzenie.

- Ogłuchłaś? – ponownie się irytuje. – Zgadzam się na to twoje chore szaleństwo. Pomogę ci, ale pod dwoma warunkami.

Gosia nie kryje zaskoczenia.Spodziewała się dalszej kłótni, przygotowała już nawet kolejne argumenty, a on się godzi?

- Jakimi?

- Po pierwsze, nie wszystkich da się uratować. Jeśli kiedykolwiek powiem ci, że dana osoba ma zostać zabita, to nie powiesz ani słowa sprzeciwu.

- Ale..

- To mój warunek, albo na niego przystajesz, albo nie mamy o czym rozmawiać! – warczy.

- Dobrze. Niech będzie. Lepsze ocalone kilka osób, niż nikt.

Jej entuzjazm, sprawia, że mężczyzna ma ochotę złapać ją i potrząsnąć tak mocno, żeby wyleciały jej z głowy wszystkie te niedorzeczności.

- Po drugie, to.. – unosi do góry małe ampułki – …to jest cyjanek. Rozgryzasz to i umierasz, zanim zdążysz cokolwiek poczuć. Masz to mieć cały czas przy sobie, nawet we śnie. Nie obchodzi mnie jak, możesz to sobie wsadzić nawet między pośladki, ale masz mieć CAŁY CZAS przy sobie.

- Dlaczego?

Brunet w złośliwym geście unosi jeden z kącików ust do góry. Czyżby zaczęła się bać? Teraz?

- Dlatego, że jak już ci kiedyś wspomniałem, to nie przedszkole. I jeśli…

Jeśli mnie zabiją i nie będzie nikogo, kto będzie mógł cię uratować… - przechodzi mu przez myśl, jednak na głos wypowiada coś innego.

- …jeśli to kiedykolwiek się wyda i nas złapią, weźmiesz to do ust i przegryziesz. Śmierć zawsze będzie lepsza od tego, co może się z tobą stać, gdybyś wpadła w ich łapy, zwłaszcza, że jesteś kobietą.

Ona przełyka ślinę i niepewnie odbiera od niego jedną z ampułek. Zdecydowanie bardziej przeraża ją ton jego głosu, to wypełnione powagą i jakby w jakimś stopniu bólem, chłodne spojrzenie. Chowa cyjanek do kieszeni. Wolnym ruchem kiwa głową, na znak, że rozumie.

68. I won’t let you fall tonight. Fallen angel…

Tytuł pochodzi z tej piosenki.

 

Określenie go mianem zdenerwowanego byłoby niezwykle śmiałym eufemizmem. Mimo iż się nie odzywał biło od niego takie napięcie, że i ona milczała. Prowadził auto z większym,  niż zazwyczaj skupieniem, ze wzrokiem wbitym przed siebie. Dłonie oparte na kierownicy, z jedną z nich, energicznym ruchem ześlizgującą się co chwilę na drążek zmiany biegów. Na jednych ze świateł nie wytrzymuje, wyciąga ze schowka paczkę papierosów. Odpala jednego i uchyla okno. Ubrany jest w eleganckie czarne spodnie i koszulę w tym samym kolorze. Nie zamierzał ponownie wciskać się w garnitur i krawat. Jeden raz w przeciągu roku w zupełności mu wystarczy. I ona. Ze swoją czarną, prostą sukienką bez najmniejszych udziwnień. Z rękawami trzy czwarte. Z rozpuszczonymi włosami, która dziś wyjątkowo wyprostowała. Usta w odcieniu głębokiej czerwieni, wyraziście podkreślone oczy. Wszystko, by wyglądać doroślej, pewniej.

Dziewczyna wydaje się być opanowana. Opiera głowę o zagłówek i spogląda w stronę okna. Sama nie ma pojęcia czym spowodowany jest ten spokój. Powinna przecież panikować. Udaje się przecież na przyjęcie do człowieka, który nie tak dawno kazał pobić siedzącego obok niej mężczyznę. Który jednym skinieniem obleśnego palca jest w stanie wydać na nich wyrok śmierci. Jednak jest spokojna. A to, co gdzieś nieśmiało przebija się w jej umyśle to determinacja i złość. Wszystko w niej wręcz krzyczy i protestuje. Bo to przecież oni. Ci, którzy zniszczyli życie Roberta i wielu innych, którzy zabili jej rodziców, którzy kazali jej mordować. Gdy więc opuszcza jego samochód i zamyka za sobą drzwi, robi to z dumnie uniesioną głową, aż on sam jest pod wrażeniem. Maskuje to jednak i popycha ją delikatnie do przodu, przyjmując nonszalancki wyraz twarzy.

Rezydencja Stefana Karskiego mieści się pół godziny drogi od miasta. Na lekkim uboczu, urządzona z przepychem. Dom przypomina mini pałacyk, brak ogrodu lub choćby trawy. Wszędzie kostka brukowa. Solidna brama w kolorze kości słoniowej i wszechobecne kamery, spoglądające na gości z każdej ze stron. Brunet podchodzi do furtki i naciska na nieduży biały guzik. Odsuwa się na krok i czeka prostując się i zakładając ręce za siebie. Chwilę potem słychać ciche kliknięcie, oznaczające otwarcie się furtki. Przepuszcza dziewczynę, ponownie ponaglająco ją popychając i sam przechodzi, zamykając za sobą. Kierują się do frontowych drzwi, słysząc tylko odgłos stukotu jej obcasów o kostkę. Da się wyczuć te wszechobecne spojrzenia, nawet jeśli za pośrednictwem kamer. Droga wydaje się trwać wieczność. Dwa schodki prowadzące na rozległy taras i drzwi, które już są uchylone. Dziewczyna przystaje i spogląda na niego pytająco. On, nie racząc ją nawet przelotnym spojrzeniem popycha drzwi i gestem nakazuje jej, by weszła.

Już od progu usłyszeć można niegłośną muzykę i rozmowy, w których zdecydowanie dominują męskie głosy. Przechodzą prze długi, ciemny korytarz, a dziewczyna ma wrażenie, że on był tu już nie raz. Gdy wkraczają do obszernego salonu zapada cisza. Oczy wszystkich zostają skupione na nich. Dziewczyna stara się oddychać głęboko i nie dopuścić, by cokolwiek zdradziło, że zaczęła się denerwować. Pomieszczenie stylizowane na mniejszych rozmiarów salę balowa z jednym, prostokątnym stołem pod przeciwległą ścianą, przy którym siedzi kilkanaścioro członków organizacji, w tym dwie kobiety, których Gosia nigdy wcześniej nie widziała. Dostrzega postać Fabiana i Filipa. Ten ostatni nawet puszcza jej oczko. Spojrzenia pozostałych są już zdecydowanie mniej przychylne. Zwłaszcza jednego z nich. Bruneta o zmrużonych oczach, które gdyby mogły zabijać, już byłaby martwa. Ale przecież to oczywiste, że wszyscy wiedzą, kim byli jej rodzice. Czego się spodziewała? Powitania z owacją na stojąco? Przesuwa wzrok lekko w bok i napotyka na tego konkretnego mężczyznę, który podnosi się ze swojego siedzenia.

- Jest i nasz honorowy gość. – odzywa się tonem do tego stopnia nieprzyjemnym, że dziewczyna traci resztki nadziei, że ten wieczór zakończy się bez nieprzyjemnych ekscesów.

- Idziemy – warczy do niej Robert, a ona na moment sztywnieje pod wpływem chłodu, jaki pojawił się w jego głosie.

To tylko gra z jego strony, to gra – powtarza sobie i rusza do przodu, w kierunku stołu. Nie chce na niego patrzeć. Nie chce zdradzić się uczuciami, które mogłoby pojawić się w jej spojrzeniu. Jakaś cześć w jej umyśle boi się również tego, co mogła by ujrzeć w jego oczach.

Podchodzi do Karskiego który wita ją formalnym uściskiem dłoni, pod wpływem którego wykorzystuje wszystkie pokłady silnej woli, by się nie skrzywić. Spogląda również na nią w dość specyficzny sposób, którego ona nie potrafi zinterpretować, jednak czuje pojawiającą się na jej ciele gęsią skórkę. Mężczyzna chwyta za swój kieliszek i delikatnie uderza w niego kilka razy końcem noża. Choć to i tak niepotrzebne, bo przecież nikt się nie odzywa. Wszyscy wstają.

- Mamy dziś wyjątkowy wieczór. – jego gruby, dość donośny głos wypełnia pomieszczenie – Jestem pewien, że każdy z was pamięta, lub choćby słyszał o Grzegorzu Sienkiewiczu.

Wśród zgromadzonych rozlega się mało zadowolony pomruk.

- To dziewczę… – wskazuje dłonią na Gosię – …jest jego córką, która zapoznana z filozofią naszej wyjątkowej organizacji, postanowiła się do nas przyłączyć. – krótka pauza, dająca gościom możliwość przyswojenia informacji. – Sądzę jednak, że dwa miesiące okresu próbnego jest wystarczające. Chcę więc, byście powitali Małgorzatę Sienkiewicz, jako jedną z nas. – uśmiecha się złośliwie – Pokażmy jej, że potrafimy nie chować urazy i nie oceniamy latorośli po rodzicach. A teraz jedzmy.

Ponure, wymuszone oklaski rozlegają się z każdej ze stron. Karski siada na swoim potężnym, drewnianym krześle, muzyka na nowo zaczyna grać. Tak naprawdę nie wiadomo skąd się wydobywa, ani kto sprawuje nad nią kontrolę. Po prostu ją słychać.

- Aleks, co słychać u mojej córki? – ostre, jak brzytwa pytanie przecina pełną napięcia ciszę.

Brunet wyciera papierową serwetką usta. Chrząka cicho i unosi głowę, obracając ją w stronę szefa.

- Wszystko z nią w porządku. – odpowiada, starając się wytrzymać jego miażdżące spojrzenie.

Karski uśmiecha się szeroko, w sposób pokazujący, że to on jest górą.

- Kłamiesz? Mnie?

Niemal widać jak wszystkie mięśnie Aleksa napinają się a po delikatnym uśmiechu, który jeszcze przed chwilą błąkał się po jego twarzy teraz nie ma śladu.

- Nie śmiałbym. Przechodziła drobne problemy zdrowotne, ale teraz już jest dobrze.

Cisza. Nikt nie ośmiela się odezwać. Patrzą tylko po sobie, albo wbijają wzrok w swoje talerze, udając zainteresowanie posiłkiem. Szef gładzi palcem swoje wąsy i mruży lekko oczy. Zaraz jednak uśmiecha się mało szczerze.

- Liczę, że i ona niebawem zaszczyci nas swoją obecnością.

- Na pewno.

Karski porzuca temat i zajmuje się swoim talerzem, Aleks natomiast skupia wzrok na Gosi.

- Pierwsze zabójstwo masz już za sobą, tak? – zwraca się do niej.

Robert wolnym ruchem obraca głowę w jego stronę. Ich spojrzenia krzyżują się, jak dwie zderzające się siły.

- Nie miałam jeszcze tej przyjemności – słyszy tuż obok jej spokojny głos, w którym zdenerwowanie jest niemal niewidoczne. A zwłaszcza dla osób, które jej nie znają.

- Robert przez dwa miesiące nie pozwolił ci zabić żadnej szumowiny? – kręci głową – On zawsze taki nadopiekuńczy – dodaje nie bez ironii.

- Urozmaiciła nam się ostatnio branża – wtrąca Filip, uśmiechając się do Gosi. – Coraz mniej kanalii stąpa po tym świecie.

Aleks zdaje się całkowicie go ignorować. Podnosi swój kieliszek do góry, rzucając przelotne spojrzenie na osoby po jego lewej i prawej stronie.

- Pozwolę sobie więc wznieść toast za naszą nową siostrę, przyjaciółkę. . . niech szczęście jej dopisuje i niech rozwinie skrzydła, pracując  już teraz na własny rachunek.

- Powodzenia! – odzywa się kilka głosów.

Niedługi czas potem, gdy każdy wypił już przynajmniej po jednej lampce wina, słyszeć można tu i ówdzie rozmowy, a nawet niegłośne śmiechy. Można niemal rzec, że atmosfera zdecydowanie się rozluźniła. Jedni rozmawiają, inni jedzą, jeszcze inni tańczą. Ot niewinna prywatka większej grupy przyjaciół.

Małgorzata Ceglarek siedzi oparta o tył krzesła, obserwując ludzi wokół niej. Jej towarzysz został wciągnięty w wyglądającą na niezwykle zajmującą rozmowę kilka metrów dalej. Chwilę temu odszedł od niej Filip, którego spławiła w mało subtelny sposób. Doskonale zdaje sobie sprawę, że jego zainteresowanie jest jej winą, gdyż do tej pory chcąc wywołać zazdrość u Roberta tylko je podsycała. To jednak nie zmieniało faktu, że chłopak nawet w najmniejszym stopniu jej nie interesował. Pomijając najbardziej oczywistą kwestię rzemiosła jakiego się podejmował, Kępiński jest zadufany w sobie, arogancki, ze zdecydowanie zbyt luźnym podejściem do życia.

- Jak ci się podoba? – głos Karskiego sprawia, że omal nie podskakuje w miejscu.

Przenosi na niego swój wzrok i uśmiecha się nieznacznie.

- Bardzo przyjemnie, dziękuję – odpowiada grzecznie, kiwając mu głową.

Mężczyzna opiera się o kant stołu i cmoka z dezaprobatą.

- Twoje oczy aż za dużo wyrażają. – odzywa się, a jej przez moment robi się słabo – Nie chcę, żebyś się mnie bała. Widzisz, między strachem a szacunkiem jest dość istotna różnica. Nigdy nie dążyłem do rozsiewania strachu, a przynajmniej nie wśród tych, którzy na to nie zasłużyli.

Dziewczyna ponownie kiwa głową. Przez umysł przebiega jej tysiąc sposobów, na zrobienie mu krzywdy, jednak z jej ust wydobywa się tylko krótkie:

- Będę pamiętać.

Karski wybucha śmiechem, aż kilka stojących bliżej osób spogląda na nich z zaciekawieniem.

- Ah, Małgorzatko, Gosiu… jak wolisz, żebym się do ciebie zwracał?

Zanim jednak ona zdąży odpowiedzieć, on już kontynuuje, wciąż gładząc się po tych swoich okropnych wąsiskach.

- Jesteś naprawdę uroczą osóbką. Możesz niesamowicie daleko zajść w naszej organizacji. – kaszle krótko – Zatańczymy?

Dziewczyna podaje mu swoją dłoń. Czuje jego spoconą skórę, pod opuszkami swoich palców. Zbiera jej się na mdłości. Gdzieś w zakamarkach umysłu błąkają się krzyczące myśli „Gdzie jest Robert?!!”. Idzie jednak przed siebie, pozwalając się prowadzić. Pozwala położyć sobie jego wilgotne łapsko na swojej talii, pozwala szeptać do ucha brednie, których nie da się słuchać.

- Masz wdzięk i niewinność w spojrzeniu. Jeśli tylko dodać do tego ikrę, zaszłabyś daleko.

Dziewczyna nie patrzy mu w oczy. Jedną dłoń ma ukrytą w jego, drugą położoną na jego ramieniu. Głowę obróconą bokiem, jej delikatne nozdrza wdychają unoszący się wokół niego zapach dymu papierosowego. Czuje na sobie spojrzenia innych, widzi wbity w siebie wzrok. Nigdzie nie ma Roberta.

- Dziękuje – spokój z jakim wypowiada to jedno słowo zaskakuje nawet ją samą – To wiele dla mnie znaczy, zwłaszcza wypowiedziane, przez pana.

Drga mimowolnie, gdy czuje  dotyk jego palca sunącego wzdłuż jej odsłoniętego obojczyka.

- Ciągle jesteś taka wystraszona – jego szept sprawia, że zaczyna zbierać jej się na mdłości. – A przecież nic ci tu nie grozi. – chwyta w dwa palce za jej podbródek i brutalnie zmusza do spojrzenia na siebie. – Nie zrobię ci nic złego, jeśli tylko będziesz szanować mnie i organizację. To przecież tak niewiele.

- Będę – ona również szepcze z niepokojem patrząc, jak jego dłoń przenosi się na jej dekolt, szyję. Odgarnia jej włosy do tyłu. Druga ręka zsuwa się po jej plecach, wzdłuż kręgosłupa, aż na tyłek.

Dziewczyna porusza się nerwowo, ale on jej na to nie pozwala. Już chwilę temu przestali tańczyć. Stoją teraz niemal na środku pomieszczenia, a ona ma ochotę uciec. Jego palce zakreślają koła na jej dekolcie, obrysowują jedną z jej piersi przez materiał sukienki..

- Proszę…nie..

Karski jednak uśmiecha się tylko i niby przypadkiem zahacza o materiał sukienki, chcąc rozchylić go, by dać sobie lepszy dostęp. W tym momencie przez jej spanikowany umysł przebiega myśl. Następne wydarzenia dzieją się niezwykle szybko. Dziewczyna unosi wolną rękę do góry i wykonuje zamach. Nim jednak jej palce zdążają się zderzyć z jego twarzą silny uścisk czyichś palców zaplata się wokół jej nadgarstka. Przymyka oczy.

Robert Pol gwałtownym ruchem odwraca ją ku sobie. Jego wzrok jest zimny, przepełniony wściekłością. Jego dłoń niemal śwista w powietrzu. Uderzenie jest tak silne, że dziewczyna traci równowagę i upada. Czuje krew z rozciętej wargi, która sączy się z kącika jej ust. Czuje jej smak na języku. Nie ma odwagi spojrzeć w górę.

Brunet wykonuje krok do przodu, jednak dłoń Karskiego zdecydowanym ruchem go wstrzymuje. W pomieszczeniu panuje idealna cisza. Jedni patrzą z zaciekawieniem, inni z triumfem, jeszcze inni z pewną dozą strachu.

- Wystarczy, Pol. – przenosi wzrok na zebranych. Odzywa się głośniej, by każdy go słyszał. – Co prawda jej odwaga graniczy z głupotą, ale w końcu widzę w niej potencjał. Niemniej jednak następnym razem odstrzelę jej dłoń.

67. When we’re together, emotion overload in the heat of pleasure.

Tytuł pochodzi stąd:

- Odebrało ci rozum! – warczy na nią, a jego oczy ciskają gromy.

Stoją na przeciw siebie, pośrodku jego salonu, rozświetlonego sztucznym światłem wiszącego żyrandola. Pora jest już dość późna, jednak nie przeszkadza im to w kłóceniu się.

- Sam powiedziałeś, że Karski może podejrzewać, że coś jest między nami… i że to źle..

- Uczucia są słabością, którą on będzie w stanie wykorzystać. Czy tak trudno to pojąć?! Wiedząc, że jesteś dla mnie ważna i odwrotnie, będzie to wykorzystywał. Następnym razem poprosi ciebie, bo będzie wiedział, że to zaboli mnie bardziej! A znajdujemy się w tak beznadziejnej sytuacji, że potknięcia to tylko kwestia czasu.. – kończy, wzdychając. Odwraca się od niej i opiera dłońmi o parapet, pochylając głowę.

- Dlatego powinien zobaczyć, że to nie prawda. – odzywa się cicho, podchodząc do niego powoli. Kładzie swoją dłoń na jego ciepłej dłoni. Czuje jak spina się nieznacznie.

- Nie pozwolę ci na takie ryzyko. – odzywa się wcale nie głośniej i odwraca głowę w jej kierunku. Jego czarne oczy wbite w nią z taką intensywnością, że na moment traci pewność siebie.

- Ryzykuję każdego dnia, odkąd zostałam wplątana w organizację.

Mężczyzna  prycha zirytowany. Podchodzi do barku i nalewa sobie alkoholu do szklanki.

- Zdecydowanie za dużo pijesz.

- Od kiedy stałaś się moją matką?!

Dziewczyna zbliża się do niego. Wyciąga mu z dłoni szklankę i sama upija dość duży łyk. Odstawia naczynie na barek i mierzy go wyzywającym spojrzeniem.

- Karski ci nie ufa. A jeśli ci nie ufa, będzie nam patrzył na ręce. Jeśli będzie nam patrzył na ręce, bardzo szybko umrzemy. Ryzyko jest nie ważne, musimy to zrobić.

Odstawia z głośnym trzaskiem trzymaną w dłoniach szklankę.

- Nie. – odwraca się do niej tyłem, napełniając ją na nowo.

- Więc może od razu wejdźmy trzymając się za rączki!

- Za moment cię zaknebluje.. – burczy bardziej do siebie niż do niej.

- To raczej nie rozwiąże naszych problemów.

Gwałtownie odwraca się, celując w nią palcem. Jego wściekłe spojrzenie przeszywa ją na wskroś.

- Posłuchaj mnie uważnie, bo nie zamierzam powtarzać. NIE ZROBIĘ TEGO. Nie waż się mi przerywać – syczy, widząc, że otwiera usta – Twój poprzedni pomysł był głupotą, ale to teraz przechodzi wszelkie wyobrażenie debilizmu.

- Bo?

Niemal słychać, jak zgrzyta zębami, a dłonie mimowolnie zaciskają się w pięści.

- Bo zanim ja zareaguję, ktoś inny może to zrobić za mnie!  Zdajesz sobie sprawę, że nie będziemy tam sami? Wejdziemy do pieprzonej jaskini ze stadem wygłodniałych lwów z zapędami sadystycznymi. A ty chcesz zacząć tam wyrażać swoje zdanie? Aż tak bardzo nudzi cię to życie? Jestem w stanie zabić cię w bardziej humanitarny sposób.

Dziewczyna nieznacznie się uśmiecha.

- Nie zabiłbyś mnie..

- Oczywiście, że nie, Idiotko!

- Idiotka nie była tu konieczna.

- To zacznij się zachowywać, jak istota myśląca i przestać podnosić mi ciśnienie.

- Robert.. – zaczyna i bierze głęboki oddech.  - Ja to zrobię. I ty też, jeśli nie chcesz, żeby coś mi się stało.

W tym momencie trzymana przez niego szklanka przelatuje przez pokój a jej odłamki rozbryzgują się dookoła. Dopada do niej i łapie ją ramiona.

- Myślisz, ze możesz stawiać mi warunki? – cedzi przez zaciśnięte zęby – Szantażować mnie?! Poszliśmy raz do łóżka, ale to nie oznacza, że dam ci się ustawiać po kątach.

Dziewczyna odwraca wzrok i zagryza wargę. To ją zabolało. Nie wie, dlaczego, przecież do jego chamstwa jest już przyzwyczajona. Wyrywa mu się i siada w kącie kanapy.

- W takim razie nie powinno być dla ciebie problemem wykonanie tego drobiazgu. W końcu wtedy na weselu, to było tylko pieprzenie…

Mężczyzna przymyka na moment oczy, starając się uspokoić. By nie złapać jej i nie rozerwać na strzępy. Wraca ulotną, samotną myślą do tych czasów, gdy jego życia nie komplikowała zaawansowana uczuciowa relacja z kobietą. Gdy w ogóle w jego życiu niemal nie było uczuć… Jakież wszystko było wtedy proste. Co najbardziej szokujące wie, że jej plan, ma szanse powodzenia. Jest nowa, zależy na niej Karskiemu. Jeśli tylko nie przesadziłaby ze swojej strony.. skończyło by się na tym jednym.. i gdyby chodziło o przypadkową osobę, nie wahałby się ani chwili. Jednak chodzi o nią. Nie ufa Karskiemu. Ani jemu, ani całej reszcie tych sukinsynów, którzy będą tam obecni. Poza tym plan zakładał jego wkład, a tego nie może zrobić.

- Nie masz prawa wymuszać na mnie czegoś takiego. – mówi już łagodniej, jednak wciąż surowo, z przyganą. Spogląda na odłamki szkła walające się po całej podłodze. Przenosi wzrok na nią. Okrąża stolik i opiera się o niego tyłem. – Wiem, że chcesz znaleźć złoty środek na cały ten burdel, ale nie tędy droga, Małgosiu. Pójdziemy tam jutro razem, nie będzie w tym niczego dziwnego z racji tego, że byłaś do tej pory pod moją pieczą. Zachowuj się wyniośle i zimno, ale z szacunkiem. Moją osobę ignoruj. Nie nawiązuj kontaktu wzrokowego, staraj się nie zwracać do mnie i nie szukać w tłumie. Gdyby ktokolwiek pytał o ostatnie zlecenie, przeproś, zrzuć wszystko na brak wprawy, na element zaskoczenia, którym uraczyła cię ofiara. Obiecaj poprawę. Pamiętaj, że jesteś dumna z bycia częścią tego gówna. Graj, bo jeden niewłaściwy ton głosu i oboje będziemy martwi.

Dziewczyna spogląda na niego nie bez wyrzutu.

- Dlatego uważam….

Jednak nie kończy zdania. Uniemożliwiają jej to jego zachłanne usta z pasją wpijające się w jej wargi.

- Nie waż się nigdy więcej mówić, że to tylko pieprzenie. – szepcze prosto w jej usta, tak, że jego oddech delikatnie łaskocze jej skórę.

- Ach tak? – uśmiech się figlarnie, mrużąc przy tym oczy.

- Zamilknij choć na moment – mruczy jej do ucha, całując jej szyję, potem dekolt.

Jedną ręką rozpina sobie guziki, drugą opiera ciężar tuż obok jej głowy. Kolanem rozsuwa jej nogi, czuje jej palce pomagające mu pozbyć się ubrań. Czuje jak natykają się na szwy na ramieniu, czuje, jak w jednej chwili zdaje się wycofywać. Pogłębia pocałunki, nie pozwalając jej się wycofać. Wsuwa dłoń pod jej plecy i unosi do góry, w zwierzęcej niemal pasji zdzierając z niej górną cześć garderoby.

Jej zapach, jej dotyk, jej szybszy oddech. Jej jęki, jej pomruki, jej drżenie…

Jej chichot, gdy oboje ześlizgują się na podłogę i teraz to ona góruje nad nim. Jej dotyk wilgotnych warg, na jego piersi, brzuchu. Krótkie liźnięcie języka, pod wpływem którego on przymyka na moment oczy. Dłoń wsuwająca mu się do bokserek.

….

W zupełnie innym miejscu, w przestronnej sypialni, przy ogromnym oknie z widokiem na morze znajdują się dwie osoby. Ona, blondynka, ubrana w skąpą czarną koszulkę nocną, opiera się półnagim tyłkiem o stojące pod ścianą biurko. Wzrok ma zaciekawiony i jakby przygnębiony z dozą zirytowania.

- Urządza przyjęcie na cześć tej wywłoki? To jakiś żart. I ty lecisz – dodaje już z czystą złością.

Stojący przy łóżku brunet zastyga w bezruchu, przestając w połowie zamykać zamek w torbie podróżnej. Odwraca się do niej i wzdycha nieznacznie.

- Alicja. . . wiesz dobrze, że nie mogę lekceważyć rozkazów twojego ojca. To i tak dość dziwne, że przez tyle czasu zostawiał nas w spokoju.

Jej głośny, wymuszony śmiech odbija się echem od ścian.

- Tatuś ma głęboko gdzieś córeczkę wariatkę, która może zaszkodzić jego dojnej krowie.

Brunet podchodzi do niej, kładąc dłonie na jej biodrach.

- Nie rób głupot. Przylecę pierwszym samolotem po tym cyrku.

Patrzy jak ona powoli przesuwa wzrokiem po jego twarzy a jej spojrzenie łagodnieje, jak na ustach pojawia się uśmiech. Jest nieporównywalnie lepiej. Udało mu się zaciągnąć ją na wizytę do lekarza, którego podczas jej trwania kilkakrotnie wyzwała i na końcu chciała zdemolować mu gabinet. Dostała leki, których nie bierze systematycznie, jednak mimo tego dają jakieś efekty. Ciągle widzi w niej ból. Ciągle współodczuwa to ukryte cierpienie, które każdego dnia niszczy ją na nowo. Ciągle słucha obsesyjnych wynurzeń o Robercie Polu, w którego cieniu niezmiennie się znajduje. I nieważne, że to on z nią tu jest. Nie ważne, że to on ma ją w całkowitym posiadaniu kilka razy dziennie. Że to on słyszy jej głośne krzyki spełnienia. Nie ważne, że to jego twarz widzi, wstając rano i to z nim wykłóca się czasem o łazienkę. Pieprzony Robert Pol zawsze będzie na pierwszym miejscu.

Wiadomość od Karskiego była dla niego zaskoczeniem, mimo, że w jakiś sposób spodziewał się, że ich nietykalność w końcu się skończy. Przyjęcie? Na cześć tej małej? Na samą myśl chce mu się śmiać. Nie jest w stanie uwierzyć, że to wystraszone dziewczę zaczęło zabijać. Chyba, że Pol dobrze maskuje wszelkie niedociągnięcia swojej kochanki. O tak.. widział to od samego początku. Od momentu, w których okazało się, że ta dziewczyna jest córką Sienkiewicza. Już wtedy wiedział, że jest dla Pola ważna. I już wtedy należało ją usunąć.. ale Karski najwyraźniej ma specyficzne poczucie humoru. Chyba, że niczego nie zauważył, co wydaje się nazbyt abstrakcyjne, by mogło być realne. A gdyby tak odkryć karty i ich pogrążyć ? Musi wybadać sytuację.

Nagle czuje jej wargi ocierające się o jego. Ona nie otrzymała zaproszenia. Aleks nie miał pojęcia, czy bardziej go to cieszyło, czy niepokoiło. Nie da się ukryć, że Alicja podpadła ojcu po tej żałosnej akcji z blondynem. Nie chciało mu się jednak wierzyć, że ot tak zostawi ją w spokoju. Wszyscy przecież wiedzą, że z organizacji nie ma wyjścia. To coś, co wiąże, do końca życia. Bał się również, że zaproszenie na przyjęcie jest równoznaczne z powrotem do gry. Rzecz jasna nie stał się łagodnym barankiem i nie miał nic przeciwko samym zleceniom. Jednak nie potrafił sobie wyobrazić, ze go przy niej nie będzie. Czasem przez godziny, czasem dni.. a może nawet tygodnie. Nie może jej zostawić, wie że bez niego zginie. A jeśli nie, to na pewno narobi kłopotów, które sprowadzą na nią śmierć.

- Będę grzecznie na ciebie czekać. Pozdrów tatusia.

Dziś króciutko, za to też odrobinę szybciej. Następny będzie dłuższy, bo chcę zawrzeć w nim całe przyjęcie. Buziaki :*

 

66. If the last thing that I do is bring you down I’ll bleed out for you

Tytuł rozdziału z tej piosenki:

 

Mężczyzna opada bokiem na rozłożone łóżko, odchyla głowę do tyłu. Wciąż trzęsie się lekko z zimna, jego oddech jest nierówny.

- Daj mi klucze do swojego mieszkania – mówi Gosia wyciągając ku niemu drżącą rękę. – Przyniosę ci jakieś suche ubranie.

- Nie ma potrzeby – podpiera się łokciem i próbuje wstać – Sam tam pójdę.

Jednak zanim jego ręka się prostuje, zgina się na nowo. Dziewczyna kręci głową.

- Nie ruszaj się stąd. Przyniosę ubrania i zadzwonię po taksówkę. Jedziemy do szpitala.

Mężczyzna z trudem przełyka ślinę. Sięga do kieszeni i podaje jej pęk kluczy.

- Zapomnij o szpitalu. Nic mi nie jest.

Dziewczyna otwiera usta, nie mogąc uwierzyć.

- Chyba żartujesz! Krwawisz! – głos niebezpiecznie zaczyna się jej łamać, bierze głęboki oddech i kontynuuje – Z ledwością trzymasz się na nogach, musi cię zobaczyć lekarz.

- Przypomnij mi, od kiedy mówisz mi co mam robić? – warczy, zaraz jednak krzywi się pod wpływem kolejnego promienia bólu, rozchodzącego się po całym ciele.

-Ktoś chyba musi, bo sam co najwyżej jesteś w stanie się wykończyć! Jedziemy do szpitala – powtarza mrużąc oczy w ten konkretny sposób, który ma dać mu do zrozumienia, że nie odpuści. Odwraca się na pięcie i niemal biegiem odchodzi.

- Po moim trupie – burczy za nią, czego ona oczywiście już nie słyszy. Zaczyna kaszleć. Ból się pogłębia. Zaciska zęby. Musi ściągnąć to przemoczone ubranie i zobaczyć w jakim stanie jest jego ręka, która zaczyna coraz bardziej drętwieć.

Poprawia się więc w miarę swoich możliwości na łóżku zsuwa płaszcz z ciała. Wbrew pozorom ta prosta czynność wcale nie zostaje wykonana szybko i z łatwością. Zdrowa ręka powoli wysuwa się z rękawa, ruch ciała skutkuje kolejnymi porcjami nieprzyjemnych odczuć. Lewa ręka i syk wydobywający się przez zaciśnięte zęby, gdy  płaszcz wadzi o materiał marynarki i koszuli, które szarpią powoli krzepnącą ranę. Nasiąknięte wodą, ciężkie okrycie osuwa się na podłogę. Mężczyzna oddycha nierówno, jak po przebiegniętym maratonie.

Drzwi się otwierają. Dziewczyna wpada do środka, rzucając na łóżko suche ubrania.

Widząc jego lewą dłoń pokrytą krwią, twarz, która nagle zrobiła się niebezpiecznie blada, sięga po telefon i zaczyna wybierać numer.

- Nie waż się – warczy na nią, czując chłodne krople potu perlące się na czole. A może to pozostałość po lodowatej wodzie, od której wciąż miał wilgotne włosy? Niemniej jednak ogarnia go słabość. – Nie pojadę do szpitala, przyjmij to do wiadomości. Nie zamierzam wplątywać się w żadne lekarsko – policyjne sprawy.

- Oh tak, bardzo to dojrzałe. Ukrywać się i umrzeć w czterech ścianach.

- Nie umieram!! – podnosi głos i zaraz krzywi się, czując ból w okolicach żeber.

Gosia zbliża się do niego i bez pytania zaczyna rozpinać guziki jego koszuli. Mężczyzna unosi do góry jedną brew.

- Co ty wyrabiasz? Jakbyś nie zauważyła, nie do końca jestem w formie na igraszki.

Dziewczyna całkowicie go ignoruje, zastanawiając się jednocześnie jakim cudem ma jeszcze siłę na złośliwości.

- Twoja ręka… – urywa, pomagając mu wydostać się z marynarki. Widząc biały materiał koszuli, rozerwany przez ostrze noża na lewym rękawie i niemal w połowie pokryty czerwienią przytyka dłoń do ust. Jest przerażona.

- Idź jeszcze raz do mojego mieszkania – jego głos sprawia, że drga nieznacznie – W kuchni pod zlewem jest butelka spirytusu. W sypialni, w komodzie znajdują się zagięte w łuk igły razem z nicią.

- Nie mówisz poważnie…

Dziewczyna nie jest w stanie zrobić ani kroku. Kilka godzin temu była świadkiem śmierci młodej kobiety, ale panika zaczęła ogarniać ją dopiero teraz, gdy widzi tego mężczyznę, trzymającego się resztkami sił. Gdy wie, że wołami nie zaciągnie go na ostry dyżur i co gorsza gdy wie, że on sam chce się pozszywać.

- A czy wyglądam jakbym żartował? Rusz się, kobieto, zanim się wykrwawię!

Gosia zaczyna odczuwać rosnącą złość.

- Więc może należałoby teraz siedzieć w sali szpitalnej!! Jak chcesz w takim stanie szyć sobie rękę?!

Pol milknie na moment i spogląda na nią wymownie.

- Nie… – wyrywa jej się.

- Nie dramatyzuj. Nigdy nie przyszywałaś guzika? Idź po ten cholerny spirytus! I zgarnij z barku butelkę koniaku. – Gosia wciąż patrzy na niego, jak na przybysza z innej planety. – Proszę cię. – dodaje ciągle odrobinę burczącym tonem.

Gdy ona odchodzi, on z wyraźnym wysiłkiem stara się wydostać z mokrej koszuli, która jak na złość uparcie przylepiła się do jego ciała. Oczy zachodzą mu niepożądaną mgłą, a ból staje się jakby częścią jego świadomości. Chwyta mocno za materiał, gdy pozostaje mu już tylko ten jeden rękaw do zsunięcia i pociąga za niego szybkim, energicznym ruchem. Z gardła wyrywa mu jęk. Stara się unormować oddech jednak z marnym skutkiem. Mruga oczami, chcąc pozbyć się tych pieprzonych mroczków. Krew na nowo płynie, brudząc narzutę łóżka. Zdrową ręką odpina pasek od spodni. Jedno cięcie noża i nagle stał się inwalidą! Ze złości i frustracji zgrzyta zębami.

W końcu nadchodzi ona. Mając na twarzy wypisane takie przerażenie, że wywołuje u niego złośliwe prychnięcie.

- Widziałaś jak strzelam w głowę tamtej kobiety a przeraża cię igła i trochę krwi?

Kręci mało przytomnie głową i przysiada na skraju łóżka.

- Nie umiem szyć … zwłaszcza ludzi.. – zerka w bok, jak siłuje się z dolną częścią garderoby. – Ściągnąć ci spodnie?

- Umiem jeszcze wykonywać podstawowe rzeczy!! – wydziera się i pozbywa się spodni, krzywiąc się przy tym, gdyż gwałtowne ruchy tylko potęgują efekty obrażeń. Chwyta za butelkę, którą ona trzyma w dłoniach i odkręcając korek pociąga spory łyk. Ostry smak alkoholu rozlewa się po wnętrzu jego ust, przełyku.

Gosia odkłada resztę rzeczy i chwyta za spodnie, które mu przyniosła. On spogląda na nią unosząc brwi.

- To nie moje.

- Było w twojej szafce, więc chyba jednak.

- Ja nie noszę dresów!

- Najwyższa pora zacząć. – Przebiega wzrokiem po jego ciele, a jej oczy są tak pełne współczucia, że to aż dla niego nie do zniesienia. – Dziewięćdziesiąt procent Twojego tułowia pokrywają siniaki, w ogóle najlepszy były jakiś szlafrok, albo..

- Dawaj te cholerne dresy! – kaszle kilka razy.

Chwilę potem ona trzęsącymi się rękoma trzyma w dłoni igłę i patrzy na ciągle krwawiącą ranę, jakby sama miała zemdleć. On zaś coraz częściej przysuwa butelkę do ust. Gdy nagle niespodziewanie polewa jego ranę spirytusem, mężczyzna wydaje z siebie dziki, chrapliwy wrzask. Ona odskakuje na niedużą odległość i patrzy na niego wielkimi oczami.

- Nie dotknę się tego!

Brunet oddycha przez zaciśnięte zęby i mrozi ją spojrzeniem.

- Dotkniesz! Tylko na przyszłość uprzedzaj o podejmowanych czynnościach! Siadaj!

Dziewczyna ponownie łapie za igłę. Bierze kilka głębokich wdechów. Zbliża koniuszek igły do jego ciała. Zastyga w bezruchu.

- Zrobisz to zanim się zestarzeję?

Naciska i patrzy jak igła gładko przechodzi przez skórę. Jego usta wykrzywiają się. Chwyta za butelkę, pociąga kolejny łyk.

- Dobrze ci idzie. – chwali ja po chwili ponuro.

Ona nic nie odpowiada. Jej żołądek zdecydowanie zbyt mocno jest ściśnięty z nerwów.

- Czy to..Karski ci to zrobił? – pyta kwadrans potem, gdy udaje jej się skończyć i z wyraźną niechęcią odrzuca od siebie igłę.

- On nie brudzi sobie rąk, ma od tego ludzi – odpowiada zmieniając pozycję na leżącą. Wypity alkohol zaczyna działać na niego usypiająco, zwłaszcza, ze zeszłej nocy nie spali zbyt dobrze. Jednak również zdecydowanie znieczulał. Nie pozbył się bólu całkowicie, ale jest chociaż w stanie myśleć.

- Takich, jak ty kiedyś? – pyta ona cicho.

Przenosi na nią wzrok i kiwa powoli głową.

- Z tym, że ja robiłem  dużo gorsze rzeczy..

- To przeszłość..

- Przestań dobijać mnie swoją naiwnością. Sądzę, że wystarczająco dzisiaj przeszedłem.

- To ja powinnam ją zabić… – zabiera głos po dłuższej chwili. Jednak odpowiada jej cisza. Cisza przerwana sekundę potem jego cichym pochrapywaniem.

Gosia wplata dłoń we włosy. Zsuwa się z łóżka i otacza je przelotnym spojrzeniem. Narzuta nadaje się do wyrzucenia. Kto by tam jednak w takim momencie przejmował się jakimś kawałkiem materiału? Patrzy na niego, jak jego brwi ściągają się co chwila, jakby śniły mu się koszmary.. Ostrożnie zbliża się i przyklęka obok. Wyciąga palce w jego kierunku i odgarnia mu włosy z czoła, przesuwa nimi po jego policzku.

- To nie może tak wyglądać – szepcze cicho, do siebie.

Nie ma pojęcia co dokładnie tam się wydarzyło. I śmiało może przyjąć, że nigdy w pełni się nie dowie. Jednak Robert został pobity a to aż nazbyt wyraźnie pokazuje, że Karskiemu nie spodobało się zlekceważenie jego warunków. Idąc tym tokiem rozumowania, oczywistym jest, że musiał zażądać poprawy. Idąc jeszcze dalej, powinna zacząć zabijać. Powinna stać się zimnym, wyrachowanym mordercą, by nie dopuszczać do takich sytuacji, by ratować jego życie i swoje. I tu nasuwa jej się dręczące ją od jakiegoś czasu pytanie. Ilu ludzi musi jeszcze zginąć, by oni mogli żyć? i owszem, nie chodziło tylko o ich dwójkę. Przecież gdzieś tam na świecie istniał jeszcze Adrian, była Ruda i Sebastian. Każdy kto kiedykolwiek miał z nią styczność mógł być zagrożony, gdy będzie podejmować złe decyzje. Z drugiej jednak strony, to trochę jak zabawa w Boga. Wybieranie między jednym życiem a innym. O ile w ogóle będzie w stanie kiedykolwiek kogokolwiek zabić. Mówić o tym, to jedno, ale wykonać… Dlatego musi wymyślić coś innego.

Pomysł nadszedł sam siebie. Siedząc przy wstrząsanym gorączkowymi dreszczami Robercie, które dopadły go następnego dnia, płacząc i przeklinając go w duchu za chory upór wpada na coś, co później wydało jej się tak okropnie oczywiste. W tej konkretnej chwili nie jest w stanie myśleć intensywniej o niczym co nie jest jego osobą lub zimnymi okładami, które co chwilę zmienia. Co chwilę sięga po telefon i na nowo go odkłada. Powinna zadzwonić po karetkę, albo wpakować go do taksówki.. powinna, jednak tego nie robi. Wie doskonale, że on ucieknie ze szpitala przy pierwszym niemrawym przebudzeniu. Jeśli w ogóle by do niego dotarli. Zmienia więc te okłady, mierzy mu temperaturę i rwie włosy z głowy, modląc się pierwszy raz od wielu miesięcy, by wyszedł z tego.

Dwa dni później jest znacznie lepiej. Gosia co prawda wciąż jest chodzącym kłębkiem nerwów, jednak temperatura Pola wraca do normy i jego ruchy zdają się nie sprawiać mu już bólu na każdym kroku. Przenosi się on do swojego mieszkania, gdzie właśnie w tej chwili siedzi razem z nią przy stole w salonie, kończąc jeść zamówiony z pobliskiej knajpki obiad. Dziewczyna nie odzywa się zbyt dużo, co zdecydowanie daje mu do myślenia.

- Wykrztusisz w końcu z siebie to, co chodzi ci po głowie? – pyta najpewniej jak zwykle zbyt ostro i burcząco.

Gosia odsuwa od siebie talerz i bierze głęboki oddech. Unosi głowę lekko do góry i krzyżuje z nim spojrzenie.

- To nie może tak dłużej wyglądać.

Brunet marszczy czoło nie rozumiejąc.

-Oczywiście sama z siebie nie rozwiniesz swojej wszystko wyjaśniającej wypowiedzi?

- Zacznijmy ratować tych ludzi.

Złośliwy uśmiech znika z jego twarz, zastąpiony dogłębnym niedowierzaniem.

- Udam, że tego nie słyszałem. – rzuca od niechcenia i włącza telewizor, gdzie natyka się na lokalne wiadomości i informacje o poszukiwaniach właśnie tej konkretnej kobiety, którą wczoraj zabił. Klnąc pod nosem, wyłącza urządzenie.

- Dlaczego? Przecież uratowałeś kiedyś jedną osobę – dziewczyna nie daje za wygraną. – Dlaczego nie można tego powtarzać? Moglibyśmy ratować tych ludzi, pozorując ich śmierci.

- To szaleństwo. Równie dobrze możemy urządzić sobie tu małe harakiri.

- A jeśli to jedyny sposób? Nie uciekniemy przed organizacją, a ja nie zamierzam do końca życia zabijać niewinnych ludzi i nie… – podnosi się gwałtownie i celuje w niego palcem – … nie zamierzam patrzeć jak przeze mnie się nad tobą znęcają.

- Twoje poczucie winy w tym wypadku jest zbyteczne. A ten zapewne genialny w twoim mniemaniu pomysł niewykonalny.

- Dlaczego?

Mężczyzna wodzi pełnym politowania wzrokiem po ścianach i suficie. W końcu skupia się na jej twarzy.

- Poziom twojej inteligencji wprost nie przestaje mnie zadziwiać.

- To żaden argument.

- Chcesz argumentów? – podnosi głos. – Wymyśliłaś sobie zabawę w superbohaterów i nakręcasz się jak mała dziewczynka na kupno kucyka. Pomyślałaś choć przez chwilę co stałoby się, gdyby ta twoja podwójna gra się wydała? Nawet nie masz pojęcia jaki ból można zadać człowiekowi. Co znaczy błagać o śmierć na skraju szaleństwa z bólu! Przyjmij w końcu do wiadomości, że to nie jest pieprzony plac zabaw!

- I dlatego do końca życia mamy zabijać ludzi? Przecież jeśli nie zacznę zabijać czeka mnie najpewniej ten sam los.

Tym razem Robert nie odpowiada. W głowie dudnią mu słowa Karskiego, które własnie przekazywały tą samą informację. I prawda jest taka, że mężczyzna nie ma najmniejszego zarysu planu na przyszłość, nawet tą najbliższą. Sytuacja już dawno stała się patowa, jednak dopiero teraz w pełni to odczuł. A ich relacja dodatkowo wszystko utrudnia. Nie jest w stanie jednoznacznie określić ile Szef wie o tym, co ich łączy. Pewnym jednak jest, że taka wiedza w jego posiadaniu zdecydowanie mogła tylko sprowadzić na nich jeszcze większe kłopoty. Bo przecież zbyt dużo faktów można wtedy połączyć, do zbyt niewygodnych wniosków dojść. A werdykt zawsze będzie ten sam – śmierć. Mruży oczy patrząc na jej zaciśnięte usta i ten wzrok, dający mu do zrozumienia, że nie odpuści. Jej upór sprawia, że rośnie w nim złość.

- Nie zamierzam kontynuować tego absurdalnego tematu.

- To ja słucham, co proponujesz? Będziemy czekać aż zatłuką cię na śmierć albo zabiją nas we śnie?

On już otwiera usta, by coś powiedzieć, ale przerywa mu dźwięk przychodzącej wiadomości. Sięga po leżący na stole telefon. Odczytuje na głos.

W dniu jutrzejszym w moje rezydencji odbędzie się przyjęcie. Uczcimy zakończenie szkolenia panny Sienkiewicz. Nieobecność jest niedopuszczalna. 

65. Steel to my tremblin’ lips. How did the night ever get like this?

Tytuł rozdziału pochodzi stąd:

 

- Tak, to był Karski – odpowiada na niezadane pytanie, gdy pozbywszy się ciała wracają do Wrocławia.

Gosia przymyka lekko oczy. Luzuje pas i podciąga stopy na siedzenie. Zagryza dolną wargę.

- Widział, że nie zabiłam tej dziewczyny… – nie pyta, tylko cicho stwierdza fakt.

Powoli odwraca głowę w jego kierunku. Jego twarz zdaje się być niby z kamienia. Napięta, jednak pozornie nie wyrażająca żadnych uczuć. Tylko oczy…

- Mówiłem ci, że będzie nam patrzył na ręce.

Chwila dłuższej ciszy, którą przerywa jedynie przekleństwo bruneta, skierowane do jakiegoś niedzielnego kierowcy.

- Co teraz? – pada ciche, jakby nieśmiałe pytanie. – Zabiją nas?

- Tobie nic się nie stanie.

- Skąd…- urywa. – Co masz na myśli mówiąc „tobie”?

Mężczyzna prycha ze złością.

- Mam ci wyjaśnić znaczenie tego prostego słowa? To znaczy, tyle, że odwożę cię do mieszkania i masz się tam zaszyć dopóki nie wrócę.

Dziewczyna nie kryje przerażenia.

- Skąd nie wrócisz.. ? Robert…

- Nie utrudniaj – przerywa jej. – Zamilknij na moment, chcę skupić się na drodze.

Dziewczyna potrząsa głową i parska zdenerwowana.

- Wezwał cię tak? Przecież nie możesz tam iść.. Nie pozwolę, żeby cię zabili! – podnosi głos i dotyka jego dłoni, która ma położoną na drążku zmiany biegów.

Mężczyzna zerka na ich dłonie, zaraz jednak wraca wzrokiem na jezdnię, kładzie obie ręce na kierownicy. Śmieje się krótko, jednak w najmniejszym nawet stopniu nie wesoło, a wręcz smutno. Tak,że przez jej ciało przechodzi dreszcz.

- Jeśli kiedykolwiek będę miał zginąć, ZAWSZE na to pozwolisz – odzywa się z pewnością, a wręcz rozkazem w głosie. – Twoje życie zawsze będzie cenniejsze od mojego.

- Nie…

- Nie przerywaj mi – warczy, włączając kierunkowskaz. – Dziś nie zginę, więc przestań zachowywać się, jak rozhisteryzowana nastolatka. Nie musisz mi tak dobitnie przypominać ile masz lat.

- Skąd ta pewność? – pyta ona, ignorując końcowy komentarz.

- Stąd, że siedzę w tym znacznie dłużej niż ty – mężczyzna nawet nie stara się kryć irytacji. – Karski mnie nie zabije, bo zbyt mu zależy na moich zdolnościach. I powiedzmy, że czuje ten rodzaj niezdrowego sentymentu w stosunku do mojej osoby – krzywi się wyraźnie.

- Więc.. po co masz tam jechać?

Mężczyzna z wyraźnie mocniejszym naciskiem obejmuje palcami kierownicę.

- Nie wypełniliśmy zlecenia tak, jak sobie tego życzył. Chce wyjaśnień i muszę mu je przestawić. Wysiadaj.

Dziewczyna dopiero po chwili uświadamia sobie, że samochód się zatrzymał. Wciąż jednak patrzy na niego. Trzęsącymi się dłońmi odpina pas.

- Ukrywasz coś przede mną.

- Jakże bym śmiał – uśmiecha się złośliwie.

- Robert!

- Wyjdź z mojego samochodu, albo cię wyrzucę. I to nie będzie przyjemne doświadczenie.

Ona jednak wciąż z uporem stara się spojrzeć mu w oczy, Nie jest to jednak takie proste, ponieważ on usilnie odwraca głowę. Gdy mijają kolejne sekundy, a ona niezmiennie wyczekująco na niego patrzy, on wydaje z siebie bliżej nie zidentyfikowany dźwięk i z wściekłością wychodzi z samochodu. Okrąża go i staje przy drzwiach pasażera, które otwiera gwałtownym ruchem.

- Wysiadaj – parska ze złością.

Robi to. Staje na przeciw niego i gdy on ma już odwrócić się  i odejść, zarzuca mu dłonie na szyję i przyciska nos do jego klatki piersiowej. On przymyka na moment oczy i zaciska i tak napięte już mięśnie szczęki. Obejmuje ją jednak, przez chwilę chłonąc słodki zapach jej perfum. Jego silne ramiona przyciskają jej delikatne ciało do swojego, głowa pochyla się nad jej uchem, a usta szepczą nad wyraz łagodnie:

- Przestań, Głupia, przecież wrócę.

Dziewczyna spogląda na niego, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że z jej oczu płyną łzy, które moczą jego płaszcz. Pociąga nosem i mruga kilkakrotnie.

- Obiecujesz?

Jest niemal pewna, że w kąciku jego ust pojawił się nieznaczny uśmiech. Chwyta ją za ramiona i odsuwa od siebie.

- Idź do swojego mieszkania, nie wychodź z niego dzisiaj. Rusz się, do cholery! – dodaje z ponownie pojawiająca się złością, po czym omija ją i bez kolejnych zbędnych według niego słów, wsiada do samochodu i odjeżdża.

Ona natomiast zostaje na tym pustym parkingu, pociągając nosem i patrząc z niepokojem, jak znika za zakrętem.

Kilkanaście minut później przekraczając po drodze kilka razy prędkość, Robert Pol zatrzymuje się na miejscu. Szybkim krokiem przemierza chodnik, schody i kieruje się do dobrze mu znanego biurowca. Stara się zachować spokój, przybrać maskę zimnej obojętności. Wyrzucić z umysłu niepotrzebne, rozpraszające go myśli.

Szklane drzwi rozsuwają się automatycznie a on już wie, że to nie będzie przyjemne spotkanie. Mniej więcej w połowie holu stoi wysoki mężczyzna, którego widział może raz w życiu. Ogolony na tak zwane zero, barczysty w czarnym garniturze. Uśmiecha się do niego nieprzyjemnie i gestem dłoni wskazuje schody prowadzące na dół. No tak, czegoż innego mógł się spodziewać? Podąża więc za mięśniakiem, starając się opanować uczucie strachu mimowolnie wkradające się w jego umysł i ciało. Jego twarz nie wyraża nic. Potrafi doskonale grać i niesamowicie mu się to teraz przydaje. Nie zdradza nic schodząc do ciemnego korytarza, ani gdy staje przed dobrze znanymi mu drzwiami. Gdy jego towarzysz puka, a potem wchodzi do środka wspomnienia uderzają w niego z podwójną siłą.

Duże, puste pomieszczenie skąpane w ciemnych barwach. Pod zakratowanym, zasłoniętym oknem nieduży stolik, na którym rozłożone są wszelkiej maści, połyskujące w świetle żarówki narzędzia. Noże, kombinerki, strzykawki a nawet imadło i młotek. Pod ścianą stoi wiadro z wodą, na środku metalowe, niewygodne krzesło. O stół opiera się tęgi, niewysoki, wąsaty mężczyzna, trzymający w ustach cygaro.

- Robert Pol… – odzywa się, przeciągając każde ze słów. Uśmiecha się, jednak jego spojrzenie mrozi. Kiwa dłonią na mięśniaka, który staje nieopodal, czekając.

Karski zbliża się do bruneta, który czuje zimny pot perlący mu się na karku i klepie go po ramieniu.

- Sprawiasz mi ogromny dyskomfort. – kiwa ponownie na tego barczystego, który w jednej sekundzie doskakuje i uderza bruneta pięścią w twarz.

Pol zatacza się lekko. Zaraz jednak prostuje się, spluwa w kąt krew z rozciętej wargi. Jeszcze nie dawno sam był katem…przez tyle lat. To nauczyło go, że nie warto się bronić. Każda reakcja skutkuje większą ilością ciosów, obrona oznacza śmierć.

- Ale na pewno rozumiesz …- kontynuuje Karski – …że nie mogę pozwolić, na niesubordynację. Naraziłeś dobre imię organizację, ją całą. – okrąża bruneta, który intensywnie wpatruje się w ścianę przed sobą. Kolejne skinienie palców i kolejny cios, tym razem w okolice żołądka. A po nim jeszcze kilka następnych o podobnej lokalizacji.

Robert zgina się w pół, upada na kolana.

- Panna Sienkiewicz jest pod twoją pieczą. Jednak widzę, że nie radzisz sobie z takim obowiązkiem. Być może powinienem zmienić jej opiekuna? – zadaje sam sobie, niby obojętnie, pytanie.

Pol zdusza w sobie jęk i opiera stopę na podłodze. Wstaje.

- To się więcej nie powtórzy. – odzywa się z największą pewnością głosu, na jaką go stać.

- Nie wątpię. – robi krok w jego stronę i wbija w niego świdrujące spojrzenie. – Albo ta mała suka zacznie zbijać, albo… – przytyka dłoń do brody, stukając w nią palcem kilka razy. -… jeszcze nie wiem, ale będzie błagać o śmierć. A ty..nie rozczarowuj mnie więcej. Jesteś moim najlepszym człowiekiem, szkoda byłoby gdybyś nagle musiał zginąć.

- Poprawię się. – odpowiada Robert, z ledwością utrzymując wyprostowaną postawę. Patrzy, jak mięśniak zbliża się do stołu i po chwili zastanowienia chwyta za krótki nóż o czarnej rękojeści. Dreszcz przebiega przez całe jego ciało, nigdy jednak nie da po sobie poznać, że ogarnia go panika.

- Wierzę – szepcze mu cicho do ucha Karski. – Jednak przyda ci się lekcja, dzięki której nie zapomnisz.. – dodaje z wyraźną satysfakcją. Odwraca się jeszcze w kierunku tego drugiego i kiwa głową. Następnie nie odwracając się już ani na moment wychodzi z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.

Mięśniak wolnym krokiem, nie spiesząc się podchodzi do niego a z każdym ruchem jego usta rozciągają się coraz bardziej w nieprzyjemnym, zimnym uśmiechu. Unosi dłoń do góry. Ostrze błyska a następnie styka się z ciepłą skórą warg Pola. Tępa krawędź sunie do kącika ust, przechodzi na policzek, Czubek ostrza wadzi o okolice krtani. Przenosi się na ramię, ukryte pod płaszczem. To jednak w niczym nie przeszkadza. Z każdym kolejnym milimetrem ostrze zagłębia się coraz bardziej. Mężczyzna czuje szczypanie. Skóra zostaje rozcięta. Ciepła krew sączy się z rany. Gryzie się w język, by nie wrzasnąć z bólu. I potem nie wiadomo skąd cios. Potem następny. Upada. Usta wypełniają mu się krwią, Pluje. Oczy zachodzą mu mgłą, gdy zostaje kopnięty w żebra. Zduszony jęk wydziera się z jego ściśniętego gardła. Stara się ponieść, jednak zraniona ręka odmawia posłuszeństwa, szkarłatna ciesz kapie na posadzkę. Zostaje podniesiony i niczym worek rzucony o ścianę. Kolano oprawcy ląduje na jego brzuchu, pięść na nosie, traci świadomość. Trwa to kilka minut. Lodowata woda wylana na jego twarz i ciało sprawia, że otwiera oczy. Unosi głowę, jednak jego oprawca jest już przy drzwiach, odchodzi.

Brunet rozchyla lekko usta dysząc przez nie. Zdrową ręką podpiera się, starając się unieść ciężar ciała. Dłoń początkowo ślizga się po mokrej podłodze, jednak w końcu się udaje. Zduszony krzyk wydostaje się z jego wnętrza, gdy stara się wyprostować. Tysiące igieł zdają się wbijać jednocześnie w każdy milimetr powierzchni jego ciała. Zaciska zęby, choć ma ochotę krzyczeć z bólu i sunie przy ścianie,  nie zważając na wciąż kapiącą z prawej ręki krew, kieruje się do wyjścia. Każdy stopień, każde uniesienie nogi, zdaje się rozrywać go od środka. Język wciąż czuje metaliczny smak krwi, przechodzi przez pusty hol. Zimne powietrze uderza w niego otrzeźwiając nieco. Przed oczami tworzą mu się mroczki. Przyciska rękę do tułowia, nie chcąc by krew kapała za nim, narażając go na uwagę przechodniów. Lokalizuje szybko swój samochód i lekko się zataczając zmierza ku niemu. Ktoś posyła mu pełne dezaprobaty spojrzenie, zapewne biorąc za pijanego. Z trudem wygrzebuje z kieszeni kluczyki. Otwiera drzwi i wsiada. Odchyla głowę do tyłu, oddychając ciężko. Mokre włosy lepią się mu do czoła, mokre ubranie sprawia, że zaczyna drżeć z zimna. Uruchamia silnik. Wbija paznokcie w kierownicę, nie zważa na ból. Odjeżdża z parkingu.

Gdzieś w zakamarkach rozsądku przechodzi mu przez myśl, by doprowadzić się do porządku a potem dopiero wrócić na Poznańską. Jednak coraz większe uczucie słabości daje mu do zrozumienia, że do kiepski pomysł. Parkuje więc pod swoim blokiem i rzucając pod nosem wiązankę przekleństw na widok dwóch staruszek plotkującym pod klatką, postanawia poczekać. Na szczęście babcie szybko przechodzą dalej. Wychodzi więc z samochodu i po chwili w której mocuje się z kluczami wchodzi na klatkę. Schody. Na samą myśl czuje ból. A potem jest tylko gorzej. Opierając się o barierkę pokonuje kolejne stopnie. Krew, chłód, szczękanie zaciśniętymi zębami. Kolejne stopnie. Jeszcze kilka. Ból. Słabość. Drętwienie ręki, którą ciągle przyciska do ciała. Drugie piętro. Podchodzi do drzwi swojego mieszkania. Klucze z głośnym brzdękiem upadają na posadzkę. Nie ma nawet siły by przekląć. Schyla się, jednak ból żeber sprawia, że uginają się pod nim kolana. Zgarnia klucze, opiera się dłonią o ścianę, bezwiednie puszczając tą drugą, krew brudzi podłogę.

- Robert… – słyszy jej przerażony głos za sobą. Ostatkiem sił dźwiga się na nogi. Odwraca do niej przodem.

- Nie patrz tak na mnie, Ceglarek. Żyję. – z ostatnim słowem zatacza się ponownie.

Dziewczyna podbiega do niego i pozwala mu oprzeć się na sobie. Ze wszystkich sił hamuje się by nie zacząć krzyczeć i płakać. Jego twarz. Rozcięta warga i łuk brwiowy, sina plama rozlewająca się na połowie policzka. Ten ból, który stara się maskować,a który ona doskonale widzi. Z ulgą przyjmuje, że mężczyzna nie protestuje. Pozwala prowadzić się do jej mieszkania, gdzie chwilę potem zamykają się za nimi drzwi.

….

Pisałam ten rozdział w kilku podejściach, coś ostatnio wena mnie nie lubi.
Mam prośbę, gdybym zaczęła psuć Roberta, krzyczcie:)
Dobranoc:*

64. Gotta slow up, gotta shake this high. Gotta take a minute just to ease my mind.

Tytuł pochodzi z tego tu o :

Z dedykacją dla Darii, która co chwile pyta o nowy :*

 

Małgorzata Ceglarek siedzi na skórzanym, czarnym fotelu w mieszkaniu swojego sąsiada, który ostatniej nocy stał się dla niej zdecydowanie dużo bliższy i patrzy tępo w krawędź stolika tuż przed nią.

- Wiec muszę to zrobić. – wydobywa się z jej ust. Pozbawiony emocji głos drażni jego i tak trzymane z ledwością w ryzach nerwy.

Rzuca z głośnym trzaskiem na stół portfel i klucze, które pod wpływem włożonej w ten gest siły suną jeszcze przez ułamek sekundy po powierzchni blatu. Ona nawet nie raczy go spojrzeniem.

- Ceglarek, do cholery! Jeśli myślisz…

Jej krótki, mało przyjemny śmiech przerywa jego wypowiedź.

- Więc powróciliśmy do Ceglarek, PANIE Pol ? – przenosi na niego pełne złośliwości spojrzenie a jemu przechodzi przez myśl, że zdecydowanie zbyt dużo czasu spędza w jego towarzystwie.

Mężczyzna wzdycha głośno. Przesuwa dłonią po twarzy i czole.

- Małgosiu – dodaje warcząc, co zdecydowanie niszczy efekt zdrobnienia – Uspokój się, bo na czas zlecenia zamknę cię w szafie!

- Oh, tak, potem wskoczysz w moje fatałaszki i wykonasz zlecenie. I nie zapomnij się w przyspieszonym tempie sklonować, bo muszą tam być obecne dwie osoby.

Jego otwarta dłoń z ciężarem opada na blat, tuż przy jej splecionych dłoniach.

- Nikogo dzisiaj nie zabijesz. – syczy.

Jest coraz bardziej zdenerwowany, jednak ona o to nie dba. Skoro nie jest w stanie podać jej żadnych godnych uwagi konkretów, dla niej sprawa jest prosta. Gwałtownie wstaje i okrąża fotel, opierając się ostatecznie dłońmi o blat stołu, tuż przy jego palcach. Zadziera głowę, spoglądając na niego wyzywająco.

- To ja bardzo jestem ciekawa, jak z tego wybrniemy.

Gwałtownym ruchem łapie ją za ramiona i ściska, wbijając wzrok w jej brązowe oczy.

- Zastanawiające, że tak lekko podchodzisz do zabicia niewinnej dziewczyny – cedzi – Przestań grać, bo oboje wiemy, że jesteś przerażona i niezdolna do takiego aktu.

- Bo to ma teraz jakieś znaczenie – prycha ona a jego trafia szlag.

Odsuwa się od niej i celuje w nią palcem.

- NIKOGO NIE ZABIJESZ!! – drze się tak, że najpewniej słyszy ich cały blok.

- NIE DRZYJ SIĘ NA MNIE!! – odpowiada niemniej cicho, czując jak całe jej ciało drży ze zdenerwowania. – To nie ja chciałam w to wchodzić, nie moja wina, że mój ojciec narobił głupot! – gestykuluje energicznie trzęsącymi się rękami – Nie moja wina, że zostałam w to wszystko wplątana. Nie chciałam. Wolałabym teraz rozważać kierunki studiów, a nie tkwić tu z tobą i zastanawiać się nad …- urywa.

Wzrok, którym ją teraz obdarza, uświadamia jej, że powiedziała kilka słów za dużo. Że to wszystko zabrzmiało nie tak, jakby chciała.

- Niesamowite, jak szybko zaczęłaś żałować. – warczy i zgarnia kurtkę z wieszaka. – Czekam w samochodzie.

- Robert, ja..

Ale odpowiada jej tylko głośne trzaśnięcie drzwi. Dziewczyna zgarnia z kanapy małą poduszkę i rzuca nią przez pokój. Tak, zdecydowanie wszystko się skomplikowało. Ale kto by pomyślał, że ten gruboskórny gbur jest taki wrażliwy.. Zwłaszcza, że on jeszcze do niedawna nie przebierał w słowach. Tak naprawdę wątpi, by w tej kwestii wiele się zmieniło. Natężenie decybeli w jego cudownym głosiku nie zmniejszyło się ani o jotę.

Boi się. To oczywiste. Pozostało im kilka marnych godzin. Zaczyna mieć wrażenie, że specjalnie dostali tak mało czasu, żeby się nie przygotować, nie wymyślić niczego. Jak mogłoby ją to nie przerażać? Prawda jest jednak taka, że jeśli tego nie wykona, najprawdopodobniej sama zginie, a jeśli organizacja uzna ją za zdrajce.. kto wie, kto będzie musiał zapłacić za jej rzekome błędy? Ma mętlik w głowie i zaczyna jej się mieszać co jest słuszne a co nie. I być może kieruję nią strach..być może nie myśli racjonalnie. Jednak widzi tylko jedno wyjście z tej sytuacji. Zerka w bok, na stolik, na którym wciąż lezą kluczyki do samochodu i portfel. Wdycha głośno. Musi się przebrać, zahaczyć o łazienkę. . .

W tym samym czasie Robert Pol schodzi po schodach i wydostaje się na zewnątrz. Odpala papierosa i wsuwa go między wargi. Sięga dłonią do kieszeni najpierw jednej, potem drugiej. Tylnych nie miał, bo przecież wciąż ma na sobie ten przeklęty garnitur.

Brak kluczyków.

Oczywiście, przecież zostały w tym cholernym mieszkaniu na cholernym stoliku! Opiera się tyłkiem o maskę i przymyka lekko oczy, z drżeniem zaciągając się dymem. Wariuje. Zaczynają nim kierować emocje, a to bardzo źle. Pytanie tylko, jak przy niej ma być stoikiem, skoro ona robi wszystko by doprowadzić go do szału?! Przeklęta dziewucha. Po co mu to było? Zaangażowanie, uczucia… przez to wszystko jest teraz w czarnej dupie, nie mając zielonego pojęcia, jak wybrnąć. Nie może pozwolić, by to ona pociągnęła za spust. Obiecał sobie, że nie dopuści, by przekroczyła tą cienką granicę. By musiała żyć z wizerunkiem ofiary za zamkniętymi powiekami. By wyrzuty sumienia złamały ją a potem każdego dnia rozszarpywały na nowo.

Nie wie ile tak siedzi ale w pewnym momencie widzi jej postać wychodzącą z bloku. Włosy związała w kok. Założyła obcisłe dżinsy, chyba tylko po to, by rozkojarzyć go jeszcze bardziej i jakąś luźną bluzę. Wręcza mu portfel i kluczyki i patrzy tak.. przepraszająco.

- Nie żałuję niczego związanego z tobą. – szepcze, starając się uśmiechnąć. – I nigdy nie będę.

Nie odpowiada. Patrzy tylko jej w oczy, tak intensywnie, jakby coś z nich odczytywał. Trwają tak przez dłuższą chwile, po czym on wymija ją i wsiada do samochodu. Otwiera jej drzwi do środka.

- Wsiadaj, nie mamy czasu – rzuca, a ona jest niemal pewna,  że w tym głosie przebiła się nuta czegoś, co nawet ośmieliłaby się nazwać wzruszeniem.

Przejeżdżając przez pierwsze skrzyżowanie dziewczyna nie wytrzymuje ciszy.

- Więc jak to ma wyglądać? Będziemy na miejscu za niecałą godzinę i..

- To proste -przerywa jej dość szorstko. – Wyciągnę z twojego pistoletu wszystkie kule. Strzelisz, ale nic się nie wydarzy. W tym samym momencie ja również pociągnę za spust. Moja broń będzie ukryta. Rozumiesz?

Gosia przełyka głośno ślinę.

- Ona zginie…

- A ty myślałaś, że będziemy się bawić w zbawców? – atakuje ją, na nowo poirytowany – W swoim życiu uratowałem jedną osobę. Ale to igranie z diabłem. Nie będziemy tego powtarzać.

- Nie wykonałeś kiedyś zlecenia?

Mężczyzna uśmiecha się w trudny do interpretacji sposób i mruży lekko wpatrzone w jezdnię przed nim oczy.

-Pamiętasz kto nas wyciągnął z piwnicy rezydencji, w której twoja głupota nas uwięziła?

- Jakiś informatyk… – bąka, niespecjalnie zadowolona, że on znowu jej to wypomina.

- Ten jakiś informatyk ma siostrę. Dostałem na nią zlecenie niecały rok temu. On jakimś cudem się o tym dowiedział, błagał mnie, żebym darował jej życie. Upozorowałem jej śmierć. Kazałem wyjechać i zaszyć się w jakiejś dziurze. Dlatego nas wyciągnął, miał dług do spłacenia.

-Ale ty nie możesz… – błagalne nuty w jej głosie sprawiają, ze ma ochotę zatrzymać się i wysadzić ją tu, teraz.

- W ciągu dwudziestu lat zabiłem więcej ludzi, niż byłby w stanie ogarnąć twój mózg. Co za tym idzie, mogę i zrobię to. Jestem mordercą, Małgorzato, powinnaś w końcu przyjąć to do wiadomości.

Dziewczyna odwraca głowę w stronę okna, wplata palce we włosy. Głowa boli ją od natłoku sprzecznych myśli. Musi być jakieś rozwiązanie. Przecież to nie może tak wyglądać do końca ich życia. Nie mogą biernie wykonywać poleceń w nadziei, że któregoś dnia samo się naprawi. Bo przecież, może nie naprawić się nigdy.

Pole. Otwarta przestrzeń z dwóch stron otoczona lasem. Znajdująca się pośrodku dwóch miejscowości. Lekko z boku, przecięta wiejską ścieżką. Trawa, która dopiero kilka dni temu uwolniła się od zimnego ciężaru śniegowego puchu, wygląda dość szaro. Drzewa mają łyse gałęzie i tylko niektóre iglaki dumnie obnoszą się ze swoją całoroczną zielenią.

Robert Pol parkuje samochód na uboczu i wychodzi z niego rozglądając się dookoła. Kawałek dalej dostrzega samotnie stojącą postać, która niewątpliwie wykazuje dość duże zniecierpliwienie. Opiera się łokciem o krawędź dachu. W skupieniu, lekko mrużąc oczy śledzi każdy najmniejszy ruch istoty, która za moment wyzionie ducha. Unosi dłoń i kciukiem przesuwa po dolnej wardze. Słyszy, cichy trzask zamykanych drzwi. Czuje jej obecność tuż obok siebie.

- Nie wie, że tu jesteśmy?

- Nie wiem. Ale to nie istotne. Nic nikomu nie powtórzy.

Otwiera drzwi po swojej stronie i sięga do schowka, z którego wyciąga czarny pistolet. Opróżnia magazynek, naciska kilka razy za spust, jednak słychać tylko stłumione kliknięcia. Wręcza dziewczynie broń. Przesuwając wzrokiem po jej twarzy.

- Schowasz broń w rękawie kurtki. Dalej zrób to. – ponagla zniecierpliwiony.

Dziewczyna marszczy się ale wykonuje polecenie.

- Teraz pójdziesz do niej i ściągniesz ją tu.

- Jak?

Przeciągłe warkliwe westchnięcie.

- Jak dla mnie możesz nawet zaprosić ją na dziki, lesbijski seks w krzakach.

-Nie sądziłam, że masz takie fantazje.

- Jak widzisz, w ogóle mnie nie znasz.

- Jakoś nie przeszkadzało ci to ubiegłej nocy.

- Nie każ mi żałować – syczy. Chwyta ją za ramiona i odwraca przodem do ścieżki. Lekko popycha. – Jeśli nie będzie chciała, przystaw jej dyskretnie pistolet do boku.

Dziewczyna odwraca głowę i spogląda na niego z wyraźnym przygnębieniem.

- Co ona właściwie zrobiła?

- Nie mamy takich informacji. Idź do cholery!

Idzie więc, starając się zachować zimny spokój pomimo zdenerwowania. Boli ją głowa, boli żołądek. Bierze głęboki oddech. Patrzy, jak dziewczyna odwraca się w jej kierunku i unosi brwi. Pomalowane na czerwono usta, ciemne, proste, długie włosy. Szare oczy, otoczone rzęsami z dużą ilością tuszu na sobie. Na ramieniu ma torebkę, którą przyciska nerwowo do boku, jakby wewnętrznie przeczuwała, że coś złego się wydarzy. Gosia staje przed nią i unosi głowę, patrząc na nią z największą pewnością siebie, na jaką ją stać.

- Chcę z tobą porozmawiać – odzywa się nie głośno, ale też nie szeptem. Wzrok ma wbity w jej twarz. Patrzy jej w oczy, ale jednocześnie stara się nie dostrzegać niczego co z tego spojrzenia się wyziera.

- Kim ty jesteś? – pyta nieznajoma, co ciekawe w jej głosie nie ma zaskoczenia, raczej rosnące zdenerwowanie. – Marcin cię przysłał? Ty jesteś tą cholerną córeczką, która nie pozwala mu na szczęście? Daruj sobie, umówiłam się tu z nim i tylko z nim będę rozmawiać. – dodaje i wyciąga z kieszeni telefon.

Gosia wyrywa jej urządzenie z dłoni. Kieruje ją adrenalina i przebłyski czegoś, co paradoksalnie do sytuacji można by nazwać rozsądkiem. Brunetka przez chwilę wygląda na zdezorientowaną, zaraz jednak unosi do góry obie dłonie jakby się chciała na nią rzucić. Gosia wysuwa delikatnie lufę pistoletu z rękawa.

- Chodź ze mną. – powtarza, nie najlepiej ukrywając drżenie głosu.

W oczach dziewczyny widać strach. Spogląda to na pistolet, to na osobę, trzymającą ją w rękawie.

- O co chodzi?

Robert Pol obserwuje całą sytuację z większym niż zazwyczaj skupieniem. Nie zabił nikogo od wielu tygodni. Obraca w dłoniach broń, gładząc palcami czarną, zimną lufę. Ale przecież to nie coś, o czym można zapomnieć. To po prostu płynie w jego krwi, jakby bezpowrotnie wszczepiło się w DNA. Zgina i rozluźnia na zmianę palce prawej dłoni. Dlaczego więc nagle gdzieś w kącie świadomości czai się opór? Z tym, że to przecież nie ma znaczenia. Zrobi dokładnie to, co musi zrobić. Nieruchomieje na moment widząc poruszenie wśród postaci. Więc jednak dziki seks nie podziałał. Uśmiecha się do siebie w typowy dla siebie mało wesoły i przyjemny sposób. Jednak i ten uśmiech chwilę potem spełza mu z twarzy, gdy widzi, że owo poruszenie zdecydowanie nabiera na sile. Ofiara chce rzucić się do ucieczki, Gosia łapie ją za łokieć i pociąga w swoją stronę, jednak zostaje odepchnięta. Upada. Brunetka zaczyna biec. Następne wydarzenia dzieją się bardzo szybko.

- Kurwa jego mać! – ostre przekleństwo wydobywa się z jego ust a ułamek sekundy potem wybiega na polanę. Unosi broń do góry. Pociąga za spust. Nie słychać nawet krzyku, który najpewniej uwiązł w gardle dziewczyny po tym, jak kula przebiła jej czaszkę.

Ma zaciśniętą szczękę, wzrok, który gdyby mógł zabijałby zamiast pistoletu. Przełyka ślinę i przenosi wzrok na wciąż znajdującą się na ziemi Ceglarek. Dziewczyna opiera się dłonią o wilgotną trawę i patrzy na niego tak, że sam ma ochotę strzelić sobie w skroń. Do jego uszu dobiega dźwięk ruszającego samochodu. Odwraca się gwałtownie. Przez jego twarz przemyka cień paniki. Dobrze zna ten samochód. Ten jeden z wielu. Przez dwadzieścia lat zdążył nauczyć się rozpoznawać wszystkie, nawet jeśli co chwila zmieniał tablice rejestracyjne. Ułamek sekundy potem rozlega się wibracja w kieszeni jego spodni. Wyciąga telefon. Otwiera wiadomość.

Za godzinę chcę cię widzieć w siedzibie. Samego.

 

Ciężkie łapsko strachu na nowo zaciska się na jego wnętrznościach. Jednak czuje też jakiś rodzaj ulgi. Ma przyjechać sam, więc ona jest bezpieczna.