Informacja.

Kochani, robię rewolucję.
Kiedyś obiecałam sobie, że za nic w,świecie nie będę pisać dwóch opowiadań naraz. Jednak w głowie pojawił się taki pomysł ze nie mogę przestać o nim myśleć. Oczywiście nie porzucam szanownego pana Pola. Z tym, ze częstotliwość dodawania rozdziałów moze być mniejsza. Nowe opowiadanie to…nie będzie łatwa historia. Może brzmieć banalnie, bo będzie tam poruszony wątek miłości fanki do celebryty/aktora/idola (niepotrzebne skreślić). Ale pewnie znacie mnie na tyle, by wiedzieć, że będą komplikacje. Chcę poruszyć kilka ważnych i trudnych tematów, mam nadzieję, ze mi się uda. in-love-with-an-angel.blog.pl zapraszam wszystkich, mam nadzieję, ze historia nie wyjdzie mi bardzo banalna. Póki co możecie podziwiać nagłówek i bohaterów ( imiona aktorów zmieniłam na fikcyjne, będę też zmieniać fakty ich,dotyczące. Chodzi tu o sam fakt miłości fan – ktoś sławny, nie o sztywne wbijanie się w konkretne persony. ) Wiem, że wyszło mi masło maślane, ale z biegiem opowiadania będzie klarowniej. Ahhhh…i przepraszam wszystkich za zaległości. Będę nadrabiać. Buziaki :-*

Ahhhh…pierwszy rozdział pojawi się dziś. :-D gwarantuje;-)
Edit: no i prolog też jest.

57. Kiedy wzniosłem się ponad hałas i zamieszanie. Tylko by ujrzeć, co kryje się poza tą iluzją.

Robert Pol wchodzi pewnym krokiem do tramwaju. Staje przy barierce, całkowicie ignorując zaciekawione spojrzenia, kietowane w jego stronę. Stawia dziewczynę na nogi i przekrzywia głowę widząc jej uśmiechniętą twarz.

- Udało się. – szepcze i opiera się dłońmi o barierke. Spogląda na mijany za oknem krajobraz. Wprost rozsadza ja satysfakcja.

Robert Pol tylko przytakuje, nie spuszczajac z niej wzroku. Żadne z nich więcej się nie odzywa. Oboje wiedzą, że to nie jest odpowiednie miejsce. Dopiero, gdy pojazd zatrzymuje się na odpowiednim przystanku a ich ciała owiewa zimny wiatr, dziewczyna ponownie się odzywa.

- A gdzie ten chłopak? Filip?

- Miejmy nadzieję, ze przy samochodzie.

Gosia marszczy czoło. Ma tyle pytań, ze nie wie od którego zacząć.

- Dlaczego właściwie go nie ma i co tam zaszło? I skąd pan się tam wziął?

Brunet raczy ją poblazliwym spojrzeniem.

- Jestem zawodowcem, nie tak łatwo mnie zgubić – odpowiada, nie bez satysfakcji. – Kępiński szepnal ochroniarzowi słówko o rzekomej bombie. Żeby podmienic walizki potrzebne było większe zamieszanie niż to wokół ciebie. Potem uciekł. Liczę, że ma choć minimalny potencjał i wciąż żyje.

Gosia spogląda na niego z niedowierzaniem. Jak może o tym mówić tak lekko?

- A jeśli nie?

Robert przystaje i odwraca ku niej głowę. Ściąga lekko brwi.

- Ceglarek, czego ty właściwie ode mnie oczekujesz? Za dużo ludzi w swoim życiu zabiłem, by rozpocząć nad każdym istnieniem.

I nie czekając na odzew rusza do przodu. Gosia marszczy czoło. No tak. Ma rację, trudno zaprzeczyć. Wzdycha i podąża za nim. Jak się jednak okazuje chłopak ma się dobrze. Zastaja go siedzącego na masce samochodu, na co Pol reaguje zgrzytaniem zębów.

- Zabieraj tyłek z mojego wozu! – warczy.

Podchodzi do drzwi i wsuwa kluczyk do środka. Przekreca.

- Chcę w przeciągu godziny dostać na maila twoje sprawozdanie. A teraz zabieraj się stąd. Cholera wie, czy ktoś nie postanowił nas szukać. Ceglarek do samochodu!

Filip zbliża się do dziewczyny, która właśnie otwiera drzwi od strony pasażera i chwyta ją za rękę. Gosia zaskoczona spogląda na jego twarz, na której widnieje szelmowski polusmiech. Wyciąga z kieszeni długopis i zapisuje na jej skórze ciąg cyfr. Następnie mruga do niej, odwraca się i odchodzi.

- Ceglarek!!

Gosia wyrywa się z osłupienia i spogląda na mężczyznę, krzywiac się lekko.

- Jeśli nawet ktoś nas szuka, to dzięki panu na pewno szybko nas znajdzie. Ma pan głosik, jak syrena strażacka!

- Wsiadaj! – Cedzi on przez zęby i zajmuje miejsce za kierownicą, trzaskajac przy tym drzwiami.

Gosia wzdycha i zajmuje miejsce obok. Zerka na numer telefonu pozostawiony jej na ręce. Ze niby ma zadzwonić? Umówić się na kawę? Żart?

- Chyba nie masz zamiaru na to zareagować – słyszy jego pozornie spokojny, lekceważacy głos.

Dziewczyna wzrusza ramionami.

- Nie wiem. W sumie to go nie znam, ale…

- Ale?! Jakie „ale” dziewczyno? Powinnaś się trzymać jak najdalej od tego wszystkiego. Już wystarczy, że jesteś skazana na mnie od czasu do czasu.

Gosia unosi jedną brew i uśmiecha się nieznacznie.

- Pies ogrodnika z pana.

- Słucham?!!

Dziewczyna omal nie wybucha śmiechem widząc jego gniewnie zmarszczone czoło. Nie do pojecia, jaki mężczyzna potrafi być uparty. I to rzekomo dorosły mężczyzna.

- Oh, nic. Takie tam luźne myśli.

- Ceglarek, uważaj sobie!

Słychać dźwięk silnika. Pisk opon. Samochód wyjeżdża na główna drogę.

- Jest pan pewien, że zabrał odpowiednią walizkę? Może warto do niej zerknąć – podsuwa, bo jest jednocześnie ciekawa, co w niej jest.

Cisza. No tak, obraził się.

Dziewczyna wzrusza ramionami i spogląda na krótko w krajobraz za oknem. Zaraz jednak przenosi wzrok na jego postać.

- Swoją drogą, kim był ten Chinczyk? Jakas gruba ryba, skoro wszyscy tak wokół niego skakali. Ale nie natrafiłam w wiadomościach na żadne informacje o istotnym gościu z zagranicy. Choć może właśnie dlatego. Może był incognito? No ale…

- Zamilcz, do cholery! – Drze się on i rzecz jasna znów włącza przypadkiem wycieraczki.

Dziewczyna wydaje z siebie bliżej niezinterpretowany dźwięk i prostuje się na siedzeniu.

- Idą święta – zmienia temat. – Ma pan jakieś plany?

Mężczyzna milczy przez chwilę, niepewien, czy powinien odpowiadać.

- Nie mam planów.

Gosia marszczy brwi.

- Nie jedzie pan do rodziny?

Kolejna chwila ciszy, po której z jego pełnych, czerwonych ust wydobywa się szept.

- Nie mam rodziny.

I już ona chce się odezwac, już nabiera powietrza…

- Milcz Ceglarek, bo zostawię cię w rowie – jednak tym razem jego głos brzmi inaczej.

Gosia posłusznie przestaje się odzywac. Pogrąża się we własnych myślach.

Do jego uszy dobiega jej perlisty śmiech. Uśmiecha się kacikiem ust i patrz jak kręci się po pokoju w rytm muzyki. Wygląda jak mała dziewczynka z tymi iskierkami w oczach, rumianymi z wysiłku policzkami i blond lokami, które są teraz na całej jej twarzy. Patrzy na nią i czuje ukłucie żalu w piersi. Zniszczona przez własnego ojca. Jego palce mimowolnie sciskaja mocniej materiał kołdry.

- Chodź – zwraca się do niego, a on spogląda na nią pytająco. – Zatańcz ze mną! Chodz, uwielbiam tą piosenkę!

Więc wstaje i chwyta ją za rękę, mimo iż teraz czuje się, jak nastolatek na pierwszej randce. A ona kręci biodrami do rytmu, zmuszając go, by prowadził. Po chwili poddaje się i nawet odczuwa przyjemność z dudniacej mu w uszach skocznej muzyki. Unosi dłoń i okreca ja raz i drugi. Alicja potyka się i opada na jego piers. Unosi na niego swoje oczy. Te iskry, ta dziecięca radość. W tym momencie zabilby każdego skurwysyna, który ośmieliłby się ją dotknąć. Ten śmiech.

- Kocham cię, Aleksiu!

On kiwa głową, odpowiadając jej tym samym. Ostatnio tak często to słyszał. Tak często, ze wyryło to w jego pamięci głęboką bruzde. Wie jednak, że to nic nie znaczy. Te słowa, jak i każde inne. To tylko ulotne fale emocji. Przeplatanka gorszych i lepszych dni. Za dwa tygodnie święta. Nie wróci z nią do Polski. Nie do Karskiego, który pogrąży ją do reszty. Nie do Pola, którego poprzysiagl któregoś dnia zapierdolic, jak psa. Będzie chronił to dziecko w ciele dorosłej kobiety. Bez względu na to, co to oznacza.

Gdzieś w innej części świata na niewygodnym fotelu siedzi młody chłopak. Wyłącza ze złością telewizor. Ma dość oglupiajacych talk- show. Od kilku dni nie może znaleźć sobie miejsca. Większość wolnego czasu sledza na wgapianiu się w te same maile. Czyta te zdania i niemal widzi jak na jej czole tworzy się zmarszczka. Jak wybucha śmiechem i kręci palcem przed jego nosem. Upija łyk piwa i krzywi się. Nawet ono już mu nie smakuje. Nie na nawet z kim go wypić. Nie chciał szukać tu przyjaciół. To przecież tylko tymczasowe. Przecież w koncu wróci do domu. Zerka przez okno. Grube płatki śniegu opadają wolno na jego parapet. Nadchodzą święta. Nigdy nie spędzał ich sam. Jednak nie może ot tak wrócić. I tu nie chodziło tylko o jego bezpieczeństwo. Teraz rozumie, że gdy on jjest w niebezpiecznstwie, zagrożeni są również ci, których kocha. Upija jeszcze jeden łyk, choć wcale nie ma na to ochoty. Tyle go omija. Robert, Gosia… Wesele Karoliny. Uśmiecha się blado ba myśl, co Ruda mu zrobi, gdy oznajmi jej ze się nie pojawi. Zaraz jednak wzdycha. Tak bardzo dziwny jest ten świat.

Rozprasza go dźwięk przychodzącej wiadomości. Przysiada do komputera i odczytuje maila.


Adrian!

Mam do Ciebie istotne pytanie. Czy Pol ma jakąś rodzinę? Jak w ogóle wygląda ta sprawa? Nie mów, że on tak co roku jest sam. Pytań ciebie, bo dobrze wiesz, że on mi nie odpowie.
Co u Ciebie? Pisałeś ostatnio, że się zaklimatyzowales. Bardzo mnie to cieszy i mam nadzieję, ze świętą w gronie nowych przyjaciół choć w minimalnym stopniu zrekompensuja Ci brak rodziny. Pamiętaj, że w końcu wrócisz. Czekamy przecież na Ciebie, ja czekam.

Chłopak zatrzaskuje laptopa i opada na fotel. Chwyta za butelkę i wypija resztę alkoholu. Skończyły się jego siły w dzisiejszym dniu.

- Pieprzony świat – wyrywa się z jego ust.

………

Tak wiem, nie bylo mnie tyle i daje takie toto krótkie takie. Wybaczcie, następny będzie dłuższy.
Nawiasem. Ktoś z Was może lubi Supernatural? Lub jest członkiem fandomu?

56. Między kobietą a mężczyzną możliwe jest wszystko z wyjątkiem przyjaźni.

- To już się robi irytujące. – marudzi Gosia, siadajac na dużej czerwonej sofie w centrum handlowym. – Mam dość świat zanim się zaczeły.

Ruda kładzie obok niej kilka toreb z ubraniami i uśmiecha się pogodnie.

- Co się dziwisz, Lala? Wigilia, za dwa tygodnie. Boże…. – wyraz jej twarzy się nagle zmienia, a ona samą przysiada, właśnie na tych reklamowkach.

Gosia unosi brwi w pływającym geście.

- Za miesiąc biorę ślub.. Wychodzę za mąż… Gośka… Ja…

- Nie mów,że będziesz teraz panikowac – śmieje się i chwyta ją za ręke, ściskajac pocieszająco. – Kochasz Sebastiana, to będzie Wasz cudowny dzień.

Dziewczyna bierze kilka głębokich wdechow.

- A jak twój Romeo? Dalej nie wie, że idzie na ślub.

Gosia peszy się. Od ostatniej wpadki z bardzo…ukrwioną bronią ma wrażenie, że Robert jeszcze bardziej trzyma ją na dystans. Na to z kolei ma teraz idealna sposobność, gdyż szwy zostały już ściągnięte i dziewczyna na nowo przeniosła się do swojego mieszkania. Powoli brakuje jej juz pomysłów, jak do niego dotrzeć. Tak upartego i zawzietego człowieka nigdy nie widziała.

- Pracuje nad tym – gdy napotyka na poblazliwie spojrzenie przyjaciółki wstaje i unosi głowę do góry. – On będzie na tym weselu. Zapamiętaj te słowa.

Ruda wywraca oczami i zaczyna nucic pod nosem „Jingle Bells”. Natomiast Gosia czuje wibracje telefonu w kieszeni. Wyciąga go i czyta wiadomość.

Za godzinę u mnie. R.P

Dreszcze przechodzą przez całe jej ciało. Dreszcze, które niekoniecznie są nieprzyjemne. Nie widziała go od tygodnia. Niesamowite jak bardzo może jej brakować tych jego opryskliwych komentarzy, surowych spojrzeń tych czarnych oczu. Poza tym zlecenie jest okazja do działania. A i one same już jej tak nie przerażają. Od jej pierwszej akcji nie musieli nikogo pozbawiać życia. Może i tym razem…w końcu idą święta. Jak można zlecać zabójstwo przed świętami?

- Wracamy? – zwraca się do Rudej, która rozspiewala się na całego.

Dziewczyna przytakuje i wstaje z kanapy. Zgarnia swoje zakupy i razem wychodzą z galerii.

- Gosia…- zaczyna w pewnej chwili Karolina z miną winowajcy

-Hmmm?

- A nie myslalas, wiesz tak czysto teoretycznie…ze może on poważnie nie chce?

Dziewczyna wchodzi do tramwaju i zajmuje miejsce przy barierce.

- On chce. Wiem to. Jest tylko uparty jak wół.

- To kup większy bat – śmieje się Ruda, stawajac obok.

Gosia uśmiecha się nieznacznie.

- Spedzasz święta u rodziny Sebastiana?

- Na pół z moją rodzina. Kolacje Wigilijna zjemy u tych, którzy mnie nienawidzą, a potem przeniesiemy się do tych, którzy mnie kochają. Drugi dzień świat mamy zamiar nie wychodzić z łóżka.

Gosia marszczy czoło.

- Wasze relacje wciąż są chłodne?

Ruda wzrusza ramionami.

- Nie ma spięć, z jego matką nawet jakoś się dogaduje, ale to wszystko takie sztuczne. Jakby tolerowali mnie, bo muszą, ze względu na Sebka…i odpieprzaja kabaret.

- Ale pomysł o tym, że po ślubie zamieszkacie u siebie, bez nikogo.

Karolina uśmiecha się z rozmarzeniem.

- Taaaak, już nie moge się doczekać. Tylko, zostawię cię samą z mieszkaniem. Gadalaś o tym z Adim? On w ogóle zamierza wrócić do kraju?

O tym aspekcie nie myślała. Zostanie sama w mieszkaniu. Kwestia finansowa jest nie ważna, stać ją na to, jednak mieszkac w pojedynkę? Bez paplania Rudej, bez tej pozytywnej energii, która wokół siebie rozsiewala?

- Będę tęsknić – udaje jej się tylko powiedzieć.

Karolina przekrzywia głowę. Zaraz jednak przytula do siebie przyjaciółkę.

- Oh daj spokój, to tylko kawałek stąd. Będziemy się odwiedzać.

- Tak, tak, Psie Pole to rzut beretem.

W odpowiedzi dostaje łokieć między żebra. Tramwaj się zatrzymuje. Dziewczyny wysiadają.

- Idziesz do mieszkania?

Gosia kręci głową.

- Muszę skręcić na moment do naszego sąsiada, potem jadę z powrotem w miasto. Wrócę trochę później.

Po niedługiej chwili juz dzwoni do mieszkania. Czeka aż otworzy jej drzwi. Przygryzajac warge zauważa pewien uścisk w klatce piersiowej. Lekkie zdenerwowanie i szybsze bicie…

- Idziemy – pada szybkie polecenie z jego ust.

Mężczyzna niewiedziec kiedy wyszedł i już schodzi po schodach w dół.

- Gdzie się pali? – woła za nim ignorując reakcję własnego ciała. – Pomyśleć że trochę ponad pół miesiąca temu przeszedł pan operacje.

Brunet nie raczy ją nawet spojrzeniem. Nie odzywa się, nie przystaje. Wychodzi przed blok i wsiada do swojego samochodu. Wkłada kluczyk do stacyjki i czeka aż zamkną się za nią drzwi.

- Co dziś? – pyta dziewczyna, starając się ignorować jego ignorowanie.

- Schowek, dokumenty.

Dziewczyna przewraca oczami. Jeszcze troche i zacznie jej pisać karteczki albo smsy. Sięga dłonią do schowka i wyciąga plik kartek. Czyta zawarte tam informacje mruzac oczy.

- To już nie są tomiki – mamrocze po chwili odkladajac dokumenty na bok. – Poza tym nie wiem, czy pan wie ale taki ze mnie przewodnik, jak nie powiem z czego koziego co.

Zgrzyt ocierajacych się o siebie zębów. Wybite palce w kierownicę.

- Masz grać – warczy – Takie podstawy powinnaś już znać. W schowku jest przewodnik, doedukuj się na szybko.

Zagląda więc ponownie do niby szufladki i wyciąga niedużą książeczkę z napisem Wroclaw na okładce.

- A pan?

Chwila ciszy. I gdy dziewczyna już się zastanawia czy nie powtórzyć pytania dostaje odpowiedź.

- Ja dziś jestem w cieniu. Pierwsze skrzypce grasz ty. Masz podejść na tyle blisko by zamienić walizki. – widząc jej pytanie w oczach dodaje szybko- Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz. Możesz nawet iść z nim do cholernego kibla?

- Walizki?

- A o czym jest mowa w raporcie?!!! – unosi się i uderza dłonią w kierownicę. Dopiero teraz dziewczyna dostrzega, ze się denerwuje. Robert Pol się stresuje? To aż nadto, by zapalić metaforyczna czerwoną lampkę w umyśle.

- Dlaczego pan jest w cieniu? – Pyta przełykajac slinę. Udziela jej się jego niepokój.

- Nie bedziemy dziś sami. Dołączy ktoś do nas.

- Fabian? – Pyta, jednak już wie, jaką otrzyma odpowiedź.

- Nasz gej awansował w hierarchii. Już nie jest na przyuczeniu, dostaje własne misje. Nie wiem kto to będzie, ktoś nowy. A ja oczywiście muszę mu wszystko pokazać, więc zmuszony jestem trzymać się z boku. Jakbym nadawał się na pieprzona przedszkolanke!!

Gosia milknie analizując informacje. Nowa osoba. Zadanie, które będzie musiała wykonac niemal sama. Dodatkowa para oczu patrząca jej na ręce. Ochrona, pod nosem której ma zamienić walizki. I jeszcze ma być przewodniczką, tak jakby kiedykolwiek była dobra z historii. Przecież to nie ma najmniejszych szans na powodzenie.

- Dasz sobie radę – słyszy jego nazbyt szorstki głos. Nagle dostrzega, ze pojazd się zatrzymał. Więc już? Teraz? – Ceglarek, patrz na mnie, gdy do ciebie mówię!

Dziewczyna odwraca się przodem do niego i od razu tonie w tym intensywnym spojrzeniu, które przeszywa ja na wylot.

- Poradzisz sobie. Zapamiętaj i powtarzaj do znudzenia. I nie bój się!

- Nie boję.

- Nie kłam. Widzę jakie masz rozbiegane spojrzenie. Pocą ci się ręce, oddech masz nierówny. Zaraz zaczniesz szczękac zębami ze zdenerwowania. – dotyka dłonią jej ramienia. – Wszystkiemu będę się przyglądał. Nie omieszkam wkroczyć, gdy będzie taka konieczność.

Odsuwa się i zabiera rękę. Wyciąga kluczyk ze stacyjki.

- W schowku masz mniejszy pistolet. Za sobą kozaki. Broń musisz wsunac w but w taki sposób, by była niewidoczna, ale gotowa do użytku.

- Nie znajdą jej? – pyta zgarniajac z tylnego siedzenia buty.

Odpowiedź następuje dopiero po chwili.

- Nie mogą. Przyszykuj się – dodaje i wychodzi z samochodu.

Twarz ma nieprzenikniona, jednak emocje rozsadzaja mu głowę. Czuje się rozproszony i zły na siebie za nieprofesjonalna postawę. Już ma zacząć obmyslac wersje planów awaryjnych, gdy widzi młodego chłopaka, w wieku zbliżonym do wieku dziewczyny w jego samochodzie. Ma on włosy o odcieniu ciemnego blondu, czarną kurtkę z rozpietym zamkiem i pewny siebie, więc nonszalancki krok. Spojrzenie ciemnych oczu, świadczące o błędnym przeświadczeniu pozjadania wszystkich rozumów. Robertowi aż drga górna warga na ten widok, a przez myśl przechodzi „Kara nie jest adekwatna do winy”

- Witam – odzywa się chłopak i wyciąga rękę do przodu.

Brunet rzecz jasna lekceważy ten powitalny gest, przywdziewajac pełen ironii wyraz twarzy.

- Imię i nazwisko?

- Filip Kępiński.

W tym momencie z samochodu wychodzi dziewczyna. Spojrzenie nowoprzybylego od razu kieruje się na nią i lustruje ja od stóp do głowy, co nie umyka uwadze Roberta.

- Czesc. Gosia – przedstawia się ona i wyciąga ku niemu dłoń.

Chłopak ściska ją, podając swoje imię.

- Skoro już znamy swoje imiona, może w końcu weźmiemy się do roboty?! – warczy Robert, który najchętniej wpakowalby nowego pod pierwszy lepszy samochód.

- Ceglarek, masz wszystko? – Pyta, przechodząc do bagażnika i wyciągając z niego walizkę. Podaje jej ja.

- Mam – odpowiada, patrząc mu w oczy.

- W takim razie idziesz pierwsza. Będziemy minutę za tobą. Znasz plan. Nie improwizuj, trzymaj się tego, co wyczytalas. Idź!

Dziewczyna kiwa głową. Unosi brodę lekko do góry i bierze głęboki oddech. Chwyta za ucho walizki. Odwraca się i odchodzi. Robert zaś kieruje spojrzenie na Filipa i celuje w niego palcem.

- Nie odzywasz się, nie ruszasz, nawet nie oddychasz jeśli ci nie pozwolę. Ja decyduje, ty jesteś tu dziś nikim, zapamiętaj.

Chłopak uśmiecha się kpiąco.

- Ale ty zdajesz sobie sprawę, ze jesteś tylko jednym z trybikow?

Robert Pol jakby dostał w twarz. W jednej chwili doskakuje do niego i przyszpila jego ciało do drzwi samochodu. Jego dłoń zaciska się na kołnierzu młodego, a oczy ciskaja gromy.

- Następnym razie nie dokonczysz zdania. – syczy przez zaciśnięte zęby.

Chłopak unosi ręce w geście kapitulacji.
- Wyluzuj, facet. Myślałem, że mieliśmy iść za tą panienka.

Uścisk brunetka traci na sile, aż kilka sekund później Filip jest w stanie poprawić kurtkę na plecach. Mężczyzna rusza przed siebie, pokazując mu, że ma trzymać się blisko.

W tym czasie Małgorzata Ceglarek bierze kolejne głębokie oddechy, podejrzewając, że za moment przesadzi z tlenem. Jej dłoń zaciśnięte jest na rączce granatowej podręcznej walizki z taką mocą, że kostki jej bieleja. Powtarza w myślach informacje z dokumentów. Peron czwarty, tor ósmy. Zerka na zegarek. Za dziesięć minut. Poprawia fałszywa legitymację na piersi i przestepuje przez próg dworca PKP. Unosi głowę, prostuje plecy. Obcasy jej butów stukaja równomiernie. Uda się. Uda. Schowala Robertowi Polowi ulubioną whisky. Czym przy czymś takim było udawanie przewodniczki? Łapie za barierke i wchodzi po schodach. Nim pokonuje ostatni stopień już ktoś chwyta ją za ramiona i ma pretensje.

- Oszalala pani, pani… – mężczyzna zerka dla pewności na legitymację, gdyż nigdy nie miał pamięci do nazwisk -…pani Wieczorek? Pan Yusatoki będzie tu lada chwila. Coz za niekompetecja!

Wysoki barczysty brunet w garniturze ciągnie ją kilka metrów dalej. Przedstawia jej kolejne cztery osoby. Trzech mężczyzn i jedną kobietę z włosami w kok. Wszyscy ubrani elegancko, stojący niemal na baczność. Dziewczyna rzuca okiem po peronie. Zdecydowanie wyrozniali się na tle innych, luźno ubranych podróżniczów.

- Nie łatwiej byloby samolotem? – Wyrywa jej sie, zanim gryzie się w język.

Ów brunet posyła jej groźne spojrzenie.

- Pan Yusatoki boi się latać.

Z Chin pociągiem? Dobrze, ze całość podróży nie obsługują polskie koleje, bo zdecydowanie do końca swojego życia mógłby nie dojechać.

- Jak twoi przełożeni powinni ci przekazać, nie musisz znać chińskiego. Będzie tłumacz. Nie zbliżaj się zanadto, nie podnoś głosu, nie skopromotuj kraju!

Dziewczyna marszczy się lekko. Kim do cholery jest ten Chinczyk? Zastanawiające, że w tych dokumentach nigdy nie było najważniejszych informacji.

W tym momencie podjeżdża czerwono – srebrny pociąg. Zatrzymuje się. Otwierają się jego drzwi. Nikt nie wychodzi. Gosia z całą pewnością przyjmuje dość mało inteligentna minę,gdy zdaje sobie sprawę, ze jedynymi pasażerami był ów niski skosnooki turysta, jego dwóch nie bardziej wysokich ochroniarzy i tłumacz. To jeszcze bardziej podsyca jej ciekawość i obiecuje sobie, że gdy będzie o wszystkim zapyta Pola.

- Sia u hao! – Dochodzi do jej uszu gromkie powitanie tuż obok niej. Zerka na nich i widzi jak lekko się pochylaja. Robi to samo i skupia wzrok na nowoprzybylym.

Mężczyzna ma już swoje lata. Twarz poorana zmarszczkami, włosy przypruszone siwizna, ciepły uśmiech, który obejmuje również oczy. Szepcze coś to kobiety, stojącej tuż obok, a Gosia domyśla się, że to musi być tłumacz. Jednocześnie kątem oka rejestruje, że walizka, o dzięki której odstawia ten cały cyrk jest w posiadaniu faceta z tyłu, ochroniarza. Wprost cudownie.

- Pan Yusatoki chciałby coś zjeść – odzywa się szczupła brunetka z wyraźnie obcym akcentem. – Najlepiej coś z tradycyjnej polskiej kuchni.

Gosi na myśl przychodzi bar mleczny przy wydziale filologicznym, ale za taki pomysł zapewne mogłoby ją spotkać coś bardzo niemilego więc uśmiecha się tylko i zapewnia, że zna idealny lokal. Jednocześnie stara się przypomnieć sobie ranking restauracji z przewodnika.

- Dokąd? – Szepcze jej do ucha napakowany brunet.

- Kuźnia Smaku, na Kuzniczej – odszeptuje, jednocześnie cicho się modląc by podawali tam chocby schabowe.

Wychodzą na zimne powietrze, gdzie właśnie zaczął padać pierwszy tego roku śnieg. Obcokrajowcy zajmują jeden z samochodów, polska ekipa druga. Gosia rozgląda się przez okno w poszukiwaniu Pola, ale oczywiście go nie dostrzega. Skąd on będzie teraz wiedział gdzie jedzie? A jeśli nie dotrze? Jeśli…. Oddech, drugi, trzeci. Pukanie do drzwi. Tłumaczka.

- Pan Yusatoki prosi panią do naszego pojazdu.

Dziewczyna zachowuje niewzruszony wyraz twarzy i przesiada się. W głowie dudni jej uparcie wciąż to samo pytanie – o co tu chodzi? Kim jest ten człowiek? I czy dane jej będzie się kiedykolwiek dowiedzieć, bo przeciez oni byli tylko od brudnej roboty. Nie musieli wiedzieć o wszystkim.

Z mocno bijacym sercem siada pomiędzy ochroniarzami, naprzeciw specjalnego gościa, który uśmiecha się do niej życzliwie i zaczyna szeptac do brunetki.

- Proszę opowiedzieć o tym mieście. Jak wygląda turystyka, jaka jest historia? Pan Yusatoki chcę również odwiedzić dziś wszelkie katedry i kościoły.

Gosia szczerzy się sztucznie, coraz bardziej skłaniając się do tego, że to sen i za moment się obudzi. Przyjechał bogaty Chinczyk do Polski zwiedzać wrocławskie kościoły.

- Wrocław ostatnio otrzymał miano Europejskiej stolicy kultury – zaczyna od faktu, którego jest pewna. Czuje że dalej będzie ciekawiej i ma nadzieję, ze nikt z tu obecnych nie ma dostępu do Internetu i nie będzie sprawdzał wiarygodności jej słów.

Ukradkiem zerka na mężczyznę z walizką. Jednak nie zostawia jej ani na moment. Trzyma ją w swych dłoniach tak jak ona swoją. Jak do cholery ma je podmienić?

W tym czasie w okolicy dworca Robert Pol klnie głośno.

- Do samochodu szybko! – warczy i przebiega przez drogę na czerwonym świetle, nie dbając o to, że niemal wpada pod niebieskiego Fiata.

Dopada do swojego wozu obraca się za siebie. Chłopak pojawia się tuż obok. Pol zajmuje miejsce za kierownicą i uruchamia silnik. Nie mogą stracić jej z oczu. Co prawda dwie limuzyny krążące po miescie nie powinny być trudne do llokalizacji, jednak w tym czasie wszystko mogło się wydarzyć.

- Mówiono mi że w tej pracy opanowanie to podstawa. – Odzywa się Filip, unosząc wymownie brwi.

- Zamilcz gowniarzu – syczy brunet tak jadowicie, że chłopak mimo przygotowanej riposty, milknie.

Pieprzyc opanowanie i tą robotę. Pieprzyc wszystko, gdy wydarzenia wymykaja mu się spod kontroli. Pieprzyć wszystko gdy ona jest tam samą pośród bandy uzbrojonych ochroniarzy. Uzbrojona w jeden, mały pistolecik, który równie dobrze mogła już stracić.

Na szczęście ciemne pojazdy dopiero odjeżdżają z terenu dworca, więc mężczyzna bez problemu podąża za nimi.

Małgorzata Ceglarek wychodzi z limuzyny. Musi założyć ze jest zdna na siebie. Roberta Pola może tu nie być, bo przecież skad miał wiedzieć dokad pojadą i że w ogole tak szybko opuszczą dworzec. Spogląda na postacie wychodzące za nią. Ma wrażenie, że pan Yusatoki uwierzyłby nawet w patatajace po Rynku jednorożce w towarzystwie elfów i wróżek o teczowych skrzydełkach. Czuje na karku wzrok polskiej ochrony i stara się nie dać po sobie poznać, jak bardzo niekomfortowo się czuje. Ściskajac w dłoni swoją walizeczke podąża za nimi do wybranej przez siebie restauracji. Może faktycznie pójście z tym niewysokim facetem do łazienki nie jest głupim pomysłem. Przecież każdy kiedyś sika. A chyba nie będzie sikal trzymając toto w ręku. Chyba że nie każdy facet musi trzymać sobie… Kręci niemal niedostrzegalnie głową. Całkiem padło jej na mózg.

Wnętrze uderza ją słodkim zapachem lawendy. Zaraz się porzyga. Nie to żeby nie lubila lawendy, ale ten zapach wręcz przytlacza a do tego nerwowy ścisk żołądka robi swoje. Zagraniczny gość jednak wydaje się być zadowolony. Pełnym podziwu wzrokiem rozgląda się po ścianach i wnętrzu a niewiadomo skąd kroczy już ku nim kelner, który prowadzi do stolika otoczonego fotelami o obiciach w kolorze ecrui. Dziewczyna obserwuje ochroniarzy obu krajów, którzy stają lekko z tyłu i najwyraźniej nie mają zamiaru siadać. Pan Yusatoki wraz z ze swoją tłumaczką zajmują miejsca i chwytają w dłonie karty dań. Gosia stoi zdezorientowana, nie wiedząc co ma robić. Zerka na mięśniaka w garniturze który lekko kręci głową. No tak, przecież zawsze może postać i popodziwiac jak inni jedzą.

- Niech pani usiądzie z nami. – odzywa się pani tłumacz, a Gosia robi krok do przodu.

W głowie pojawia się myśl. Szalona i wręcz absurdalna, jednak wie że innej nie będzie. Tak, jak i innej szansy. Tu i teraz. Zrobi to, albo w najlepszym wypadku trafi do więzienia. Przymyka oczy na ułamek sekundy. Kolejny krok. Lekko w bok, w kierunku ochroniarza mającego w dłoni, coś na czym jej zależy. To niedługo stanie się jej znak rozpoznawczy, myśli i osuwa się na ziemię, upadając w taki sposób, że zarowno jej walizką, jak i ta ochroniarza upadają na ziemię. Kątem oka, spod pochylonej głowy obserwuje dokładnie, która, gdzie upada. Stoją tak blisko siebie.

Robert Pol siedzi po drugiej stronie restauracji. Wzrok ma wbity w dziewczynę. Jego usta mimowolnie rozciągają się w przebiegłym uśmiechu. Jest z niej dumny. Plan ryzykowny, ale majacy szanse na powodzenie, pod warunkiem, że się wtrąci. Kiwa głową na chłopaka, sam wciąż obserwuje sytuację. Ochrona okrążyła Gosie, ktoś dzwoni po karetke, ktoś próbuje ją cucic. Nagle ta superważna walizka schodzi na drugi plan. Filip podchodzi do ochroniarzy i szepcze im kilka słów na ucho, po czym ucieka. Ktoś biegnie za nim. Tworzy się chaos. Pan Yusatoki zostaje wprowadzony. W holu pojawia się właściciel restauracji. Gosia wciąż leży na posadzce. Jeden z chinczykow coś do niej krzyczy po chińsku.

- Dość tej farsy – mruczy pod nosem Robert i wstaje z krzesła. Pewnym siebie krokiem podchodzi do dziewczyny, odsuwa od niej niepotrzebnych osobników i bierze ja na ręce.

Ochroniarz próbuje coś mu tłumaczyć, jednak oczywiście ten niczego nie rozumie.

- * Shut up, idiot! – warczy i jakby nigdy nic bierze dziewczynę na ręce. Zgarnia niby od niechcenia jedną z walizek, zwraca się do przerażonej pani tłumacz, ktora niewiedzac czemu wciąż znajduje się w restauracji. – Zabieram ją do szpitala. Zanim ktoś z was jej naprawdę pomoże zdąży umrzeć, biorąc pod uwagę, że jest jej coś powaznego.

Nie czekając aż ktokolwiek zdąży złożyć w logiczną całość jego wypowiedź i otrzasnie się z odretwienia wychodzi, mijając po drodze kelnerów, klientów, z których spora część zdążyła się już ulotnic i właściciela który próbuje coś tłumaczyć, przepraszać, niewiadomo za co. Przechodzi na drugą stronę drogi, przyciskajac jej ciało do piersi. Czuje niemal jej oddech przebijający się przez materiał koszuli. Czuje jak pali jego skórę, jak jej serce bije w przyspieszonym tempie…

Ktoś za nimi wolą, ale on nie zwraca na to uwagi. Wsiada do pierwszego lepszego tramwaju i odjeżdża.

*zamknij się, idioto.

55. Nie, nie chcę się zakochać.

- Oddaj mi to, Ceglarek! – warczy na nią, mordując ja wzrokiem.

Siedzi na swojej kanapie, która niebawem stanie się częścią jego ciała, a której ma już serdecznie dość. Kładzie dłoń na stole i z wysiłkiem podnosi się do pozycji stojącej. Jego.tymczasowa lokatora stoi kilka kroków dalej i w dłoniach trzyma pudełeczko z tajskim jedzeniem. Jego niedoszłym obiadem.

- Ani mi się śni – jej wyraz twarzy jest napięty a głos daje do zrozumienia ze na nic próby przekonania jej. Widząc ze się zbliża odchodzi w stronę korytarza. – A pan jest naprawdę niepoważny. Po czymś takim na pewno wylądowałby pan z powrotem w szpitalu.

- Nie będę żywił się papkami i chlebem.

Dziewczyna wzrusza ramionami i znika w kuchni. Zalewa pudełko woda i wyrzuca do kosza. Ma przynajmniej pewność, że w akcie desperacji go stamtąd nie wyciągnie. Gdy odwraca się widzi jego przygarbiona postać, opierająca się o futrynę drzwi.

- Znów złe pan chodzi. Tłumaczyłam panu, bez gwałtownych ruchów, ostrożnie powoli, najlepiej trzymając się ściany.

Mężczyzna tłamsi w zarodku całkiem okazała wiązankę przekleństw.

- Mam cię powyżej uszu.

Dziewczyna wzrusza ramionami.

- Może pan wrócić do szpitala, skoro się panu nie podoba.

Podchodzi do niego i dotyka jego ramienia. On jednak wyswobadza się i posyła jej nieprzychylne spojrzenie.

- Nie jestem niepełnosprawny – burczy.

Ponowne wzruszenie ramion. Podchodzi do okien i otwiera je.

- Jedynie upierdliwy – mamrocze, uśmiechając się pod nosem.

- Słyszałem!

W tym czasie wibruje jej telefon. Wyciąga go z kieszeni spodni i odczytuje wiadomość od Rudej

Chciałam porozmawiać o twojej propozycji. Wpadniesz do mieszkania?

Odpisuje szybkie jasne i zerka na mężczyznę, który dotarł już do swojego legowiska i mierzy ją wściekłym spojrzeniem.

- Wrócę za godzinkę. Właściwy obiad ma pan w mikrofalówce. Radzę odpuścić sobie szukanie przypraw albo alkoholu, nie znajdzie ich pan.

- Na za dużo sobie pozwalasz – cedzi przez zęby, ale ona już wychodzi.

Opada więc na poduszki i normuje swój oddech. Wedle wytycznych za dwa dni te głupie szwy powinny się rozpuścić, może wtedy przestanie to tak odczuwać. Może wtedy ona stąd odejdzie. Nie był już w stanie znieść jej obecności. Porannego paradowania w kusych koszulkach, tej troski, tych spojrzeń.A ona jeszcze jakby nic sobie z tego nie robiła. Jakby celowo pobudzała jego emocje. Narzuca na siebie koc, leżący obok. Jego wzrok przenosi się na okna. Zostawiła otwarte. Mamrocze więc pod nosem coś tylko jemu wiadomego i wstaje. Wolnym krokiem podchodzi o zamyka. Jedno, potem drugie. Przechodzi do kuchni. Tęsknym wzrokiem zerka do kosza. A mógł w końcu zjeść coś, co miało smak.  Jeszcze kilka dni na trawie i gotowanym mięsie i oszaleje. Zamyka  nieduże okienko, skryte za białą zasłonka i odczuwa naglącą potrzebę skorzystania z łazienki. Toczy się więc wolno w tymże kierunku, oczyma wyobraźni wyobrażając sobie swój obecny refleks na jednej z misji. Nie wierzy w Boga, jednak dziękuję losowi, czy jakiejkolwiek sile wyższej, że Karski się nie odzywa. Otwiera drzwi i święci światło. Jego wzrok pada na różową szczoteczkę do zębów, pozostawioną na pralce. Mimowolnie uśmiecha się półgębkiem.

Gosia wchodzi do mieszkania oznajmiając głośno swoje przybycie. Z kuchni od razu wychyla się ruda czupryna przyjaciółki.

- Piorunem…

Dziewczyna wzrusza ramionami.

- Przebywam tymczasowo na przeciwko, więc….

Karolina przygryza wargę i mierzy ją spojrzeniem. Ciche pykniecie oznajmia zagotowanie się wody. Wraca więc do blatu i zalewa napój w dwóch kubkach.

- Pozwoliłam sobie zrobić ci kawy. Mam ciacho. – trajkocze nazbyt energicznie nawet, jak na nią. – To takie z kokoskiem wiesz..słodkie takie.

Stawia kubki na stoliku a obok nich talerz ze słodkościami. Przez chwilę króluje milczenie. Gosia obserwuje z uwagą przyjaciółkę, jednocześnie mieszając łyżeczka swoją kawę.

- Wyduś to w końcu – uśmiecha się do niej ciepło, widząc, ze słowa stanęły jej kołkiem w gardle.

- Rozmawiałam z Sebastianem. On z kolei gadał ze swoją mamusia, która nagle stała się ekspertem w ślubach. I okazuje się ze mogą być dwie babki przy ołtarzu. No ale, że mu powiedziałam o twojej…propozycji. No to on, ze rewelacja, że uroczo będzie wyglądało, skoro jesteście parą.

Gosia mimowolnie parska śmiechem. Słowo „uroczo” mające związek z Robertem Polem? Nie do pojęcia. Ruda zaś kontynuuje.

- Dla mnie tam w tym osobniku nawet w połączeniu z tobą nie ma grama uroku, no ale twój wybór nie mój. Koniec końców, tak, będzie super, jak zostanie świadkiem, ale to chyba musimy go odwiedzić, zaprosić, poprosić.

- Nie…- wyrywa się Gosi, która wie doskonale, ze ów świadek nie wie nawet że wybiera się ba jakiekolwiek wesele. – Ja to załatwię. Naprawdę. To….specyficzny człowiek.

Karolina marszczy czoło. W końcu wzdycha i upija łyk kawy. Druga z dziewczyn zaczyna rozważać czy nie pospieszyła się z propozycją, bo może i do ślubu pozostały dwa miesiące, ale co jeśli on dalej będzie uparty, jak osioł? Jeśli po prostu odmówi?

- Jak wolisz, ale powiedz mi..wy naprawdę, tak na poważnie?

Przez oblicze Gosi przemyka szelmowski uśmiech.

- Tak naprawdę to nie jesteśmy razem. On tego nie chce, co jest nieprawda…bo przecież mnie całował, a ja też ślepa nie jestem.

Karolina chwyta się dłońmi za głowę.

- Zwolnij z informacjami. Więc nie jesteście ze sobą? A on w ogóle wie, że idzie z tobą na ślub?

Ta rozmowa zdecydowanie nie szła w odpowiednim kierunku. Dziewczyna robi minę niewiniątka i szybko przenosi wzrok na swoją kawę, której już dużo jej w kubku nie zostało.

- Gośka!

Ruda nie wierzy. Zrywa się z taboretu, zaraz siada z powrotem.

- Karola, spokojnie. To bardzo skomplikowana sytuacja. Ale on pójdzie ze mną na to wesele choćbym miała go siłą zaciągnąć. Nie bój się.

Dziewczyna kręci z niedowierzaniem głową.

- W coś ty się wpakowała?

Żebyś tylko wiedziała, przechodzi jej przez myśl, jednak nie wypowiada tego głośno.

- Posłuchaj, to naprawdę trudny człowiek. Nie dopuszcza mnie do siebie, bo jego… – chrząkniecie -…moralność robi już z niego dziadka. Ja wiem, że różnica wieku jest spora, ale mi to nie przeszkadza i jemu też w końcu przestanie. Jak tylko przestanie pieprzyc, że jest zły…- dodaje już ciszej.

Karolina przygląda jej się z przekrzywiona głową.

- Mówią, że mi też się tak oczy świecą, gdy mówię o Sebastianie – wzdycha, wstaje i odkłada kubek do zlewu. – Nie będę cię odciągać od niego, bo wiem, że posłuchasz, mam tylko nadzieję, ze wiesz, co robisz. Aaa, i jeśli będziesz przez niego płakać, to znajdę dupka i pożałuje, że się urodził.

Gosia tylko uśmiecha się. Gdybyś tylko wiedziała….

Gdy wraca do mieszkania naprzeciwko zastaje ciszę i pogaszone światła. Święci jedno z nich, na korytarzu, ściąga buty i przechodzi powolutku dalej. Już w progu słychać jego miarowe, ciche pochrapywanie. Zapala niedużą lampkę w rogu pokoju i podchodzi do kanapy. Potargane włosy, dwudniowy zarost, jedna ręka leżąca na brzuchu, druga zarzucona na oparcie. Uparty osioł, myśli i chwyta za koc leżący obok, by go przykryć. Pech sprawia, że on akurat w tym momencie budzi się i zdekoncentrowanym wzrokiem wpatruje się w „intruza”. Jego dłonie odruchowo chcą złapać ją za ramiona, ale ona w tym momencie traci równowagę i upada na jego uda.

- Puszcza mi przez ciebie szwy – warczy – co ty do cholery wyrabiasz?

Ona jednak nie słucha. Jej wszelkie odczucia skupiają się na miejscu w pobliżu którego upadła.

- Śpi pan z bronią w kieszeni? We własnym mieszkaniu?!

On, jakby w geście obronnym okrywa się kocem, który zdążył już spaść na podłogę. Dziewczyna wstaje niechętnie

- To nie broń, Ceglarek.

Jej oczy robią się coraz większe, a po chwili na ustach pojawia się uśmiech, którego nie jest w stanie powstrzymać.

- Nawet nie próbuj tego komentować, bo wyrzucę cię za drzwi! – drze się, a ona tylko chichocze.

- Pięknie tu jest – stwierdza Alicja, wyglądając przez okno w swoim hotelowym pokoju. Widać przez nie błękit oceanu, plażę, kilka palm. Ciepłe powietrze delikatnie otula jej skórę. Kobieta zamyka oczy, stara się zatracić w tym ulotnym uczuciu, które tak jej się podoba.

- Prawda? – rozlega się męski głos tuż obok niej. – Może uda ci się choć na chwilę zapomnieć?

Blondynka otwiera momentalnie oczy i posyła brunetowi nieprzychylne spojrzenie.

- Nigdy nie zapomnę. Nigdy! – wraca wzrokiem przed siebie. – Popływamy?

I nie czekając na odpowiedź znika w łazience. Aleks opiera się jedną ręką o otwarte okno. Wzdycha ciężko. Zaczyna się zastanawiać ile w tym wszystkim sensu? A jeśli przez to straci życie? Jeśli i tak nie można jej już pomóc? Bo przecież mógł być teraz w Polsce, zabijając kolejnego skurwysyna, albo kogoś całkiem niewinnego, bo już dawno przestał wierzyć w „misję” organizacji. Mógł naciskać na pieprzony spust. a jest tu, na krańcu kontynentu z obłąkaną kobietą, przez którą nie potrafi odejść.

Z dedykacją dla Ayden, która zapewne dokładnie wie dlaczego :D

54. Reszta jest milczeniem.

Jeden sygnał, drugi, trzeci, czwarty. Abonent czasowo niedostępny. Złość wypełnia ją w takim stopniu, że ma ochotę się rozpłakać. Położyć na tym mokrym chodniku i bić pięściami w jego powierzchnię. Co za nieodpowiedzialny, stary kretyn! Dźwięk telefonu. Podnosi telefon do ucha. Odbiera.

- Przepraszam, że zawracam ci głowę, ale musze komuś to powiedzieć, bo wybuchne.

- W porządku. Zawsze możesz do mnie zadzwonić lub napisać. Co się stalo? Coś z Robertem? Z tobą? Pisałaś, że operacja się udała, że wszystko w porządku.

- Wypisal się na żądanie. Ja już nawet nie wierzę, że spał po tej operacji. Na pewno był świadomy, tylko bał się na mnie spojrzeć. Boi się, że gdy zobaczy, że się troszcze to ta troska wypali mu dziurę w głowie. No więc skorzystał z okazji, że poszłam do domu. Godzina! Godzina, Adrian, od momentu w którym dotarliśmy do szpitala. I wracam i co? Nie ma wypisal się… – Trajkocze szybko, gestykulujac wolna ręka. Nie zważa na to, że niektórzy ludzie odwracaja się i gapia.

Śmiech w słuchawce, sprawia że przystaje i marszczy brwi.

- Mi nie jest do śmiechu.

- Przepraszam Cię, Gosiu, ale to przecież było do przewidzenia. Przecież to Robert. Prędzej wybiegnie że szpitala z polamanymi nogami, niż przyjmie pomoc, zwłaszcza od ciebie. Co teraz zrobisz?

- Jak to co? Właśnie do niego jadę. Jeśli myśli, ze się mnie pozbędzie, to się grubo myli.

- Gosia…

- Tak?

– Proszę cię, uważajcie na siebie. Niepokoi mnie ta blondyna. To zachodzi za daleko.

- Damy sobie radę. Tylko niech do głowy nie przychodzi ci wracać. Kończę, właśnie pojechałam na Poznańska. Przysięgam, że odechce mu się uciekać.

Rozłącza się i wsuwa telefon do kieszeni. Bierze głęboki oddech i przechodzi przez ulicę. Do była ciężka doba. Gdy tylko Robert upadł, dobiegła do niego, a Alicja skorzystała z okazji i uciekła. Wezwanie karetki, transport do szpitala. Zanim dotarł, stracił dużo krwi, oraz przytomność. Gdy ona dotarła, był już na sali operacjnej. Siedziała, chodziła, piła kawę, znów siedziała i chodziła. Znów kawa. Tak przez kilka długich godzin. Ręce jej sie trzęsly a mózg uparcie odtwarzał niedawne wydarzenia. Potem musiała przekupic jedną z pielęgniarek, bo przecież nie jest z rodziny. Żył. Ale spał, podano mu jakieś silne środki przeciwbólowe i nasenne. Siedziała przy nim i patrzyła na jego wyjątkowo spokojne oblicze. Na nieruchome ręce i całe ciało. Chwila niekontrolowanej drzemki na krześle. Ta sama, co wcześniej poelegniarka zapewniala, że już po wszystkim, ale jego sen może chwilę jeszcze potrwać. Radziła pójść do domu, zjeść coś, odpocząć, porę wrócić. Więc wróciła. Z tym, że jego juz nie było.

Wbiega szybko po schodach. Staje przed drzwiami jego mieszkania i naciska na dzwonek. Męczy ten biedny przycisk aż do jej uszu nie dochodzi dźwięk zgrzytu zamka. Dostrzega jego blada twarz, na której widnieje teraz grymas niezadowolenia. Dziewczyna nie czeka na zaprosxenie. Popycha drzwi i wymijajac właściciela, wchodzi do środka. Robert zamyka i odwraca się w jej kierunku. Ma na sobie koszulę, ktora teraz rozpieta odkrywa szeroki bandaż owinięty wokół jego brzucha. Jest lekko zgarbiony, co na pewno jest zasługa niedawno zszytej rany.

- Stracił pan rozum?!

- Już dawno. – mamrocze i przechodzi do salonu, gdzie kładzie się na rozłożonej kanapie. – Po co przyszłas?

W dziewczynie wrze.

- Pan jest naprawdę przypadkiem beznadziejnym! Głupie dziękuję, by nie zaszkodziło.

- Dziękuję – mówi i krzywi się, gdy próbuje ułożyć się w wygodnej pozycji.

- To nie miałoby miejsca gdyby był pan w szpitalu.

- Ale nie jestem, więc daruj sobie kazania, bo nie jesteś do cholery moją matką!!

Dziewczyna podchodzi doń i siada na blacie stolika. Kładzie dłonie na udach. Patrzą na siebie nawzajem, ona z mniejszą już złością. Cieszy się, że widzi go żywego. On z wyrzutami sumienia. Widzi jej podkrazone oczy. Wie, że była tam cały czas, że czuwała przy nim, gdy spał.

- Dlaczego wypisal się pan ze szpitala?

- Żeby uniknąć rozmowy z policją. Zostałem postrzelony, na pewno któryś z nich zjawilby się w szpitalu. W ten sposób mam spokój. Przy wypisie podałem fałszywe dane.

Gosia jest pewna, że przez moment przez jego usta przechodzi cień usmiechu. Zaraz jednak znów przybiera surowy wyraz twarzy.

- Zostaw mnie. Idź do siebie.

- Nie.

- Słucham?

- Nigdzie się nie wybieram.

- Wyjdź. Stąd. – cedzi.

- Mógłby pan przestać stawiać ten ogromny mur wokół siebie. Oboje wiemy, że beze mnie sobie pan nie poradzi. Kilka wypadów do kuchni i puszczą panu szwy, zacznie pan krwawic i znów trafi do szpitala. A tam może już bedzie czekać policja? Poza tym lepsza ja,  niż jakąś obca opiekunka, która tak o przypadkowo może natrafić na broń, albo coś innego równie ciekawego.

Mężczyzna zaciska zęby. Nienawidzi odpuszczać, ale ona ma rację. Czuje ogromny ból, przy choćby ruchu nogą. Musi przyjąć jej pomoc. Kiwa więc niechętnie głową. Twarz dziewczyny rozjaśnia się, a ona samą wstaje.

- Pójdę do mieszkania po kilka rzeczy i zaraz wracam. Dziś będę spać u pana. Mam nadzieję ze to nie kłopot – swiergocze, a on zaciska szczękę jeszcze mocniej, aż słuchać lekki zgrzyt. Opuszcza głowę na poduszkę. Już żałuję swojej decyzji. Zakrywa oczu dłonią, a następne słowa ledwie przechodzą mu przez usta.

- Na barku jest recepta na ketonal. To lek przeciwbólowy. Wykup.

Dziewczyna już odwrócona tyłem uśmiecha się szelmowsko.

- Magicznych słów to pan widzę nie zna.

- Do kurwy nędzy, Cegalarek, proszę!!

Zaraz potem jeczy, bo zbyt gwałtownie się uniósł i ból ponownie rozszedl się po jego ciele. Gosia uśmiecha się jeszcze szerzej. Oto prośba Roberta Pola. Zgarnia z barku wcześniej wspomniane recepty i wychodzi. Musi jeszcze odwiedzic sklep. Pielęgniarka przekazała jej wytyczne, co do diety, która mężczyzna musi stosować przez kilka dni. Na samą myśl o tym, jak będzie trafiał go szlag, chce jej się śmiać.

Ponad pół godziny później, dziewczyna wraca. Zamyka za sobą drzwi i jakby nigdy nic wchodzi do kuchni. Wyciągaja swoje zakupy. Otwiera okno. Zerka na zegarek. Pora idealna na kolację. Nalewa wody do szklanki. Przechodzi do salonu. Mężczyzna wydaje się leżeć w tej samej pozycji, co przed jej wyjściem. Stawia na stole naczynie i tabletkę.

- Proszę. Kupiłam również bandaże, wodę utlenioną, gaziki. Tak na wszelki wypadek, bo rana powinna mieć jednak dostęp powietrza.

- Przypomnij mi od kiedy jesteś studentką medycyny? – mamrocze, nie otwierając oczu. – Kula wyciągnięta, wnętrzności polatane, nie róbmy problemu, tam gdzie go nie ma.

- Co pan zrobi z Alicją? – pyta, patrząc jak sięga po lek i popija go wodą.

- Nic – odpowiada, odkladajac szklankę na stół.

Dziewczyna marszczy brwi. Nie takiej odpowiedzi sie spodziewała.

- Ma to jej ujśc na sucho? Nie zamierza pan powiadomić jej ojca?

- Nie – jego głos zdradza rozdrażnienie.- To moja wina, że tak się stalo.

- Nie rozumiem.

- Żadna nowość – burczy. – Dostałem wiadomość na pocztę elektroniczną z danymi do zlecenia, które należało wykonać już zaraz. Nie sprawdziłem tego. I to okazało się błędem. Jeśli teraz Karski się dowie o tym co się stało, polecą głowy. I nie tylko Aleksa, czy Alicji, ale również moją…a wtedy nie wiadomo, co czeka ciebie.

- Ale moment. Dlaczego miałby pan stracić życie? Wykonywał pan swoją prace.

- Zlecenie nie istniało, a ja nie sprawdziłem go z każdej możliwej strony. Dla niego to narażenie organizacji, więcej argumentów nie trzeba.

Dziewczyna przysiada na boku fotela. Stara się polaczyc ze sobą fakty w logiczną całość.

-Myśli pan, że on nie dowie się o pana kontuzji? O pobycie w szpitalu? O niedyzpozycji przez najbliższe dni?

- To Karski. Nie interesuja go ludzie, tylko pieniądze i dobrze wykonane zlecenia. Jeśli nikt nie powie mu o sytuacji w Kątach, każda poboczna informacja będzie dla niego nieistotna.

Dziewczyna nie wydaje się być przekonana.

- A ona? Będziemy czekać aż znowu coś zrobi?

Mężczyzna zamysla się na moment. Pomyśleć, że do niedawna „tylko” zabijał ludzi.

- Wystarczy zwiększyć czujność. Brać ją pod uwagę na kazdym kroku i nie lekceważyć jej.

Gosia wstaje bez słowa. Wraca do kuchni i wyciąga chleb. Robi kanapki. Myje sałatę, kroi pomidory, ogórki. Ser wędlina. Na koniec trochę przypraw. Myśli wracają jej do tamtego momentu. Gdy trzymała broń w wyciągniętej dłoni. Gdy emocje przechodziły przez nią, jak impulsy elektryczne. A gdyby tak.. Wycelowala w serce. Byłoby po kłopocie. Potrzasa głową i bierze dwa głębokie wdechy. Co za idiotyczne myśli. Bierze talerz i wraca do salonu, gdzie Robert Pol podnosi się do siadu.

- Pomoglabym panu – zauważa z przekąsem.

- Sikac też będziesz mi pomagać? – parska w jej stronę.

Ma ochotę zatluc ta blond idiotke, za to, co mu zrobiła. Za to że teraz nic nie m może zrobić sam, że jest bezużyteczny.

Zerka na postawiony na środku talerz z apetycznie wyglądającymi kanapkami i coś ciepłego rozlewa się w jego sercu. Spogląda na siadajacą naprzeciw niego w fotelu dziewczynę.

- Dziękuję ci – mówi szczerze, na co ona uśmiecha się szeroko.

- Smacznego.

Bierze jeden z kawałków w ręce i zbliża do ust. Jest jednak coś jeszcze. Coś, co na samą myśl wywołuje u niego niepokoj.

- Co to miało tam być? – Pyta wciąż trzymając kanapkę na wysokości ust.

- Gdzie? – Pyta ona, rozgladajac się na boki.

- Od kiedy strzelasz do ludzi?

Dziewczyna nieruchomieje na moment, zaraz jednak powraca do żucia.

- To tylko ramię. Nikogo nie zabiłam. Celowała w pana, nie zdążyłby pan wyciągnąć swojej broni.

- Widziałem twoje oczy, nie kłam! Najchętniej poslalabys jej kulkę w klatkę piersiową! – Syczy, gdy czuje ostre ukłucie w okolicach szwów.

- A pan nie? Niech mnie pan nie traktuje jak jajko. Postrzelilam ja w rękę, licząc, że wypuści z niej pistolet. Udało się. Powinien pan wiedzieć, że nie jestem w stanie pozbawic nikogo życia, ale umiem posługiwać się bronia i będę z tej umiejętności używać, gdy nadejdzie taka ppotrzeba. I niech się pan uspokoi bo zacznę pana karmić!!

Mężczyzna mrozi ja wzrokiem.

- Nie unos się w moim domu – warczy i pakuje sobie że złością kanapkę do ust.

Ona wydaje z siebie bliżej niezidentyfikowany dźwięk i odchodzi od stołu, nie kryjąc wzburzenia. Wchodzi do kuchni. Zapomniała zrobić herbatę.

- Musimy wyjechać.

Siedząca na parapecie blondynka nawet nie raczy go spojrzeniem. Jej ramię otoczone jest opatrunkiem.

- Nie sądzę.

Brunet wyciąga z szafy walizki. Tym razem nie uda jej się postawić na swoim. O zbyt duża cenę toczy się ta gra.

- Naprawdę chcesz żeby twój ojciec wszystkich nas odstrzelil?

- On się nie dowie, nie tym razem… – Jej pozbawiony emocji głos niechętnie wychodzi z ust.

- Taka jesteś pewna? A jeśli Pol postawi wszystko na jedna kartę? To szaleniec. Jest zdolny do wszystkiego.

Odpowiada mu cisza, więc kontynuuje.

- Tylko na pewien czas. Wrócimy.

Jej głową powoli odwraca się w jego kierunku.

- Aż nie obmysle planu idealnego?

- Tak, tak. Ale teraz musimy wyjechać. Dam tylko znać twojemu ojcu, że teraz pracuje przez chwilę w innym państwie i możemy ruszać.

Kobieta niechętnie kiwa głową. On zaś jest coraz bardziej zaniepokojony. Te jej polgesty, nieobecny wzrok. Jest z nią z dnia na dzień coraz gorzej. A on nie ma pojęcia co robić. Prawda jest jednak taką, że ona w tym wszystkim ma tylko jego. Nie posiada rodziny poza ojcem, a Karski nawet nie traktuje jej jak córkę. Tego człowieka nie obchodził nikt, poza nim samym.

53. Pułapka.

- Wszyscy tylko czyhaja, by mnie wkurzyc i zniszczyć mi życie.

Karolina wyciąga ręce do przodu i niemal kładzie się na małym, okrągłym stoliku z ich kuchni. Dziś zdecydowanie ma gorszy dzień. I trudno wywnioskować czy powodem są typowo kobiece dolegliwości czy raczej stres przed nadchodzącym wielkimi krokami ślubem. Gosia chwyta swój kubek z kawą, której ostatnio pije jakby więcej i odwraca się przodem do przyjaciółki.

- Kto tym razem? – Uśmiecha się lekko, na co Ruda mrozi ja wzrokiem.

- Właśnie dotarło do mnie… A raczej najpierw do Sebastiana potem do mnie, ze…straciliśmy świadka.

- Ahh… – wyrywa się Gosi.

Dziewczyna przypomina sobie, że to Adrian miał być świadkiem, a ona świadkowa. A gdy ten pierwszy wyjechał i trzeba się pogodzić z jego niepredkim powrotem.

- A ktoś inny? Przecież Sebastian musi mieć jakiś znajomych. Przyjaciół?

Karolina jęczy przeciagle.

- Jego znajomi to kretyni, a przyjaciel wyjechał w półroczna delegację i wróci wiosną. Ja nie mam braci, on nie ma braci…

- Kuzyni?

- W większości za starzy albo za młodzi. Przynajmniej z jego strony. Ja, jak dobrze wiesz z dalszą rodzina nie utrzymuje kontaktu.

Gosia zamysla się na chwilę i wpada jej do głowy pewien pomysł, jednak odrzuca go. Na sam dźwięk o czymś takim z pewnoscia podwójnie zostałaby martwa.

- Mów. – słyszy jej wzrok i widzi ją tuż obok siebie z palcem wycelowanym w pierś.

- Ojj nic takiego – wymiguje się. – Takie tam luźne…

– No powiedz, nawet luźne pomysły mi się przydadzą. Nie możemy byc bez świadka!

- Bo wiesz… – zaczyna dziewczyna, chcąc przekazać to odpowiednio – znam pewnego mężczyznę. Jest przystojny, elegancki. Potrafi się zachować w każdej sytuacji. I sądzę, ze będzie w kraju w styczniu.

Ruda kiwa głową i uśmiecha się do siebie. Opis brzmi dobrze.

- Rozumiem, że Twoja osoba towarzysząca, więc i tak będzie na weselu. Muszę pogadać z Sebastianem. A kto to jest?

Dziewczyna przez chwilę milczy robiąc sobie szybkie zestawienie za i przeciw. W końcu jednak przez myśl przechodzi jej ” trudno, niech się dzieje”.

- Robert Pol.

Widzi, jak twarz Karoliny z uśmiechniętej przechodzi w zszokowaną.

- Nie mówisz poważnie. No oczywiście, że nie przecież nawet ten opis nie pasuje…

- Karola…

- Dziewczyno, co ty mi próbujesz przekazać? Ze się z nim miziasz gdy nikt nie patrzy? Ja nie mam nic do miziania… Ale ten..wrzód jeden? Dziesięć razy starszy od ciebie. – nagle zaczyna celowac w nią palcem. – I na co było zaprzeczanie???!!

- Nie miziam się. Karola, daj spokój. To facet. Jeden z wielu, z tym wyjątkiem, że mi się podoba. Potrafi pokazać klasę, gdy chcę i nie wykluczone, że przyjdzie że mną na wesele. I proszę nie rób takiej miny. Wiek dla mnie nie jest przeszkodą. Pomysł o tym i daj znać. – zgarnia swój telefon z blatu – Idę do Tesco, chcesz coś?

Ruda kręci głową i przysiada. Wciąż nie ogarnia zaserwowanych informacji.

….

- Nie podoba mi się to – jego cichy, jakby mruczacy głos, wydobywający się z ust przy jej uchu.

Przez jej ciało przechodzi dreszcz a w myślach pojawia się porównanie do jej poprzedniego partnera.

- Nie musi. Boisz się, to odejdź, nie trzymam cię na siłę.

Kobieta wstaje i narzuca na nagie ciało bawelniany szlafrok. Podrzuca lekko włosy do góry, przegląda się w lustrze. On wodzi za nią wzrokiem, czując się zniewolony, jak za sprawa jakiś czarnomagicznych zaklęć.

- Wiesz, że to nie tak.

Blondynka uśmiecha się i powoli odwraca przodem do niego.

- To proste, Aleks, albo mi pomagasz, albo tam są drzwi. Tu nie ma kompromisów i dyskusji. Robimy po mojemu. A najnowszy plan znasz.

Brunet opiera się na łokciu i łapie ja za rękę. Przyciąga do siebie, patrzy jak kobieta, niczym kot wdrapuje się z powrotem na łóżko.

- Zrobię dla ciebie wszystko, ale…

- Cssss… – Dotyka jego ust palcem wskazujacym i nachyla się nad nim, tak że on widzi jej kształtne piersi. – Nie ma „ale” .

Alicja przesuwa palcem po jego wargach, a następnie wpija się w nie swoimi ustami.

Małgorzata Ceglarek przechodzi właśnie przez pasy, trzymając w reku torbę z zakupami, gdy rozdzwania się jej telefon. Wzdycha z irytacja i przyspiesza kroku. Gdy już znajduje się na chodniku, stawia torbę obok drzewa i wyciąga aparat z kieszeni. Odbiera.

- Nie wysyła już pan smsów?

Oczyma wyobraźni widzi, jak ten mruży oczy i zaciska zęby.

Za godzinę masz być w Kątach Wrocławskich.

- Za godzinę?! Przecież to niemożliwe. Nie mogę zabrać się z panem?

– Nie ma mnie w domu. Nie,dyskutuj. Weź taksówkę, jeśli trzeba. Nie mow, że cię nie stać. Sądzę, że swoje najnowsze wynagrodzenie już otrzymałaś. Czekam. Nie spóźnij się.

Dźwięk urwanego połączenia.

- Nosz cholera.

Rzuca zdenerwowane spojrzenie na ekran, jakby to była wina urządzenia. Zerka na zakupy stojące obok. To byłoby na tyle jeśli chodzi o obiad. Cóż będzie kolacja. Dziewczyna wzdycha przeciagle i wybiera numer przedsiębiorstwa taksówek. Telefon przytrzymuje ramieniem, zgarnia torby z ziemi. Kontynuuje swój powrót do domu. W mieszkaniu nie ma już Rudej, która najwyraźniej poszła już do pracy. Dzieli zakupione produkty między szafki a lodówkę. Taksówką ma przyjechać za piętnaście minut. Zdąży jeszcze przebrać się i poprawić makijaż.

Odrobinę ponad pół godziny później wysiada z samochodu. Poprawia czarny płaszczyk i narzuca otoczony czarno-szarym futerkiem kaptur na głowę. Unosi głowę. Kilka metrów dalej dostrzega drewnianą ławeczke. Rusza w jej kierunku, stukajac nieco obcasami swoich zimowych bucikow. Przysiada na niej a dłonie kładzie na deseczkach po obu swoich stronach. Skupia się na dźwiękach. Gwar rozmów, zamykane, otwierane drzwi. Stukot obcasów, samochody przejeżdżające po nierównej powierzchni. I….czyjś oddech, który od jej karku oddzielony jest tylko przez kaptur, który ma na głowie. Odwraca się gwałtownie i niemal styka z nim ustami. Widzi jak przełyka slinę. Zmieszany lekko, bo nie taki był jego zamiar. Ona uśmiecha się polgebkiem i mimowolnie oblizuje usta, które jakby jej spierzchly przez to zimno. Mężczyzna chrząka i odsuwa się.

- Witam pana, panie Pol.

On marszczy lekko brwi, starając się nadać sens jej specyficznemu zachowaniu.

- Uspokoj się, Ceglarek. – przysiada obok niej na ławce, nie kryjąc tego, że jej bliskość w ogóle nie jest mu na rękę. – Dziś musimy kogoś uprowadzic. Ta osoba…

- Chyba pan żartuje.

- Bynajmniej. Wstań i chodź ze mną. Czas nas goni.

Dziewczyna posłusznie podąża za nim.

- Nadal nie rozumiem. Mam wrażenie że to trochę igarnie z ogniem. Co innego kradzież durnych wierszy, a co innego porwanie. I nikt się nie zorientuje? Nikt nas nie rozpozna?

Robert śmieje się krótko, poblazliwie.

- Dziewięć na dziesięć spraw o porwanie jest umazanych z powodu braku wiarygodnych dowodów. Zatem wystarczy wszystko odpowiednio rozegrać.

Gosia unosi brwi. No tak, jakiego wytłumaczenia się od niego spodziewała? Nagle mężczyzna zatrzymuje ją wyciągnięta dłonią. Zerka na niego z ukosa, oczekując odpowiedzi.

- Czekamy.

Oboje chowają się za kawałkiem wystajacego murku. Znajdują się w jednej z tych ciemnych uliczek, która w tym momencie jest wyjątkowo jasna. Lecz pusta. A już ten fakt daje im swojego rodzaju przewagę. Dziewczyna poprawia kaptur na głowie, opiera plecami o ściankę i patrzy gdzieś w dal. Czuje na sobie jego wzrok, jednak nie zamierza odwzajemniac spojrzenia ani prowokować kontaktu wzrokowego.

- Kim jest ta osoba – pyta cicho.

- Kobieta, około trzydziestki. Będzie tędy szła z walizką na kółkach.

- A jeśli się pan pomyli?

Tu zapada dłuższą cisza. Mężczyzna jednak nie irytuje się, jak to dotychczas miał w zwyczaju. Jego głos brzmi bardziej jak rozzalony, nie zły.

- Wtedy zapewne nie dożyję do jutra. Ale czy na pewno jest różnica między tą konkretną kobietą, a całkiem inna,przypadkowa?

Dziewczyna odwraca głowę i patrzy na niego, kucajacego ze spuszczona głową przy murku. Czy właśnie usłyszała zalążek analizy?

- To ona – jego ostry szept przecina pełną napietych emocji ciszę. – Idź do niej. Przyprowadz tu.

- Jak?!

- Jakkolwiek! Improwizuj. Szybko, bo odejdzie!

Od tej chwili wydarzenia dzieją się bardzo szybko. Gosia robi krok do przodu i stukajac obcasami, podąża za kobieta, ciągnącą za sobą granatowym walizkę na małych koleczkach. Robert wstaje i opiera się o ścianę nie spuszczajac wzroku z dziewczyny. Dostaje czymś małym w głowę. Obraca się, szukając żartownisia, któremu należy przetrzepac skórę i napotyka na ciemne oczy Aleksa, który kiwa doń znaczącą głową i znika tak szybko, jak się pojawił. Mężczyznę oblewa zimny pot. Zerka przed siebie. Dziewczyna, która już jest o kilka kroków od ” nieznajomej”. Z oddali dochodzą jakieś głosy. Znajduja się niedaleko rynku, więc i o postronnych, niepożądanych świadków nietrudno.

- Kurwa mać – klnie pod nosem i biegiem rzuca przed siebie. – Ceglarek do cholery!

Na ten dźwięk, jak na rozkaz kobieta odwraca sie i można zobaczyć jej twarz, na której widnieje triumfujacy uśmiech. Gosia wydaje z siebie krzyk i odskakuje pod zimną ścianę, jednocześnie posyła brunetowi zrozpaczone spojrzenie, bo oto w ręku blondynki pojawia się broń, wycelowana w podazajacego ku niej byłego kochanka. Robert zatrzymuje się i unosi dłonie w geście kapitulacji. Jednocześnie raz po raz spogląda na przyklejona do sciany dziewczynę.

- Alicja, porozmawiajmy. Jesteśmy w miejscu publicznym.

- O, tym się nie przejmuj. Aleks pilnuje, by nikt nie znalazł się w tym śmierdzącym korytarzu. Więc jesteśmy tylko my. Ale i tak sądzę, że jest nas za dużo. Stój. Nie podchodz do mnie!

- Alicja, bądźmy rozsadni…

Kolejny krok w jej kierunku i dwa wystrzały, których nawet nie słychac. I krew. Gęsta krew. Kobiecy krzyk. Dźwięk upadajacego na ziemię pistoletu. Robert rozgląda się zdezorientowany i dopiero po chwili dostrzega wyprostowana dumnie Małgorzatę Ceglarek, która z nienawiścią w oczach wciąż celuje do chwutajacej się za krwawiace ramię Alicję.

- Małgosia…. – Szepczą jego usta. Unosi nogę, by wykonać krok, jednak zatacza się i upada na chodnik. Marszczy się nie wiedząc co się dzieje, gdy przeszywa go ból. Dotyka dłonią okolic brzucha, starając się zatamowac krwawienie. W oczach mu ciemnieje, a ostatnie, co pamięta to jej przerażone spojrzenie, tych brązowych oczu, tuż nad jego twarzą.

….

Tak, tak, krótko.
No ale jak tu nie urwać w takim momencie? Toż to samo się prosi:-D

52. W pogoni za poezją.

Mijają dni. Gosia przyzwyczaja się do nieobecności Adriana. O tyle jest to proste, że chłopak pisze do niej maile niemal codziennie. Można powiedzieć, że odkąd wyjechał ich relacje się poprawiły. Blondyn zdaje się być bardziej tolerancyjny i cierpliwy. Ona zaś nie ma już opotorow by pisać mu o wszystkim. Dlatego też w swojej ostatniej wiadomości opisała swoje trudne relacje z sąsiadem z naprzeciwka. Siedzi teraz przez swoim komputerem. Jej wzrok zdaje się hipnotyzowac ekran. Czeka na list, który jak codzień powinien nadejść niebawem. Cieszy się, że w końcu mogła to z siebie wyrzucić, z kimś się podzielić. Karolina rzecz jasna odpadała. Jej awersja do Pola jest zbyt oczywista. Poza tym im mniej wiedziała, tym było dla niej lepiej. W sercu Gosi od tamtego dnia, gdy odkryła wyjazd Adriana pojawił się strach, że coś złego moze się przydarzyć także jej. W którymś momencie chciała nawet we wszystko ją wtajemniczyc, ale zrezygnowała. To byłoby nie rozsądne. Co do samego brunetka, to dziewczyna nie widziała go od momentu, w którym uciekł przed nią ze swojego mieszkania. Bylo to dokładnie tydzień temu. Żadnego wpadania na siebie na klatce, żadnych telefonów. Sama również mu się nie narzucala. Wiedziala, że skonczyloby się to wskazaniem drzwi. Nie zamierzała odpuszczać, ale miała swoją godność.

Dźwięk oznajmiajacy przyjście wiadomości przywołuje ją do rzeczywistości. Czyn prędzej wchodzi na swoją pocztę i otwiera maila.

Gosiu!

U mnie oczywiście wszystko w porządku. Znalazłem sobie tymczasowe zajęcie księgarni. Liczę, że nie będzie potrzebna mi tu stala praca, więc jej nie szukam. Przepraszam, ale nie podam Ci miejsca mojego pobytu. Mogę tylko napisać, że to poza Europą. Taki był warunek Roberta i chyba tego szefa mafii, czy jakoś tak.
Cieszę się, że ufasz mi na tyle, by o tym wszystkim pisać. Nie będę cię krytykować. Nie jestem w stu procentach za tym związkiem, bo wiem jaki jest Robert… To trudny człowiek, Gosiu. Poza tym ta różnica wieku. Czy Ty jesteś pewna swoich uczuć? Zawsze jednak będę stał po Twojej stronie i jeżeli naprawdę tego chcesz… Ale będzie to wyzwanie, co już sama zauważyłaś. Robert nie uwierzy w Twoje uczucia chocbys pomachala mu nimi przed nosem. Uwierz, że dla mnie też było to zaskoczeniem, ale wychodzi, ze on ma bardzo złe zdanie na swój temat. I po części ma rację, bo przecież jest kim jest… Ale w końcu uratował mi życie… I chroni Twoje. Poza tym z tego co piszesz wynika, ze nie chce Cię wykorzystać. Może miałaś rację z tym drugim dnem i historią, której nie znamy? Ohhh, dałbym wszystko, by zobaczyć Robiego zakochanego po uszy. Do tej pory sądziłem, że prędzej zabiłby Kupidyna, niż pozwolił się ustrzelić jego strzała. Ale pamiętaj, słowa tu nic nie dadzą. Równie dobrze możesz mówić do osła. Musisz jakoś przełamać go czynami, ale nie powiem Ci dokładnie jak… Sam tego nie wiem.

Dbaj o siebie i proszę uważaj.

Twój Adrian.

Dziewczyna czyta wiadomość ponownie i odkłada laptop na bok. To wszystko jest jej już wiadome. Tylko jak to wykorzystać? Nagle z pomocą przychodzi jej kolejna wiadomość, tym razem otrzymana w telefonie. Odbiera.

Jutro u mnie o 6 rano. R.P

Czyli jednak żyjemy, myśli mimowolnie się uśmiechając. Więc czeka ją kolejne zlecenie. Czyżby znów zabójstwo, czy może tym razem coś z nowego repertuaru? Czuje uscisk gdzieś w okolicach żołądka. Przełyka slinę. Czy da radę wykonać kolejną próbę? Tym razem jak należy? Odsuwa od siebie telefon. Nie odpisuje. On i tak wie, że się zjawi. Wstaje z kanapy i podchodzi do szafy. Koniec listopada nie rozpieszcza temperatura. Zerka na swoje ubrania. Szykuje sobie najbardziej dopasowane ciemne spodnie i delikatna kremowa koszulę, w której zawsze odpinal się niesforny górny guziczek. Mają być czyny? To będą.

Robert Pol krzata się po swojej kuchni. Chowa kubek po kawie do zlewu. Na sobie ma garnitur i biała koszule. Założył nawet krawat, którego szczerze nienawidzi. Czuje się w nim, jakby zaraz miał się udusić. Zerka na zegarek. Za pięć minut szósta. Dopada go swoistego rodzaju dyskomfort, na myśl o spotkaniu z nią. Po tym, co wydarzyło się ostatnio, przez to, co czuje, gdy jest obok. Dziś jednak nie może sobie pozwolić nawet na drżenie powieki. Jest pieprzonym profesjonalistą.

Dźwięk dzwonka. Mężczyzna odruchowo klnie pod nosem.

- Wejdź, Ceglarek – odzywa się donosnym głosem.

Chwilę później widzi ją, opierajaca się o framuge nieistniejących drzwi. Od razu jakby zasycha mu w gardle. Jego wzrok sunie po jej ciele. Po zgrabnych nogach, w czarnych zimowych botkach na obcasie, sięgających jej za kostkę. Po idealnej tali, uwydadnionych przez spodnie posladkach. Po długiej szyi…po koszuli, która jakby celowo jest niedopieta i rozbudza wyobraźnię. Mężczyzna odwraca się i nalewa sobie wody do kubka. Upija łyk i ksztusi się i parska, bowiem zalał sobie woda fusy niedawno wypitej kawy.

Gosia patrzy na to z zadowoleniem. Może nie koniecznie miała w planach by dlawil się wodą, ale zrobiła na nim wrażenie.

- Gdzie masz kurtkę? – Charczy, przepłukujac usta tym razem czystą wodą.

- Na wieszaku, w przedpokoju. Ale się pan wystroil. Co nas czeka?

- Pogrzeb.

Dziewczyna zerka na niego niepewna, czy mówi poważnie. On jednak nie patrzy na nią. Zbiera ze stołu telefon i wychodzi z kuchni. Zaczyna zakładać buty.

- Pogrzeb?

- Tak. Ubieraj się. Czeka nas długa droga. Nasze dzisiejsze zadanie będzie mialo miejsce w małym miasteczku niedaleko Warszawy.

Gosia zgarnia z wieszaka płaszczyk i zakłada go na siebie. W milczeniu wychodzą z mieszkania.

- Powie mi pan coś więcej? – pyta, zapinajac pas w jego samochodzie.

- Otwórz schowek

Dziewczyna otwiera, wyciąga grubą kopertę.

- Otwórz i naucz się na pamięć.

Posłusznie wykonuje polecenie. Wyciąga plik kartek i…coś co wygląda na dowód. Jest tam nawet jej zdjęcie. Jednak nie wszystko się zgadza.

- Lena Andrzejczak?

Mężczyzna kiwa głową i włącza kierunkowskaz. Wyjeżdża na główna drogę.

- Dziś tak się nazywasz. Jesteś córka kuzynki siostry denata.

- Słucham?

Robert irytuje się.

- Głucha jesteś?! Córka kuzynki siostry denata. Ja nazywam się Rafał Andrzejczak i jestem twoim OJCEM. – podkreśla ostatnie słowo tak mocno, że dziewczyna omal nie parska śmiechem. Niezła próba, Pol, przechodzi jej przez myśl.

Zaraz jednak skupia się na kartkach. W duchu oddycha z ulga. Skoro jest już jeden denat, to istniała spora szansa, że nikt więcej nie zginie. Wyodrebnia zdjęcie mężczyzny w średnim wieku. Normalnej postury, szatyn, zielone oczy, ogolony. Do fotografii przyczepiona jest karteczka. Bartłomiej Kowalewski

- Rozumiem, że to ten nieboszczyk.

Mężczyzna kiwa głową w milczeniu. Po głowie wciąż chodzi mu ten niedopiety guzik, a razem z nim świadomość tego, że ona najprawdopodobniej chcę go sprowokować. Głupia.

Dziewczyna zaś zagłębia się w lekturze. Poznaje swoją nową historię i po krótce historię swojej „nowej rodziny”. Z notatek dowiaduje się też ze przedmiotem zlecenia jest tomik wierszy.

- Wiersze? Naprawdę?

Pol wzrusza ramionami.

- Komuś na nich zależy. Nam nic do tego. Wierszy jest dwadzieścia pięć. Na dwunastu kartach w rekopisie plus wersja elektroniczna do usunięcia z komputera.

- Z czyjego komputera…? Chyba nie… – Cisza jaką zapada jest tak wymowna, że nie potrzeba żadnych słów. – Żartuje, pan tak? Nie dość, że mordercy to jeszcze złodzieje. Jak pan chce się dostać do komputera trupa, na jego pogrzebie?!

- To proste. W tym momencie ciało znajduje się w jego domu. Rodzina i przyjaciele przychodzą z kwiatami i różańcami. Jego komputer powinien być w jego pokoju. Razem z rekopisami.

- Skąd pan to wie?

- Od wróżki zebuszki! – Warczy. – Czytaj!

Dziewczyna ponownie zagłębia się w lekturze i już po chwili wie, że zleceniodawcą jest przyjaciółka jego żony, która posiada wiele cennych informacji.

- Przyjaciółka żony?

- Innymi słowy kochanka. Czy naprawdę tobie trzeba wszystko tłumaczyć?

Dziewczyna wzrusza ramionami i pogrąża się w analizie. Najprawdopodobniej więc nowe wiersze mają większą wartość niż tylko sentymentalna. A skoro są z niewiadomych powodów takie cenne to…

- Ona go zabiła?

Mężczyzna wzdycha ciężko.

- Nie twórz własnych scenariuszy. Skup się na zadaniu, zamiast bujać w obłokach.

Dziewczyna marszczy czoło.

- I zamierza pan tak po prostu wejść do jego pokoju i tak ot tu wziąć, a tam skasować?

- Dokładnie tak. Będziesz stała na czatach.

Ogarnia ją zdenerwowanie. Dziś będzie od niej zależało dużo wiecej. A jeśli nie da rady? Jeśli nikt nie uwierzy w fałszywą tożsamość?

- Schowaj nowy dowód. Jeśli masz przy sobie jakiekolwiek dokumenty potwierdzające prawdziwe dane, zostaw w schowku.

Dziewczyna bez słowa kiwa głową i robi, co każe.

Dwie godziny później zatrzymują się przed uroczym białym domku, jaki zawsze jej się marzył. Taras, duża ilość kwiatów, ogród. Odpina pas, starając się ukryc panikę, jaką ja ogarnia.

- Zapamiętaj informacje. Staraj się zachowywać naturalnie. – patrzy na nią przez chwilę i dodaję – Najlepiej w ogóle nic nie mów. Idziemy.

Wychodzi z samochodu. Czeka aż ona zrobi to samo i zamyka pojazd. Okraza go, wyciąga z bagażnika wieniec i puszczając ją przodem przekracza teren posesji. Idą wolno, po betonowej ścieżce. On pewnym krokiem, bez cienia zawahania czy strachu. Ona, jakby automatycznie, bojąc się, by nie wywrócić się w te kwiatki, rosnące wzdłuż ścieżki. Zatrzymują się przed drzwiami. On chwilę, czeka na jej ruch, jednak, gdy nic się nie dzieje, wzdycha zniecierpliwiony i sam naciska na dzwonek. Kilka sekund potem w progu staje wysoka brunetka, mająca najwyżej czterdzieści lat. Jej oczy są czerwone od łez. Czarna sukienka kontrastuje z bladoscia jej twarzy. W ręku trzyma białą chusteczkę, która raz po raz przykłada do kącików oczu.

- Słucham?

- Witam. Ty musisz być Mariola, prawda? Jestem Rafał Andrzejczak a to moja córka Lena – ton jego głosu jesr spokojny, przebijają się w nim nawet nuty przygnębienia. – Przyjechaliśmy pożegnać Bartka.

Kobieta przygląda im się podejrzliwie.

- Skąd znacie mojego męża? Nie pamiętam, bym kiedyś was widziała.

Robert uśmiecha się delikatnie i kiwa ze zrozumieniem głową.

- To zrozumiałe. Do tej pory mieszkaliśmy w Kanadzie. Jestem mężem kuzynki Amandy i Bartka, Natalii.

Kobieta również kiwa głową i otwiera szerzej drzwi.

- Przepraszam, mój mąż miał bardzo dużo kuzynów i kuzynek, nawet po dziesięciu latach małżeństwa nie jestem w stanie ich wszystkich zapamiętać. Proszę, wejdźcie. Korytarzem prosto – mówi i znika wewnątrz domu.

Robert uśmiecha się nieznacznie. Bułka z masłem. Popycha lekko stojąca obok dziewczyne. Zamyka drzwi.

- Co teraz? – Szepcze ona, ciągle pod wrażeniem jego zdolności aktorskich. Szkoda, że w stosunku do niej nie jest taki kulturalny.

- Teraz idziemy zmowic paciorek i przywitać się z rodziną. – odszeptuje i prowadzi ją do pomieszczenia, z ktorego dochodzi śpiew.

W niedużym pokoju, którego okna zasłonięte są czerwonymi zaslonami, mniej więcej po środku na katafalku stoi trumna. W niej mężczyzna, którego Gosia kojarzy że zdjęcia. Ubrany w garnitur. Siny, lekko spuchniety. Dookoła modlacy się ludzie, kilka starszych pań, śpiewających różaniec. Podchodzi do nich szczupła, elegancka blondynka. Bierze wieniec.

- Dziękuję, że przyjechaliscie, zaniose to do innego pokoju. – Uśmiecha się nieznacznie.

Jest w niej coś do tego stopnia fałszywego, że dziewczyna od razu zaczyna podejrzewać, że to ta wielka przyjaciółka, która jest winna ich obecności tutaj. Czuje czyjś dotyk na plecach i widzi, jak Robert klęka przed trumną na jedno kolano i spuszcza głowę. Dziewczyna idzie w jego ślady. Gdy podnoszą się z miejsc, cofaja się pod ścianę, razem z innymi. Zaczynają śpiewać. A raczej Gosia śpiewa, Pol tylko porusza ustami.

- To straszne, taki młody facet. Zdrowy..- odzywa się jedna z kobiet. – Atak serca. Wiecie prawda? Po tym Czarnobylu, to wszyscy padają, jak muchy.

Gosia patrzy na nią niepewnie i przytakuje. Uznaje, że to najlepsze wyjście. W tym momencie brunet odzywa się szeptem, jednak na tyle głośno, by stojący najbliżej usłyszeli.

- Idę do łazienki. Uważaj, nie pobrudz tej bluzki. Dla matki ma większą wartość, niż nasz samochód.

Dziewczyna kolejny raz kiwa głową, starając się wyłapać ukryty sens jego wypowiedzi.

- Tatuś? – Pyta ta sama kobieta, gdy Robert odchodzi.

- Tak. – Odpowiada i nagle robi jej się gorąco. Ściąga z siebie płaszcz i przewiesza przez ręce.

- Tam, w korytarzu są wieszaki. Powieś to sobie. Zanim ksiądz dotrze, może jeszcze trochę potrwać.

Gosia uśmiecha sie w wdzięcznością i opuszcza pokój. Musi go znalesc. Rozgląda się. Korytarz jest pusty. Nie słychać kroków, jedynie głośna modlitwę z pomieszczenia za nią. Wiesza kurtkę, gdy nagle ktoś łapie ja za rękę. Wydaje z siebie cichy pisk.

- Zamknij się, głupia – syczy jej do ucha dobrze znany osobnik. – Ten pokój jest na piętrze. Idę tam. Pierwszy po lewej,stronie. Gdy, ktoś będzie chciał tam wejść, masz narobić hałasu.

- Ale…

Jednak on już odchodzi. Dziewczyna wyzywa go w myślach, bo przecież nic jej nie wyjaśnił. Co ona ma teraz ze sobą zrobić? Podchodzi do schodów i zerka w górę. Widzi Roberta, znikajacego za jednymi z drzwi. Wzdycha przeciagle i siada na schodach. Żeby tylko nikt tu nie szedł.

Pol zamyka za sobą drzwi. Znajduje się w gabinecie. Półki z książkami, biurko zawalone papierami, zamknięty laptop, wszechobecny bałagan.

- Cudownie – Mamrocze pod nosem i postanawia zacząć od komputera.

Raz po raz zerka w stronę drzwi. Nie do końca ufa zdolnosciom dziewczyny. Wystarczy, że ktoś umknie jej uwadze i wszystko się posypie. Otwiera komputer i dla pewnosci scisza możliwie jak najbardziej dźwięk. Ekran wita go lazurowym niebieskim i białą tabelką, będącą prośbą o hasło. Klnie cicho i zaczyna improwizować. Ma do dyspozycji informacje podane przez zleceniodawcę.

Data urodzenia nieboszczyka.

Błąd.

Nazwisko.

Błąd

Nazwa tomiku.

Błąd.

Czy wyświetlić pytanie pomocnicze?

Oczywiście.

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a jej bym nie znał…?

Pieprzeni poeci. Na szczęście miał w swoim życiu styczność z poezją i literatura, więc hasło od razu przychodzi mu do głowy. Wpisuje szybko i z zadowoleniem patrzy, jak wszelkie dane stoją dla niego otworem. Tomik. Znajduje na pulpicie folder o nazwie Prywatne i wchodzi w niego. Znajduje się w nim wszystko to, co chciał znalezc. Wciska „usuń” u czeka, aż proces dobiegnie końca. Zamyka komputer. Teraz rękopisy.

Rozgląda się po pokoju, a na usta ciśnie mu się kolejne przekleństwo. Poprawia rękawiczki na dłoniach i zaczyna szperac. Przeszukuje biurko i szafki. Ani śladu. Gdyby był poetą, gdzie schowalby swoje skarby? Przesuwa palcem po brodzie, a jego wzrok zatrzymuje się na biblioteczce. Oczywiście. Z dołu dobiegają go głosy. Jednym z nich jest głos jego partnerki, która dyskutuje z kimś w niedalekiej odległości od pokoju. Cholera. Czując zimny pot na karku wyciąga po kolei każda z książek i wertuje jej zawartość. Następnie odkłada na miejsce. Spieszy mu się, ale nie może zostawiać śladów. Znajduje jedną kartkę, w innej z książek następna. Poważnie, pojedynczo??!

Niecałe dwa metry od drzwi Małgorzata Ceglarek dwoi się i troi, by zatrzymać żonę denata na korytarzu.

- Nie wiedziałam, że wujek pisał wiersze.

Kobieta uśmiecha się blado, a jej wzrok robi się nieobecny.

- Swój talent odkrył całkiem niedawno. Chciał wydać swój pierwszy tomik. Miał już wszystko zaplanowane. Dwóch wydawców walczyło o jego wiersze. Podobno miały potencjał. Nie zdążył – dodaje kładąc dłoń na klamce. Zastyga w bezruchu. – To była jego świątynia. Taki mały, zagracony gabinecik. Tu tworzył, tu się wyciszał. Ten pokój był tylko jego i na zawsze tak zostanie. Wezmę stamtąd tylko komputer i zamykam go na klucz.

Kobieta naciska na klamkę.

- Przepraszam – wtrąca jeszcze Gosia i oddycha z ulgą, gdy ta się zatrzymuje.

- Słucham.

- Którędy do łazienki? – Wypala pierwsze, co jej przychodzi do głowy.

- Schodami w dół, w lewo, korytarzem prosto i pierwsze drzwi po prawo. A teraz naprawdę cię przepraszam, za moment zjawi się ksiadz, a muszę to zrobić. Teraz.

Dzwieczyna chcę już krzyczeć, żeby poczekała, ale wtedy ktoś dotyka jej ramienia. Niemalże podskakuje w miejscu.

- To tylko ja – odzywa się Robert Pol, który niewiadomo skąd pojawił się obok. – Mariolu, przyjmij raz jeszcze nasze szczere kondolencje. – ujmuje jej dłoń w swoje i całuje lekko jej kostki. – Musimy jednak wyjechać. Dzwoniła matka Natalii. Zaczęły się skurcze. To właśnie przez ciąże jej tu nie ma. Podróż samolotem, sama rozumiesz. Do widzenia.

Kobieta kiwa tylko głową, przez chwilę zastanawiając się która z kuzynek jej męża była w ciąży. Przemyślenia przerywa jej dźwięk dzwonkow, które zapewne należą do ministrantów.

- Ksiądz…. Dziękuję, że przyjechaliscie. Pozdrów Natalie. – Dodaje i zbiega na dół, by powitać kapłana.

Gosia z Robertem wolnym krokiem wychodzą z domu. Na tarasie mijają się z młodym księdzem i czterema ministrantami. Nie zatrzymują się, idą prosto do samochodu. Dopiero, gdy pojazd znika za zakrętem, jedno z nich się odzywa.

- Jak pan wyszedł z tamtego pokoju? Udało się?

- Udało. Widzisz Ceglarek, dlatego właśnie jestem zawodowcem.

Widząc jej zdekonsternowana minę, uśmiecha się do siebie i włącza radio. Kolejne zakończone sukcesem zadanie.

51. Gdy to króliczek musi rozpocząć pogoń.

Na wygodnej, szerokiej kanapie, z której została ściągnięta biała narzuta z frędzlami leży młody brunet. Na jego czole perli się pot, jednak on czuje się już lepiej. Udało mi się wyciągnąć kulę z uda. Teraz powinnien szybko dojść do siebie. Przed nim, nerwowym krokiem spaceruje po pokoju urodziwa blondynka. Jej makijaz jest rozmany, jednak nie zwaza na to. Jest wściekła. Ba! Nigdy wcześniej nie czuła aż takiej wściekłości.

- Zapłacą mi za to. – Syczy przez zęby. – Wszyscy. Tatuś też.

Aleks wywraca oczami. Który to już raz dzisiaj słyszał. Podpiera się na łokciu i unosi nieco.

- Nie masz ochoty odpuścić?

Alicja odwraca się gwałtownie w jego stronę.

- Po tym co mi zrobili? Jak zdeptali moja godność i dumę? Jak ten nikt naslal na mnie ojca?! Jak ten człowiek, niegodny tego miana wybrał to nic zamiast mnie?!!! Mnie! Córki z jego własnej krwi. Mam pozwalać na to? Ile jeszcze? Ile?

Kobieta ukrywa twarz w dłoniach i osuwa się na kolana. Szlocha żałośnie. Mężczyzna podnosi się do siadu a następnie wstaje, syczy lekko z bólu. Kulejac zbliża się do niej i przykleka obok. Otacza ją ramionami, pozwalając jej lkac w kołnierz jego koszulki.

- Nie płacz, proszę.

- On nigdy mnie nie kochał. Zawsze byłam tylko rozwiązaniem….

W innej części miasta w jednym z mieszkań na ulicy Poznańskiej, drobna dziewczyna spaceruje po nie swoim salonie, obdarzana znudzonym spojrzeniem jego właściciela.

- Więc nie będziemy zabijać?

Mężczyzna wzdycha ciężko prosząc niebiosa o zdecydowanie więcej cierpliwości o opiera łokcie na kolanach.

- Tego nie powiedziałem. Gdybyś choć przez moment mnie posłuchała, zamiast próbując wydeptac mi w mieszkaniu rów, dowiedzialabys się, że to tylko rozszerzenie działalności.

Dzień wcześniej Pol dostał od Karskiego wyraźne instrukcje dotyczące dalszego funkcjonowania organizacji. Szef najwyraźniej uznał, że stać go na coś więcej niż usuwanie niewygodnych obywateli.

- Co to znaczy?

Pol uśmiecha się złośliwie.

- Podać ci numer do Karskiego?

- Jest pan okropny. Mam prawo wiedzieć, co będziemy teraz robić.

Mężczyzna opiera nogi na blacie stołu i zaplata ręce na piersi. Wygląda na wyluzowanego. A może po prostu chcę stwarzać takie wrażenie.

- To co do tej pory, plus zdania specjalne, takie jak zdobywanie informacji i inne mało istotne wariactwa.

Dziewczyna przystaje. Odwraca się do niego przodem. Zakłada kosmyk włosów za ucho i przygląda mu się ukradkiem. Czuje znajome ciepło i palące wręcz pragnienie, by jego usta znów dotknęły jej ust.

- Panie Pol….

Brunet ściąga nogi ze stołu i marszczy lekko czoło. Ton jej głosu mu się nie podoba.

- Dlaczego udaje pan, że nic się nie stało? – pyta cicho i robi nieduży krok w jego kierunku.

On klnie pod nosem. Jakże był naiwny myśląc, że ten temat się nie pojawi.

- A czy coś się stało? – warczy niezamierzenie.

Jednak ona już się tym nie zraża. Przystaje i muska palcami blat stołu.

- Pocalowal mnie pan.

Milczą przez chwilę. Ona czeka na jego reakcję, on stara się opanować gorąco, które nagle go uderza. Cholerna dziewucha! Jak moze mieć na niego aż tak duży wpływ?!

- Byłem pijany. To nic istotnego.

- Nie wierzę.

Unosi głowę i trafia na jej zacięta twarz i zdeterminowane spojrzenie.

- Zapomnij. To dla mnie nic nie znaczyło. Może to nie był popis moralności z mojej strony, ale stało sie. Żyjemy dalej.

Dziewczyna kręci głową.

- Kłamie pan.

Tego już dla niego za wiele. Jej upór zdecydowanie nie jest mu na rękę. A tym bardziej nie są słowa Adriana, które nagle mu się przypominaja. „Ona cię kocha”. Niedorzeczność. Wstaje gwałtownie, niemal się z nią zderzajac. Ich ciała czują wzajemne ciepło. Ich oczy walczą na spojrzenia. Jego dłonie zaciśnięte w pięści, paznokcie wbite w skórę. Byle tylko nie stracić kontroli. Nie dopaść do niej i…

- Spójrz na siebie. Spójrz na mnie – chrypi zmienionym głosem – Mógłbym być twoim ojcem.

Jeden z kącików jej ust mimowolnie unosi się do góry. Czuje jakiegoś rodzaju zwycięstwo. Ten ton, brak zaprzeczenia. Wyciąga dłoń i dotyka jego karku. Wyczuwa jak napina się każdy jego mięsień. Unosi swoją dłoń i chwyta ją za nadgarstek. To dla niego za dużo…..odsuwa jej rękę.

- Odejdź – pada z jego ust. Jednak brzmi to bardziej jak prośbą, niż rzadanie.

- Dlaczego? – pyta, robiąc niewinną minę, a jego dosłownie trafia szlag.

- Nie chcesz wiedzieć do czego jestem zdolny.

- Wręcz przeciwnie.

- W takim razie jestes glupsza niż myślałem!! – Drze się i odsuwa na odległość kilku kroków. Podchodzi do barku, nalewka sobie alkoholu.

- Ja? Ja jestem, glupsza?! To nie ja się oklamuje! Nie ja jestem tchórzem.

Mężczyzna przechyla szklankę i posyła jej mordercze spojrzenie.

- Ostatnia osoba, która mnie tak nazwała, nie żyje. – Cedzi i znika w łazience. Zza zamkniętych drzwi słychać jeszcze donosne ” Wynocha z mojego mieszkania”.

Robert pochyla się nad umywalką i odkreca kurek z zimną wodą. Wsadza głowę pod kran i pozwala, by woda ostudzila gorączkę w jego ciele. Ta dziewczyna nie jest normalna. Nie dość że odpowiedziała na tamten pocałunek, to teraz oczekuje jakiś deklaracji. Od niego! A jeśli ten chłopak ma rację…jeśli jakimś cudem…

Zakreca kurek i chwyta za ręcznik. Wychodzi z łazienki. Oddycha z ulgą, gdy nie dostrzega jej obecności. Do tego doszło, żeby bał się małolaty.

Gosię mimo wyrzucenia z mieszkania przepełnia dobry humor. Nie pozwoli mu się wywinac. Ściąga buty i przechodzi do kuchni, gdzie czeka na nią Karolina. Ruda siedzi przy stole, wpatrując się w zapisany kawałek papieru. Wzrok ma przygnebiony.

- Co to?

Dziewczyna podsuwa jej kartkę na skraj stolika. Gosia chwyta ją i zaczyna czytać na głos.

Moje Kochane,
Musiałem pilnie wyjechać za granicę. Bardzo przepraszam, ze tak bez słowa, jeden ze znajomych mojego taty prosił o pomoc. Wyjechałem w nocy. Wrócę najszybciej jak się da. Będziemy w kontakcie mailowym. Karola, na Twojej głowie będą od teraz rachunki. Gosia wpadnij od czasu do czasu do mojego mieszkania podlać kwiatki. Klucze ma Robert.

Do zobaczenia,

Adrian.

- Że co proszę? – duka obracając list jakby nagle coś miało jeszcze z niego wyskoczyć i udzielić bardziej sensownych wyjaśnień. Sięga po kopertę. W oczy od razu rzuca jej się znaczek i stempel poczty we Wrocławiu. Mruży oczy i jeszcze raz czyta list.

- On zwariował. Jaki znajomy ojca? Jaki wyjazd? – Biadoli Ruda, żywo,gestykulujac – Przecież to nie ma sensu.

Dla Gosi jednak wszystko zaczyna mieć sens. List nadany wczorajszego dnia. Popsuty zamek. I klucze, które ma odebrać od Roberta.

- Zabiję go – szepcze, wciąż będąc w szoku, pod wpływem własnego odkrycia.

- Ja też. Niech on tylko wróci. Jak tak można? List wysłał, no paranoja. To juz nie ma telefonów? List? Poważnie?

Gosia spogląda na przyjaciółkę początkowo nie nadążajac o czym ona mówi.

- Zwariował – przytakuje i zbiera się do wyjścia.

- Gdzie idziesz? Dopiero przyszlas.

- Odbiore te klucze. Czytałaś o kwiatkach. – dodaje i niemal wybiega z mieszkania, zabierając ze sobą list.

Tym razem nie traci czasu na uprzejmości. Wchodzi bez pukania, zatrzaskujac za sobą drzwi.

- Co jest do cholery? – Pyta zaskoczony jej powrotem Robert.

- Jak pan mógł?! – drżącymi dłońmi rzuca w jego stronę kartkę papieru.

Mężczyzna czyta. A jego oczy coraz bardziej się zawężają. Dlaczego jego życie musi być tak skomplikowane.

- Dureń – parska i kładzie list na stole.

- Tylko tyle ma pan mi do powiedzenia?!
- A co jeszcze?

Naprawdę ma już jej dziś dość. Nie potrafi pojąć co jest takiego trudnego w wyjechaniu bez słowa. Ratuje się takiemu życie, opłaca samolot. A on w ramach podziękowania wysyła list.

- Zamknął mnie pan w mieszkaniu! – coraz bardziej podnosi głos.

- Środki bezpieczeństwa.

- Ja nie wierzę…. – Chwyta się za głowę.

- To uwierz. – Denerwuje się on. – Będę cię chronił, nawet gdy nie będzie ci się to podobało.

- Dlaczego on wyjechał?!

- Alicja prawie go zabiła – tłumaczył, rezygnując z utrzymywania tajemnicy, która i tak już się wydała.

Spogląda na niego ze strachem w oczach.

- O tym właśnie mówię – Kontynuuje – Wciąż reagujesz emocjonalnie. Tymczasem załatwilem sprawę. Tylko młody musiał wyjechać.

- Mam prawo wiedzieć, gdy coś się dzieje z moimi przyjaciółmi.

- Mam prawo wykonywać swoją pracę.

- To nie było zlecenie.

- Nie byłaś potrzebna.

- Jest pan chory!

- A ty głupia!

- Jestem w tym. Codziennie ryzykuje życie. Chcę wiedzieć!

- Masz gowno do gadania! To ja cię ochraniam i ja będę decydować!

Nie dbają już o to, że zapewne wszyscy w bloku ich słyszą. Stoją naprzeciw siebie mierząc się spojrzeniami jak dwa rozsierdzone dzikie koty.

- Nie pozwolę się tak traktować.

- Sama chciałaś wiedzieć, do czego jestem zdolny – uśmiecha się cynicznie i jakby smutno.

Ona oddycha nierowno, patrzy na niego, i czuje że jej ciało żyje własnym życiem. Jest wściekła i najchetniej rozszarpalaby go na kawałki. A jednoczesnie tak bardzo chcę go całować, dotykać.

- Czy on jest bezpieczny?

- Jest. A teraz wynos się, bo nie ręczę za własne czyny.

Jednak ona się nie rusza. Patrzy. Jednocześnie chce jej się płakać, bić i śmiać się. Nawet nie czuje, że po policzkach płyną jej już łzy wściekłości. Widzi jak jego spojrzenie łagodnieje, a kciuk zbliża się do jej twarzy, by zetrzeć słone krople z policzka. Jej ciało żyje własnym życiem, a ona nawet nie chcę go kontrolować. Podnosi się na palcach i oplata dłońmi jego kark, wpijajac się spragnionymi ustami w jego wargi. Jego jezyk delikatnie je rozchyla i wkrada się do środka, by rozpocząć namietny taniec z jej językiem. Ich ciałami kieruje paląca gorączka. Pożądanie tak ogromne, że nie możliwe do opanowania. Jednak jemu się udaje. Z jękiem odsuwa się i chwyta ją za ramiona.

- Nie chcesz tego, uwierz mi – pełen bólu szept dociera do jej uszu.

- Pozwól mi….

- Ochronie cię, nawet przed samym sobą, więc zapamiętaj sobie, że nigdy ci nie pozwolę.

Sięga do kieszeni i wyciąga z niej mały kluczyk.

- Do mieszkania Adriana – Tłumaczy i odsuwa się na kilka kroków.

- Dlaczego ….

- Nigdy więcej mnie nie całuj – przerywa jej ponownie. – Jeśli będziesz mi utrudniać, wyjadę a tobie znajdę innego ochroniarza.

- To niemożliwe… Karski ci nie pozwoli.

- Znajdę sposób. I wróć do oficjalnego zwrotu. – Przełyka slinę i stara sie wyczytać z jej twarzy jakiekolwiek pożądane uczucia. Zaciska zęby, gdy zamiast rezygnacji, dostrzega determinację, zamiast strachu, upór. Szybkim krokiem podchodzi do drzwi i otwiera je ba oścież. – Żegnam.

- Nie wyjdę dopóki się PAN nie uspokoi – mówi wolno, wchodząc do korytarza.

- W takim razie ja wyjdę. – Rzuca wściekle. Sięga po kurtkę wisząca na wieszaku wychodzi, zostawiając otwarte drzwi.

Gosia patrzy z niedowierzaniem w miejsce w którym przed chwilą stał. Uciekł przed nią z własnego mieszkania. Wariat.

50. Pożegnanie.

Czarny samochód przecina ulice miasta, w którym każdy się spieszy. Ludzie wracają z pracy, błądzą wśród deszczu, biegają, trąbią na siebie. Wewnątrz pojazdu króluje cisza. Tylko miarowy warkot silnika przebija się, dochodząc do ich uszu. Dwóch mężczyzn. Jeden wciąż pozostający w szoku, drugi niesamowicie z siebie zadowolony, pozwalający sobie na nieznaczny uśmiech. Gdy w którymś momencie samochód zatrzymuje się, chłopak rozgląda się z dezorientacja.

- Nie jesteśmy w domu.

- Dom to pojecie względne. – Odpowiada brunet spokojnie, odpinajac swój pas.

- Więc ten cały ratunek, to ściema, tak? Wywiozles mnie do jakiegoś…. – zerka przez szybę -…jesteśmy w lesie?

Robert patrzy z rozbawieniem na blondyna. Łokieć opiera o zagłówek i zmienia pozycje na wygodniejsza.

- Nad rzeką. To ciągle miasto.

- Dlaczego?

Robert bierze głęboki oddech, wypuszcza powietrze przez usta.

- Chyba nie myślałeś, że po tym co zaszło zabiorę cię pod nos Ceglarek?

- Mam swoje mieszkanie.

- Owszem, ale najpierw kilka wyjaśnien. Ahh, i nie ma za co dziękować.

Adrian marszczy brwi. Ma rację. W końcu, morderca czy nie uratował mu życie.

- Dlaczego to zrobiłeś?

Brunet unosi wysoko brwi.

- Pomyśleć, że uważałem cię za inteligentnego przedstawiciela ludzkiego gatunku.

Widząc, że chłopak dalej oczekuje odpowiedzi, wzdycha nagle rozdrażnieniony.

- Nie licz na wyciskajacy łzy monolog. Alicja jest niebezpieczna i mnie nienawidzi. Nie widzę powodu, by mieszać do tego osoby postronne.

Adrian uśmiecha się w duchu. No tak, przez to wszystko zapomniał z kim ma do czynienia. Prędzej świat sie skończy niż ten mężczyzna okaże jakiekolwiek uczucia.

- Powiedz mi, dlaczego jesteś…

- Mordercą? Całkiem nieźle mozna się na tym dorobić. – Odpowiada kwaśno.

- Pytam poważnie.

- Adrian, błagam. Takiego osaczenia spodziewalbym się po Ceglarek, ale ty? Przypominam, że uratowanem ci życie. W ramach wdzięczności możesz zamilknac i nie dotykać nieistotnych spraw.

Jednak blondyn nie zamierza dać za wygraną. Skupia wzrok na jego posepnej twarzy.

- Byłeś dla mnie jak brat, czasem nawet jak ojciec. Nagle okazuje się, że największy autorytet mojego życia to kłamstwo. Chcę tylko poznać kilka odpowiedzi.

Robert ściąga niebezpiecznie brwi. Jeszcze chwila i zacznie żałować tej akcji ratunkowej.

- Muszę zapalić – burczy i wychodzi z samochodu.

Znajdują się na leśnej ścieżce. Po jej prawej stronie, za rzędem kilkunastu drzew płynie rzeka. Jej szum niesie się miedzy drzewami, spleciony z szeptem wiatru. Deszcz się uspokoił. Sporadycznie z nieba spada jedną kropla bądź dwie. Brunet odpala papierosa i zaciąga się. Jego wzrok chwilowo skupiony na czubkach czarnych butów przenosi sie na chłopaka który stanął właśnie obok i opiera się o tył samochodu.

- Niepotrzebnie robisz z tego melodramat.

Adrian unosi brwi do góry.

- Więc nie jesteś seryjnym zabójcą?

Pol wywraca oczami. Zbędne generalizowanie.

- Jestem, jednak zawsze pomagałem ci że szczerych chęci.

- Więc mam tak po prostu przyjąć do wiadomości i uscisnac ci dłoń?

Mężczyzna zaciąga się raz jeszcze i rzuca niedopałek na ziemię. Przydeptuje butem.

- Rób co chcesz – irytuje się. – Uratowalem ci życie. Tworzenie twojego światopoglądu nie leży w mojej gestii.

Otwiera samochod. Chcę wsiąść, ale blondyn przytrzymuje drzwi.

- Dziękuję ci.

Chwila ciszy, po której Robert wsiada za kierownicę.

- Nie wątpię.

Adrian, wciąż opierający sie o drzwi, uniemożliwiając ich zamknięcie puszcza tą uwagę mimo uszu.

- A co z Gosią?

Mężczyzna marszczy czoło. Ta szczera rozmowa coraz mniej mu się podoba.

- A co ma być? Wychodzę ze skóry, by dożyła późnej starości.

- Ona cię kocha.

W tym momencie dla Roberta świat jakby zwalnia. Umysł zaczepia się o te trzy słowa i nie dopuszcza do siebie innych bodźców. Przecież to niemożliwe. Parska głośno, ale bynajmniej nie brzmi to tak jak powinno.

- Ogranicz brazylijskie seriale.

- Mówię poważnie. Wczoraj… Były jej urodziny. Trochę za dużo wypiła. Powiedziała mi, że ja pocalowales.

Brunet zgrzyta zębami.

- Nie krepujcie się, rzuccie ogłoszenie do gazety, radia. – Mamrocze.

- Nie baw się nią.

- A od kiedy do diabła mówisz mi co mam robić?!! – wali dłonią w kierownicę, naciskając przypadkowo na klakson i włączając wycieraczki. – Coś ci się uroilo w tej twojej dziecięcej głowie. Ona mnie nie kocha. Jest głupia dziewucha, która samą nie wie czego chce. Na pewno mnie nie kocha. Mnie nie można pokochać. – dodaje już ciszej i wkłada kluczyki do stacyjki. – Wsiadaj, bo odjadę bez ciebie – warczy i siłą zamyka drzwi.

Adrian posłusznie wsiada. Jest zdekoncentrowany słowami przyjaciela. Nie przypuszczał, że mężczyzna ma aż tak mało wiary w siebie. We własną wartość. Zawsze tako wyniosły, zdecydowany… Może Gosia miała rację. Może nie powinien go tak szybko skreślać, może za tym wszystkim naprawdę kryje się jakąś historia.

- Robby…

- Nie mów tak, kurwa do mnie!! – Drze sie brunet, a Adrian odpuszcza. Dziś już niczego się nie dowie.

Siedzą tak przez chwilę w milczeniu, podczas której Robert stara się nie popełnić kolejnego morderstwa w tym tygodniu.

- Kim była ta kobieta? Twoja kochanka?

Mężczyzna nie odpowiada od razu. Przez kilka sekund zastanawia się, czy powinien młodego wtajemniczać, jednak dociera do niego, że on jest już aż za bardzo wtajemniczony i te kilka informacji raczej nie zmienia jego sytuacji.

- To Alicja Karska. Kiedyś miałem z nią niby romans. Teraz brakuje jej piątej klepki.

- I już z nią nie sypiasz? Gosia…

Pisk opon. Auto się zatrzymuje. Robert gwałtownie odwraca głowę w stronę blondyna.

- Coś sobie wyjaśnijmy. Nie interesuje cie moje życie erotyczne. I jeśli jeszcze raz usłyszę od ciebie choć słowo o tej dziewczynie, przysięgam, że pójdziesz na piechotę.

Adrian wzdycha, ale przytakuje.

- To dlaczego ona mnie porwała i kim był ten facet, który z tobą przyszedł.

- To był jej ojciec. – Wyjaśnia, na nowo odpalajac silnik. – A przesłanek jej działań nie znam. Najprawdopodobniej chciała mi dopiec.

- Ojciec? Więc też zabójca?

Brunet wydaje z siebie krótki, nieprzyjemny śmiech.

- To szef. Głowa organizacji.

Adrian milknie na chwilę, starając się poukładać sobie otrzymane wiadomości.,

- I on pozwolił mi odejść? Po tym jak jego córka…

- Zwłaszcza po tym. Jedyna osoba która wydaje zlecenia jest on sam. Nikomu nie wolno działać na własną rękę. Alicja porwała cię i odkryła przed tobą niewygodne dla organizacji fakty. Dlatego teraz zapewne nie jest jej do śmiechu. A ty żyjesz, bo ja w tym wszystkim coś znacze i poręczylem za ciebie.

- Co to znaczy?

Samochód zatrzymuje się a chłopak z,zaskoczeniem rozpoznaje swoje osiedle na Nowym Dworze.

- To znaczy, że teraz idziesz do swojego mieszkania, pakujesz się i znikasz, dopóki nie pozwolę ci wrócić.

- Żartujesz, prawda? – Oburza się.

- Bynajmniej. Twój samolot odlatuje za cztery godziny.

Blondyn kręci głową, naiwnie mając nadzieje, że to jakis jego chóru żart. Ma tak po prostu spakować się i uciec? Zostawić przyjaciół, rodzinę, Gosie…

- Taki warunek postawił Karski. Przeżyjesz, jeśli wyjedziesz daleko stąd i nigdy nie puscisz pary z ust. Ja się pod tym podpisałem i dopilnuje, by tak właśnie się stało. – tłumaczy, z nienaturalnym wręcz, jak na obecną sytuację spokojem.

- Może trzeba było im pozwolić mnie zabić.

Robert denerwuje się. Brwi mu drgaja niebezpiecznie, mięśnie twarzy napinaja się.

- Słuchaj mnie gowniarzu. Koniec z robieniem z siebie księżniczki. Może trzeba było im pozwolić, ale niestety już uratowałem twój niewdzieczny, rozkapryszony zad. Masz cztery godziny na spakowanie się i wyjechanie. Jeśli nie, dowiem się o tym i sam strzele ci w ten głupi łeb. A teraz wypierdalaj z mojego samochodu!

Adrian poważnie zaczyna żałować wypowiedzianych chwilę wcześniej słów. Nic jednak nie mówi. Oczy Pola ciskaja gromy i nierozsadnie byłoby bardziej go drażnić. Odpina więc pas i w pośpiechu opuszcza samochód. Staje nieopodal i patrzy jak pojazd odjeżdża za zakrętem. Chwilę, bądź dwie później odwraca się i kieruje się do mieszkania. Tam, przekroczywszy próg, przystaje i rozgląda się przygnębionym wzrokiem. Musi uciekać. Zostawić Gosie, wszystko i uciekać. Jak tchórz. Pomyśleć, że nie dalej, jak kilka miesięcy temu był zwykłym sezonowym handlarzem. Teraz zmuszony jest opuścić kraj w obawie przed mafia. Kręci głową i wchodzi do salonu, gdzie z szafy ściąga swoją torbę podróżna. Czas się spakować.

Kilka kilometrów dalej, czarny samochód zatrzymuje się przy bloku. Jego kierowca odpina że złoscia pas. Czuje, jak negatywne emocje wypełniają go bez reszty. Kto by pomyślał, że jeden, niewyrośnięty gowniarz może aż tak wyprowadzić go z równowagi. Otwiera drzwi i wychodzi. Zamyka pojazd. Pozostaje jeszcze kwestia wyjaśnienia dziewczynie późniejszej nieobecnosci blondyna. I oczywiście wszystko na jego głowie. Mroczac pod nosem wchodzi na klatkę schodową i kieruje się na górę. Już na pierwszym piętrze słyszy czyjś donosny głos, należący do kobiety. Uśmiecha się do siebie pod nosem i nawet odrobinę poprawia mu się humor. Przyśpiesza. Gdy jest już obok swoich drzwi widzi interesujący obrazek. Przy przeciwleglym mieszkaniu stoi ruda zlosnica, strofujac kleczacego przy drzwiach mężczyznę, zapewne ślusarza. Z wnętrza zaś wydobywają się niecierpliwie pytania drugiej z lokatorek.

- Może najlepiej byłoby to rozkręcić? Przecież nie zamieszkam na korytarzu! – marudzi Karolina.

- Proszę nie przeszkadzać mi w pracy
Robię, co mogę. – Odpowiada, poddenerwowany już mężczyzna.

- Hej, długo jeszcze? Dostaje klaustrofobii! – Wydobywa się ze środka.

Robert uśmiecha się polgebkiem i najniewinniej, jak tylko jest w stanie, pyta :

- Czyżby drzwi się zacieły?

W odpowiedzi dostaje tylko zimne spojrzenie Rudej, co rozbawia go jeszcze bardziej. Wchodzi do swojego mieszkania. Rozbiera się, przechodzi do salonu. Włącza swój komputer, muzykę. Sprawdza pocztę. Maszczyk brwi, gdy widzi wiadomość od Karskiego. Otwiera ją a jego brwi unoszą się coraz wyżej z każdym kolejnym zdaniem.

….

Moi Kochani.;-)
Mimo, że jest już wieczór pierwszego dnia Świąt, pragne Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia. Niech miłość nigdy nie opuszcza Waszych serc a harmonia i zgoda na zawsze gości w Waszych domach.

49. Jesteśmy bohaterami naszych czasów,ale ciągle tańczymy z demonami w naszych umysłach.

Robert Pol siedzi w swoim samochodzie, bebniac niecierpliwie palcami w kierownicę. W ustach ma papierosa, który raz po raz przenosi się w dwa palce lewej dłoni, by mógł strzepnąć popiół przez uchyloną szybę. Cholerne korki. Zawsze największe, gdy brakuje czasu. Tym razem Alicja posunęła się za daleko. Dlatego postanowił się zabezpieczyć w sposób, który zaboli ją najbardziej. Swoją drogą ona była kiedyś perfekcyjna, dbajaca o detale. Teraz? Jej desperacja objawia się coraz większa amatorszczyzna. Tylko co do diabła chciała uzyskać, porywajac młodego? Zrobić z niego kartę przetargową? Odnośnie czego? Jego życie za ich wspólne w  wymyślonej przez nią krainie pieprzonych jednorożcow rzygających tęcza? Czy tylko on widzi, że ta kobieta jest psychicznie chora? Szczęście w nieszczęściu, że kontaktowała się z nim, nie próbowała w żaden sposób ściągnąć Ceglarek. Rzecz jasna upewnił się przed wyjazdem, że jest cała, zdrowa i w swoim mieszkaniu. By być bardziej pewnym zablokował zamek w jej drzwiach. Przynajmniej wizje jej ewentualnych, durnych pomysłów nie będą go rozpraszać. A jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, dziewczyna o niczym się nie dowie. Jeszcze tylko jedno skrzyżowanie i kilkanaście metrów prostej. Parkuje i gasi silnik. Jest na miejscu.

(wcześniej)

Pewna siebie blondynka otwiera drzwi do swojego mieszkanie i wpycha do środka swojego „gościa”. Z wnętrza słychać odgłosy świadczące o włączonym telewizorze i niewyraźnie mamrotanie, świadczące o czyjejś obecności. Kiwa głową blondynowi, dając mu do zrozumienia, że ma przejść do salonu. Sama również to robi i staje w progu zakładając ręce na piersiach.

- Fan futbolu? Poważnie?

Brunet unosi jedną brew i wzrusza ramionami. Wyłącza telewizor i z zaciekawieniem spogląda na chłopaka.

- To on? Widzę, że kręcimy się pośród dzieci. Ależ ja uwielbiam tą robotę – z udawanym entuzjazmem zaciera dłonie.

- Nie pajacuj, Aleks. A ty siadaj i bądź grzeczny. Mojemu partnerowi z pewnością nie chcę się cię wiązać.

Adrian posłusznie siada na kanapie pokrytej białą narzuta ze srebrnymi frędzlami. Najchętniej rzuciłby się do ucieczki, ale może wywnioskować, że jedyna droga jest ta prowadząca przez okno. Świadomość bycia na szóstym piętrze każe mu wykluczyć ewentualny skok. Wodzi wzrokiem, przenosząc go z niej na niego. Ma niejasne wrażenie, że kiedyś juz ją widział. W towarzystwie Roberta? Może to jego kochanka. Co wyjaśniłoby, dlaczego pomaga mu go zlikwidować. Mężczyznę zaś widzi pierwszy raz w życiu.

- Ptaszki ćwierkają, że nie podoba ci się obecny stan rzeczy – odzywa się Alicja, siadajac na stole i zakładając nogę na nogę.

Brak odpowiedzi nakłania ją do kontynuowania.

- Mogę zaproponować ci interesujący układ. Ty wyswiadczysz nam przysługę,my uwolnimy twoja przyjaciółkę, pozbędziemy się twojego nowego wroga.

- Nie rozumiem.

Aleks wywraca oczami i uśmiecha się pogłębkiem.

- Tutaj nie ma nic do rozumienia. Zapewne chciałbyś, żeby panna Sienkiewicz, czy jak wolisz, Ceglarek nie musiała już nigdy przejmować się organizacja. Na pewno też pragniesz zemsty. W końcu to on to wszystko zapoczątkował. On ja w to wciągnął… On ja pieprzy po kątach!!

- Alicja!

Kobieta bierze kilka głębokich wdechow i z pozornym spokojem mówi dalej.

- Potrzebujemy tylko twojej małej przysługi.

Chłopak zaczyna odczuwać zawroty głowy i mdłości. Pieprzy po kątach? Nie wierzy… Nie chcę nawet wyobrażać sobie… Mimowolnie zaciska dłonie w pięści, co tworzy uśmiech na ustach blondynki.

- Jakiej przysługi?

Kobieta macha lekceważąco dłonią.

- Takie tam nic. Będziesz po prostu w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Uratujesz człowieka, będziesz bohaterem i takie tam ckliwe banialuki. A do tego sprawisz, że Robert nie wykona zlecenia. Czym narazi się na gniew mojego ojca. Kto wie, może nawet tego nie przeżyje.

Aleks pociera palcem brodę. Nie spuszcza z niej wzroku. Sam już nie wie czy jej zachowanie bardziej go bawi czy przeraża. Adrian zaś milknie. Czuje jak strach paraliżuje jego ciało. Teraz namacalnie moze odczuć motywy postępowania Gosi. To psychopaci, z którymi się nie dyskutuje, którym się nie odmawia.

- Jak to ma ocalić Gosie? – pyta cicho, niepewny swojego głosu.

Usta Alicji rozciągają się w szerokim uśmiechu. Wstaje i podchodzi do półki z której ściąga butelkę wina i kieliszek. Nalewa sobie pół lampki.

- Tym już my się zajmiemy. Dajemy ci słowo.

Słowo. Blondyn z całych sił powstrzymuje się, by nie prychnąć. Tak jakby ci ludzie mieli honor i jakiekolwiek zasady moralne. Nie wyobraża sobie zawarcia układu z diablami. Owszem, wizja wolnej Gosi jest kusząca, problem jednak polega na tym, że równie dobrze zamiast ją ocalić, mogą zabić, razem z nim. Nie mówiąc już o Robercie. Czuł ogromny zawód i rozczarowanie. Jednak wcześniej traktował go jak przyjaciela, jak dużo starszego brata. Nie był Bogiem, by decydować o czyimś życiu lub śmierci. Nie potrafiłby wystawić im Pola, czy co tam zakładał ich chory plan.

- A jeśli odmowię? – Szepczą ponownie jego usta. Zimny pot perli mu się na karku, czuje bliskość śmierci. Ostrze jej kosy zwisajace przy głowie.

Kobieta upija łyk wina i odkłada kieliszek na bok. Zakłada ręce na piersi. Jej twarz przybiera groźny wyraz. Takiej odpowiedzi najwyraźniej sie nie spodziewała.

- Robert i tak zginie, a ty razem z nim. Twoja przyjaciółka zaś nigdy się od nas nie uwolni. Bez swojego ochroniarza bardzo szybko się zatraci. A potem? Obłęd? Śmierć? Zatracone człowieczeństwo? Czy naprawdę życie Pola jest tego warte? Zwłaszcza, że i tal go nie ocalisz?

W tym momencie Aleks wstaje i kieruje się do pokoju obok. Otwiera sejf i wyjmuję broń. Czuje, że spokojnie ta rozmowa się nie zakończy. Coraz częściej zastanawia się co on tu do cholery robi. Początkowo miało to sens. Dodatkowe pieniądze, obecność bogini, do której zawsze miał niewyjaśniona słabość. Jednak z każdym dniem wszystko się komplikuje. To już nie zwykła chęć odegrania się. Alicja jest bliska szaleństwa, a jej myśli o decyzje zabarwione są sporą dozą paranoi i prześladowczych zapedow. A mimo to jest tu i wyciąga broń z sejfu. Może tak naprawdę był nie mniejszym wariantem niż ona.

Wraca do salonu i przysiada na stoliku kładąc obok siebie dwa pistolety. Wbija wzrok w pobladlego chłopaka.

- Radzę jeszcze raz przemyśleć swoją decyzję.

Adrian, jak zahipnotyzowany wpatruje się w broń. Pomyśleć że dwa lata temu rozważał wyjazd z kraju. Zrezygnował. Bo rodzina, bo ojczyzna. Teraz skończy z kulką między oczami. Wytęża wszystkie swoje siły i kręci głową.

- Jak chcesz – mężczyzna wzrusza ramionami i bierze do ręki czarny pistolet.

Adrian omal nie krzyczy, jednak pistolet ląduje za paskiem w spodniach bruneta. On sam zaś podchodzi do szuflady, z której wyciąga gruby sznur. Przysuwa krzesło bliżej środka pokoju i wskazuje na nie.

- Siadaj.

W tym samym momencie Alicja przechodzi na drugą stronę pomieszczenia i wybiera dobrze znany jej numer. Czeka dłuższą chwilę, jednak w końcu słyszy ten głos, który teraz rodzi w niej tylko agresję.

- Czego chcesz?

- Mam tu twojego malego przyszywanego braciszka. Jeśli nie chcesz żeby zapoznał się z moimi zdolnościami w strzelaniu, lepiej się pośpiesz.

Po drugiej stronie zapada dłuższa cisza.

- Blefujesz.

- Czyżby?

Podchodzi do chłopaka i przykłada mu telefon do ucha.

- Przywitaj się.

- Oni chcą nas pozabijać… – Dalsze słowa zostają stlumione przez knebel wyciśnięty mu w usta.

- Tik tak – rzuca Alicja do telefonu i rozlacza się.

– Naprawdę myślisz, że on tak po prostu tu przyjedzie? Zwłaszcza że on dał mu sygnał, że nie jesteś sama. – Brunet nie potrafi zrozumieć, jak mogła wpaść na tak kretynski plan.

- Nawet nie masz pojęcia kim ten gowniarz dla niego jest. To jedyna osoba, na której mu zależy. Kobiety traktuje, jak nic nie warte dziwki, ale dla tego dzieciaka zrobiłby niemal wszystko.

Adrian nie wierzy w to co słyszy. Kiedyś też myślał, że tak jest. Ale to w końcu morderca, jak oni wszyscy.

- Co nie zmienia faktu, że on nie jest głupi.

- Nie kwestionuj moich decyzji!! – Warczy blondynka, a w jej oczach znów widać te szaleńcze blyski.

Aleks milknie. Nie dlatego, że robi to na nim wrażenie, ale dlatego, że dyskusja nie ma najmniejszego sensu. Czuje, że będzie żałował dzisiaj wielu rzeczy, ale to w końcu jego decyzje. Alicja nie zmusiła go do współpracy. Zgodził się z własnej woli. Choć z drugiej strony nie z takich rzeczy się wyplątywal. Tylko jak wyjaśnić Karskiemu śmierć Pola?

Nie dalej jak kwadrans później słychać dzwonek do drzwi. Brunet marszczy się. Nie podziela entuzjazmu blondynki. Robert Pol dzwoni do drzwi. Cóż za niespotykana uprzejmość. Gdy kobieta otwiera, nogi się pod nią uginają a z ust nie jest w stanie wydobyć się żaden dźwięk.

- Tato….

Aleks zrywa się na równe nogi, klnac pod nosem. Nawet w najdalej idacych scenariuszach nie przewidział takiego obrotu sprawy. Instynkt każe mu uciekać, rozsądek podpowiada, że już za późno. Karski pewnym siebie krokiem wchodzi do mieszkania. Za nim z teiumfujacym uśmiechem Robert Pol, którego Alicja ma ochotę rozszarpać golymi rękami. Szef rozgląda się, a jego wzrok szybko odnajduje przywiazanego do krzesła chłopaka. Kiwa na swojego podwladnego.

- Bierz chłopaka i zjeżdżaj. Tylko pamiętaj, Pol. Jeśli go nie dopilnujesz, ja go znajdę i zabije.

Mężczyzna nawet nie spogląda na innych. Zbliża się do krzesła, rozwiązuje Adriana i ściskajac go mocno za ramię wyprowadza na zewnątrz. W mieszkaniu zostają trzy osoby. Oczy Karskiego ciskaja gromy, a zeby wręcz zgrzytaja że złości.

- Tato… – Odzywa się Alicja, silac się na pełen godności ton.

Mężczyzna unosi rękę i szybkim ruchem uderza córkę w twarz z taką siłą, że ta chwieje się lekko. Następnie wyciąga z paska broń i strzela w kierunku Aleksa. Kula draska udo. Mężczyzna syczy z bólu i opada na kolana.

- To ostrzeżenie. Następna będzie w serce. – oznajmia i pospiesznie wychodzi, zostawiając oniemiala dwójkę samą.

….

Krótko, wiem. Jednak moglam skończyć tu albo hen hen. Także urywam, kolejny powinien pojawić się jeszcze przed świętami, więc życzeń póki co nie składam. :-D